Sztuki wizualne

„Zawalczyć, ku…a, o Afrykę”. Rzecz o ekologicznym muralu Doktora Jana

W Poznaniu powstanie mural dedykowany Janowi Kulczykowi. Do namalowania go użyte będą specjalne ekologiczne farby, które oczyszczają powietrze. Ta farba o właściwościach zbliżonych do liści jest tylko listkiem figowym kolejnego projektu artwashingowego.

Poznańskie środowisko artystyczne, które zdominowała gładka kultura zblatowanych elit, jak to niegdyś zgrabnie ujął Tomasz Polak, przywykło już do składania rytualnych pokłonów przed rodziną Kulczyków. Stało się to czymś na kształt lokalnej tradycji. W poznańskiej prasie przeczytałem niezliczoną ilość bezkrytycznych wywiadów z Grażyną Kulczyk o niczym. Rozmowy te przypominały bardziej artykuły sponsorowane niż rzetelne dziennikarstwo. Pięć lat temu utyskiwano nad tym, że w Poznaniu nie powstanie jej publiczno-prywatne muzeum. Wyprowadzkę kolekcjonerki z Poznania do stolicy, a następnie do szwajcarskiego Suschu postrzegano w kategoriach niemalże apokaliptycznych. Pustka i zapaść w sferze kultury, które miały ogarnąć stolicę Wielkopolski, jawiły się jako nieodwracalne.

24 czerwca Festiwal Malta na swoim profilu na Facebooku poinformował o tym, że „z inicjatywy poznańskich środowisk kultury i nauki” na południowej ścianie akademików Student Depot Polonez powstanie „mural dedykowany Janowi Kulczykowi”. „Dr Kulczyk był przykładem człowieka, który nie tylko zarabiał pieniądze i budował inwestycje, ale też wspierał szereg inicjatyw i działań artystycznych w Poznaniu. Stwierdziliśmy, że w ten sposób należy go i jego spuściznę upamiętnić” – mówił Michał Merczyński, dyrektor festiwalu, który patronuje przedsięwzięciu. Nazywa on Kulczyka „artystą biznesu”. Post zilustrowano zdjęciami z konferencji prasowej. „Środowiska kultury” reprezentował na niej rektor Uniwersytetu Artystycznego im. Magdaleny Abakanowicz oraz prezeska Towarzystwa Muzycznego im. Henryka Wieniawskiego, „środowiska nauki” zaś rektora Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza.

Dziś na akademii nie wystarczy lepić gluty

Autorem muralu będzie Łukasz Gruszczyński. Użyje on specjalnych ekologicznych farb zawierających dwutlenek tytanu. Jeden metr kwadratowy muralu ma oczyszczać powietrze tak jak jedno drzewo. I to jest chyba jedyny element, który będzie łączył mural z hasłem 31. edycji festiwalu, które brzmi Powrót na ziemię / Back to the Ground. Oto fragment statementu, który można przeczytać na stronie festiwalu: „Co powinno być kluczowe w naszej relacji z ziemią, skoro nasze życie – kulturowe, gospodarcze, społeczne i w ogóle biologiczne – jest możliwe tak długo, jak pozwoli nam na to ziemia?”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ekologiczna farba o właściwościach zbliżonych do liści jest tylko listkiem figowym projektu.

„Doktor Jan będzie dawał przykład wszystkim, którzy produkują lokomotywy, maszyny, obracają wielkim pieniądzem. To ważne, żeby wszyscy mieli świadomość, że do Poznania ludzie przyjeżdżają z całego świata, nie tylko po to, by oglądać te maszyny, ale samo miasto z jego wątkiem kulturowym” – powiedział prof. Wojciech Hora, rektor UAP. Wszystko by tu pasowało, gdyby zamienić słowa „Doktor Jan” na „Doktor Hipolit” (Cegielski). Bo nie słyszałem o tym, żeby Doktor Jan (czy też po prostu „Doktor”) produkował lokomotywy, maszyny, czy chociażby dawał przykład tym, którzy je produkują. Choć „obracający wielkim pieniądzem” biznesmen znany był z tego, że kupował pakiety akcji prywatyzowanych firm, wszystko jedno, z jakiej branży (nie pogardziłby więc i maszynową), po to tylko, żeby następnie sprzedać je z odpowiednią prowizją i zarobić krocie. Dlatego stał się symbolem kompradorskiej prywatyzacji charakterystycznej dla początków polskiej transformacji. Symbolem interesów robionych w ciemnej sferze, na styku świata biznesu i wielkiej polityki. Do rozpoznania działających w latach 90. mechanizmów pierwotnej akumulacji kapitału nie jest konieczne studiowanie kilkutomowego dzieła Jacka Tittenbruna Z deszczu pod rynnę. Meandry polskiej prywatyzacji (2007). Wiedza ta jest dziś powszechna.

Dobry doktór idzie do nieba

„Zielona polityka – pisał Timothy Snyder – nigdy nie będzie tak ekscytująca jak czerwona krew na czarnej ziemi”. Zdanie to jak żadne inne pasuje do uprawianej przez Doktora Jana kolonialnej i rabunkowej polityki inwestycyjnej w Afryce, naznaczonej cierpieniem, potem i właśnie krwią. Ekologiczna farba użyta do malowania muralu nie jest w stanie zamalować budzących kontrowersje – zwłaszcza w kontekście kryzysu klimatycznego – interesów prowadzonych przez Doktora Jana, polegających na prywatyzacji zasobów surowców naturalnych, m.in. w Nigerii (gdzie jego holding odkupił nigeryjskie złoża ropy od koncernu Shell), w Zimbabwe (gdzie inwestował w kopalnie platyny i niklu), Kongo i Mozambiku (gdzie inwestował w wydobycie węgla), Namibii (gdzie inwestował w kopalnie złota) – by wskazać kilka tylko przykładów.

Doktor, w niektórych kręgach znany też jako „Johnny”, w słynnej warszawskiej restauracji Sowa & Przyjaciele wyznał: „Trzeba wziąć skoncentrować, zrobić koncern chemiczny, ku…a, który zawalczy o Ukrainę, ku…a, o Afrykę”. Chodziło wówczas o przejętą w atmosferze skandalu chemiczną Grupę Ciech, która również rozszerzyła działalność inwestycyjną o Czarny Kontynent. „Warto wykorzystać potencjał firmy, która wyszła z problemów, i zrobić z niej brand światowy. Jestem bardzo zaangażowany w inwestycje w Afryce, są tam ogromne zasoby minerałów, m.in. zasoby sody” – czarował Johnny uczestników konferencji zorganizowanej przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych w czerwcu 2014 roku w Hotelu Gołębiewski w Karpaczu.

Tak się złożyło, że Ciech SA, którego przewodniczącym rady nadzorczej jest obecnie Sebastian Kulczyk, jest „partnerem” (czyt. sponsorem) tegorocznej Malty. Nie tylko zresztą Ciech – bo również Kulczyk Investments SA i Autostrada Wielkopolska SA (spółki, których prezesem zarządu również jest nie kto inny, jak właśnie Sebastian Kulczyk) oraz Autostrada Eksploatacja SA (której akcjonariuszami są z kolei KI One SA wchodząca w skład Kulczyk Investments oraz AW SA). Ale zapewne to tylko zbieg okoliczności. I niepotrzebnie się wyzłośliwiam. Tym bardziej że, jak podkreślał Michał Merczyński: „ogłoszenie odsłonięcia muralu nie jest częścią festiwalu Malta i nie jest finansowane z publicznych pieniędzy. Jest jedną z naszych inicjatyw podjętych wraz z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza, Uniwersytetem Artystycznym w Poznaniu i Towarzystwem Muzycznym im. Henryka Wieniawskiego”. Włączenie do grupy inicjatorów poznańskich uczelni ma sprawiać wrażenie, że w sprawę muralu zaangażowanych jest wiele podmiotów i panuje w niej konsensus, którego de facto w środowisku brak. Konferencja prasowa odbyła się w czasie trwania festiwalu, jest promowana na jego profilu na Facebooku, jej twarzą jest dyrektor Michał Merczyński, a przedsięwzięcie promuje nazwisko sponsora imprezy – ale mural nie jest częścią Malty. Czego nie rozumiecie?

Wspólnym tematycznym mianownikiem tegorocznej Malty są „opór, zaangażowanie, solidarność i odpowiedzialność”. Organizatorzy, w szczególności zaś Michał Merczyński, pierwszy menedżer kultury III RP, od dawna traktują je z przymrużeniem oka. Merczyński udowodnił to już w 2011 roku, gdy spotkał się na uroczystej kolacji z okazji inauguracji ówczesnej odsłony festiwalu z ówczesnym prezydentem miasta, Ryszardem Grobelnym, w Piano Bar w Starym Browarze, czyli wytwornej restauracji, która zasłynęła tym, że obsługa nie wpuszczała do niej Romów. Dodajmy, że idiomem tamtej edycji festiwalu było hasło „Wykluczeni”. Czy mural Doktora Jana pasuje do idei festiwalu? Zdecydowanie tak. Jak ulał – chciałoby się dodać.

„Ściana akademika Student Depot Polonez została wybrana, ponieważ dr Jan Kulczyk – mówił Merczyński – aktywnie wspierał edukację”. Lokalizacja również współbrzmi z duchem muralu najsłynniejszego polskiego biznesmena, choć akurat nie dlatego, że łożył on na edukację. Student Depot to sieć prywatnych akademików będąca jedną z platform inwestycyjnych Griffin Real Estate. Prywatyzacja idei akademika to tyleż smutna, co nieuchronna konsekwencja transformacji ustrojowej, której znakiem jest komercjalizacja studiów, korporatyzacja uniwersytetów i – co za tym idzie – przerzucanie odpowiedzialności za bazę noclegową dla studentów na zewnętrzne podmioty. A także firmowanie autorytetem władz uczelni takich spektakli jak ten, który zobaczyliśmy właśnie pod dawnym Hotelem Polonez.

Cztery pytania, których „Wysokie Obcasy” nie zadały Dominice Kulczyk

Wielu zdezorientowanych widzów festiwalu pomyślało, że konferencja prasowa pod Student Depot Polonez to artystyczna prowokacja, subwersywny performance Malty. Coś na kształt happeningu Piotra Nowaka (Sex, Drugs and Walka Klas) z 2015 roku – czuwania pod Ambasadą Szwajcarii, której Doktor Jan był wiernym patriotą fiskalnym. Liczyli, że za chwilę wszystko się wyjaśni, że objawi się prawdziwy reżyser tego przedstawienia na miarę Rimini Protokoll. Nic z tego. „Domyślałem się, że będą kontrowersje, i stało się tak, że jedni pomysł popierają, drudzy krytykują. Żyjemy – mówił Merczyński – w świecie pluralistycznym i każdy ma prawo wyrażać swoje opinie”. No cóż, mieszkańcy mieli więc używanie w komentarzach pod postem anonsującym powstanie muralu. Jedni złorzeczyli na najdroższą w Europie autostradę. Inni wspominali zawirowania przy zakupie Kulczykparku (czyli Parku Jana Henryka Dąbrowskiego, na którego terenie stanął Stary Browar).

Festiwaloza i muraloza idą zwykle w parze. Wiemy też, że sponsorzy wykorzystują strategie artwashingowe, bo na tym właśnie ta zabawa polega. Przykładem jest Griffin/Student Depot, który na różne sposoby wyzyskuje wizerunkowo wspieranie sztuki współczesnej. Strategie te, do których należy właśnie sponsoring, nie są bezinteresowne. Ich zadaniem jest nie tylko pozyskanie kapitału symbolicznego, ale przede wszystkim neutralizacja przykrego zapachu, jaki wydobywa się z budzących kontrowersje inwestycji. Jednak po to, żeby były skuteczne, muszą być subtelne i dyskretne. Darczyńcy powinni więc usunąć się z pierwszego planu i pozostać w cieniu. Mecenasi rzadko zawłaszczają artystyczne przedsięwzięcia w tak nachalny i łopatologiczny sposób jak sponsorzy Malty. Bo i rzadko znajdują tak serwilistycznie nastawionych menedżerów jak Merczyński, gotowych wygłaszać do kamery peany na cześć antybohatera polskiej transformacji, którego nazwisko przewija się w licznych aferach i którego dokonań w żaden sposób nie da się z dzisiejszej perspektywy wybronić. Nawet jeśli przyjmiemy, że pomysł muralu narodził się w głowie Merczyńskiego, sponsorzy czy partnerzy Malty powinni mu go z niej wybić. Stanowczo wyperswadować. Jakoś powstrzymać. W swoim dobrze rozumianym interesie. Żeby oszczędzić – jak to się mawia w Poznaniu – poruty.

***

Rafał Jakubowicz (ur. 1974) – artysta wizualny, wykładowca UAP, mieszka w Poznaniu.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij