Kultura

Schodowski, Sosnowski: Ćwiartowanie Hegla

W gruncie rzeczy nie ma innego sposobu myślenia niż ten, który obecnie określa się jako heglowski.

Bartosz Wójcik: Dlaczego Hegel? Nie należy on współcześnie do najbardziej sexy myślicieli.  

Jacek Schodowski: Ujmując rzecz w kategoriach kultury hipsterskiej, możemy powiedzieć, że Hegel jest jeśli nie najważniejszym, to z pewnością jednym z najważniejszych retro-myślicieli, który dostarcza wciąż aktualnych ram pojęciowych dla otaczającej nas rzeczywistości.

Maciej Sosnowski: Dlaczego Hegel? Są liczne i słabe zazwyczaj filmy amerykańskie o brzydko ubranych, zapuszczonych typach, którzy się szwendają po korytarzach college’ów, i choć są looserami, wszyscy ich biją bądź nimi gardzą, to jednak wzbudzają w widzu podskórną sympatię. Hegel jest jednym z nich. To znaczy takim brzydkim kaczątkiem: koleś z wielkim potencjałem, którego nikt nie dostrzega, a wybucha w tej finałowej scenie, bo to właśnie on wszystkich ogrywa, rzuca najwięcej punktów do kosza, podrywa tę super cheerleaderkę. I to jest chyba odpowiedź – mimo całej tej niefajnej otoczki to jest największy filozof w dziejach. Trzeba tylko opowiedzieć jego historię do końca i wtedy widać, że facet ma przegigantyczny potencjał przykryty masą nieżyczliwych czy złych interpretacji.

Co w takim razie wydaję wam się najatrakcyjniejsze czy najbardziej aktualne w dorobku Hegla dla współczesnego czytelnika? 

JS:  Dzisiaj Hegel w doskonały sposób funkcjonuje jako odtrutka na łatwość myślenia, którą aprobowały rozmaite nurty myśli ponietzscheańskiej. Wprowadziły one deklaratywną lekkość myśli kosztem jej trywializacji. A Hegel jest nie tyle powrotem do ciężaru metafizycznego, co właśnie do ciężaru samego myślenia. Może w tym tkwi największa zaleta Hegla, że myślenie za jego sprawą jest jeszcze w stanie stawiać opór, a tym samym wszelkie kretynizmy o śmierci filozofii okazują się być zdecydowanie przedwczesne. Natomiast jeśli traktować Hegla jako kolesia, który żył około dwieście lat temu i pisał różne rzeczy o świecie, historii, duchu itd., to faktycznie powracanie do takiego Hegla, czy raczej do jego widma, byłoby obskurantyzmem filozoficznym i nie miałoby to większego sensu.

Ja osobiście przychylam się do zdania Žižka, że powrót do Hegla dzisiaj jest możliwy tylko i wyłącznie przez psychoanalizę. To są dwa dyskursy, które wręcz siebie wymagają, zabezpieczając nawzajem swoje newralgiczne miejsca: z jednej strony, żeby nie popaść – z perspektywy Hegla – w starą wyświechtaną metafizykę obecności, a z drugiej strony – z perspektywy psychoanalitycznej – żeby nie skończyć jako ideologia burżuazyjna. 

Co sprawiło, że Hegel stał się „chłopcem do bicia”? 

MS: Często lenistwo. Nie chciało się, szczególnie niezawodowym filozofom jak Nietzsche, tego Hegla czytać, co jest akurat, tak po prostu po ludzku, zupełnie zrozumiałe. Potem, jak się już wszyscy tym nietzscheańskim novum zachłysnęli, to wielu uznało, że sprawa jest już załatwiona, 

JS: Jeśli chodzi o francuski przełom antyheglowski, to ma on wiele wspólnego z antyheglizmem Nietzschego, za sprawą jego wybitnego komentatora i interpretatora, czyli Deleuze’a. Wydaje mi się, że antyheglizm Deleuze’a wykazywał wiele podobieństw do antyheglizmu Nietzschego: sam Hegel był u nich słabo rozpoznany, funkcjonował przede wszystkim jako podręcznikowa zmora, nihilista, stary Prusak, który mówi o potędze swojego państwa, żelaznych prawach rozwoju ducha dziejowego i prymacie ogólności. Wystarczy spojrzeć na rozdział poświęcony Heglowi w Nietzsche i filozofia Deleuze’a, gdzie zła wiara autora osiąga poziom krytyczny zmieniający się w stek bzdur na temat autora Fenomenologii. Dlatego też nie powinien nas zaskakiwać radykalny opór Deleuze’a – broniącego w „Różnicy i powtórzeniu” zasady jednostkowości – wobec tak jednoznacznie totalistycznej a zarazem jednoznacznie fantazmatycznej wizji na temat  Hegla. Takiemu „złemu” Heglowi należy się przeciwstawiać, inaczej mają się sprawy z „dobrym” Heglem, przeczytanym życzliwszym, nieuprzedzonym okiem, który paradoksalnie okazuje się  doskonałym sojusznikiem w poszukiwaniach Deleuze’a. Taki Hegel okazuje się być protoplastą myślenia różnicy i radykalnej przygodności. W tym tkwi jego punkt styczny z Deleuze’m. Oczywiście taką tezę możemy postawić przede wszystkim dlatego, że czytamy Hegla narzędziami psychoanalizy.

Czy ty, Maćku, uważasz, że to jest jedyna linia obrony Hegla, którą można podjąć, czy może też da się obronić pojęcie Heglowskiej totalności, które np. jako swój integralny moment zawierałoby różnicę i przypadkowość?

MS: Jak rozumiem, sugestia zawarta w twoim pytaniu jest taka, żeby bronić tej totalności, bronić tej całości. „Tej” czyli właściwie wyczytanej z samych pism Hegla, a nie totalności wypracowanej na zupełnie innym gruncie (gdzieś tam w meandrach filozofii XIX czy XX wieku), a dopiero potem wtłoczonej do samego Hegla, w celu jego kompromitacji. I ja się z tym zgadzam – całość Heglowska, ta prawdziwa całość Heglowska to coś, co warto na gruncie filozofii bronić, bo to jest po prostu remedium na wszelkiego rodzaju jednostronności i dziwne, niebezpieczne, pełne przemocy przegięcia. Cała ta skomplikowana sytuacja – dwóch totalności, złej i dobrej, kojarzonych z Heglem – jest znamieniem wspomnianego leniwego rozczytania Hegla w XX wieku, zapoznania jego dokonań i potem dochodzeniem do niego poprzez innych filozofów, którzy mają niby Hegla ratować, uwspółcześniać, bez ufności w to, że on sam może być już znacznie bardziej współczesny niż oni i to, z całym dobrodziejstwem swojego inwentarza: metafizyką, totalnością itd. 

Generalnie wydaje mi się, że tak, należy bardziej zaufać samemu Heglowi i przyjąć go z całym jego filozoficznym bagażem, ze wszystkim co oferuje. Bo dopiero wtedy Hegel tak naprawdę działa. Powinno się zatem zabrać za Hegla jako Hegla – prawdziwego Hegla…

JS: Prawdziwego, czyli jakiego? Mówisz tak, jakby to naprawdę był spójny obraz, a on przecież ma już kilka pęknięć w obrębie zaledwie jednej książki, jednego dzieła!

MS: O to właśnie chodzi! Nie idzie o to, aby dekonstruować Hegla za pomocą innych tekstów współczesnych, ewentualnie inne teksty dekonstruować przy użyciu Hegla, tylko o to, aby wziąć Hegla jako Hegla, tzn. po prostu jego teksty, i zobaczyć jak on sam jest pęknięty, zróżnicowany, wewnętrznie sprzeczny, sam nieustannie siebie dialektycznie przepracowujący itd. Po prostu trzeba zaufać tym tekstom.

JS: Szczerze mówiąc, nie wiem czy do czegoś nam się dzisiaj przydadzą jenajskie rozważania z zakresu chemii. Moim zdaniem, czytając rozmaite dyskursy spulchniające Hegla zajedziemy chyba nieco dalej niż sięgając do Hegla jako Hegla. Być może w takiej samej mierze istotne jest to czego Hegel nie napisał lub co przemilczał, jak to, czemu poświęcał swoje wykłady. 

Wydaje mi się, że wyłoniły się w naszej dyskusji dwa wyraziste stanowiska. Ty, Jacku uważasz, że Hegla należy ćwiartować poprzez narosłe w historii filozofii komentarze. Natomiast twój pomysł, Maćku, jest taki, żeby sięgnąć do Hegla, który samego siebie ćwiartuje. Jak to w takim razie jest z tym ćwiartowaniem?

MS: Hegel sam się nieustannie ćwiartuje i im więcej z Hegla w Heglu, tym bardziej on siebie ćwiartuje, tym bardziej jest niespójny. Ćwiartowanie jako metafora funkcjonowania heglowskich sprzeczności, jest sposobem życia tej filozofii, a nie jej prostym uśmiercaniem. Natomiast gdy siłą i bez skrupułów wyciągamy z niego to, co jest nam potrzebne, ćwiartowanie przemienia się w wyrywanie flaków i mechaniczną produkcję mięsa (że tak napompuję balon tej metafory do oporu), tym bardziej on sprawia wrażenie kolesia, który właśnie dostarcza spójnych metodologicznych narzędzi, pomysłów, pojęć, które można z łatwością i bezproblemowo wykorzystać.

To jest wtedy taki kotlet z Hegla, słaba opcja. Nie oznacza to, że instrumentalizacja Hegla do partykularnych celów z zasady musi być czymś złym, chodzi raczej o to, aby była jednak czymś wtórnym, aby nie przysłaniała możliwość ujęcia bardziej całościowego. 

Mam w takim razie pytanie do Jacka. Czy taki nadmiernie poćwiartowany Hegel nie traci swoich trwałych jakości, które w ogóle umożliwiają identyfikację Hegla jako Hegla? Skoro możemy mieć Hegla Deleuze’a, Hegla Habermasa, Hegla Žižka i jeszcze wielu innych, to czy przypadkiem Hegel nie staję się wtedy wszystkoobsługujący, a co za tym idzie zupełnie nieoperacyjny? Czy nie grozi nam wtedy to, że z Heglem można absolutnie zrobić wszystko?

JS: Sęk w tym, żeby być na tyle precyzyjnym filozoficznym chirurgiem, aby utrzymać to ciało Heglowskie, pomimo rozlicznych amputacji, cały czas przy życiu, z pulsującym sercem. Natomiast to, o czym mówisz, przypomina bardziej potwory Frankensteina; z przyszytą martwą ręką czy nogą. Takie potwory, owszem powstawały, szczególne upodobanie do nich wykazywali Francuzi, którzy zapożyczali od Hegla  bardzo silne pojęcia, nie wyprowadzając z nich jednak ostatecznych konsekwencji filozoficznych – takie myślenie na pół gwizdka. Natomiast znakomitym przykładem filozofów, którzy poćwiartowanego Hegla utrzymywali  wciąż przy życiu, byli chociażby frankfurtczycy z Adornem na czele, a pośród Francuzów Lacan – który, żeby było śmieszniej,  być może wcale tego Hegla nie przeczytał, a chcąc, nie chcąc i tak pozostawał najwierniejszym heglistą spośród wszystkich. Żaden z nich przecież nie wracał do „Hegla jako Hegla” ani też nie robił z niego kotletów. Paradoksalnie to deklaratywnie antyheglowscy myśliciele – jak Lacan czy Deleuze – sprawiają, że wydawałoby się już martwe pojęcia uzyskują nowe, życiodajne tchnienie, a serce Heglowskie wciąż bije. Aby uczynić sytuację jeszcze bardziej paradoksalną możemy powiedzieć, że np. Lacan jest najbliższy Heglowi dokładnie tam, gdzie o nim w ogóle nie wspomina. 

W czym by się objawiało to ożywianie? 

JS: Ano chociażby tym, że wprowadzamy do myślenia wymiar zasadniczej  niekonsystencji. Zaczynamy raczej interesować się dziurami w całym aniżeli całym, czy też uruchamiamy w myśleniu żywioł negatywności, który jest podstawową cezurą oddzielającą tradycję heglowską, od np. spinozjańskiej. Porównując dzisiejszych przedstawicieli obydwu tradycji, dajmy na to Žižka i Negriego, to nie tylko na poziomie pojęć, ale przede wszystkim w samym szkielecie myślenia można zobaczyć, że są to dwa zgoła odmienne projekty filozoficzne. Zasadzają się na zupełnie innej motoryce wewnętrznych wektorów sił: to, co stara się skonstruować Negri za Deleuzem, to jest taka entropia; natomiast Žižek, Lacan i inni filozofowie z tradycji heglowskiej przede wszystkim przepracowują pojęcie negatywności myśląc raczej w ramach dialektycznych spięć.

MS: Problem z Heglem polega na tym, że jakkolwiek by go nie czytać, czy na sposób instrumentalny czy na sposób całościowy, to i tak będzie tracił ów heglizm swoje cechy dystynktywne, realizując w ten sposób swoją wewnętrzną paradoksalną logikę całości. Bo jak słusznie zauważyłeś w pytaniu, Hegel obecnie zatraca wyznaczniki bycia Heglem, zostaje tak poćwiartowany, że nie wiadomo, czy to jest jeszcze Hegel, gdzie kończy się Hegel, jaka filozofia zaczyna się po Heglu itd. Mi to się wydaje – mimo moje wcześniejszej wypowiedzi, na pierwszy rzut oka z tym nieuzgadnialnej – świadectwem właściwego powrotu do Hegla. I jego triumfu czy też triumfu dialektyki w ogóle. To jest większy problem związany z tym pierwszym pytaniem: po co Hegel w ogóle. Pytanie takie jest o tyle źle sformułowane, że w gruncie rzeczy nie ma innego sposobu myślenia niż ten, który obecnie określa się jako Heglowski. Hegel genialnie rozpoznaje to, w czym pracuje – samo myślenie. I w ten sposób jest nieprzekraczalny o ile myślenie jest nieprzekraczalne. Ale że samo to myślenie jest wewnętrznie poćwiartowane, sprzeczne, to nieprzekraczalność Hegla nie zamienia go w martwą skorupę, tylko tam ciągle coś się dzieje, bo ono – uwaga! – ciągle samo się przekracza ku sobie. Uff… 

Dochodzimy do bardzo interesującego momentu, bowiem według ciebie, Jacku, z Hegla należy ocalić dla współczesności wypracowane przez niego pojęcie negatywności i dialektykę krótkich spięć. Natomiast ty, Maćku, uważasz, że nic nie trzeba ocalać, gdyż Hegel sam się ocala. To znaczy, że nikt nie jest wstanie od niego uciec, bowiem każdy krytyk Hegla jest już uwikłany w jego dyskurs. Dlatego nie można wyróżnić czy wyosobnić jednego punkt, momentu jego myśli, który gwarantowałby jej aktualność. Tylko Hegel jako całość jest aktualny!

MS: Tu jest jeszcze jedna ważna kwestia: czy jest tak, że dzięki Heglowi uzyskaliśmy pełniejszą świadomość tego, że myślenie jest negatywne, czy dopiero dzięki Heglowi myślenie stało się negatywne. Ja mam jednak wrażenie, że ta pierwsza opcja jest właściwa. Na tym polega kluczowy problem z Heglem, to nie jest tak, że on jak jakiś Prometeusz dał nam ogień, którego wcześniej nie było. O tylko odkrył to, że myślenie jest i zawsze było negatywne. Tak rozumiany heglizm rozpoznaje coś, co w tradycji filozofii Zachodu funkcjonowało od samego początku. Heglizm im bardziej jest literalnie heglizmem, tym mniej staje się heglizmem partykularnym, „historycznym”: ponieważ im mocniej wchodzimy w taką definicję myślenia, którą proponuje Hegel, tym bardziej zauważamy, że ta definicja jest superuniwersalna i dotyczy całej filozofii, tego dziwnego gatunku literackiego, który kiedyś tam się zaczął i nie wiadomo jak się skończy.

Dlatego Hegel traci swoje cechy wyróżniające – ich utrata jest samą istotą heglizmu, tj. zatracanie tego, co partykularne pozostające jednak przy tym, co konkretne. 

JS: Na tym polega chyba cały wic, którego już Hegel był świadom. Dlatego postanowił on zrobić wykłady z historii filozofii, żeby zbudować swoje drzewo genealogiczne, ukazać sieć własnych wpływów, która może świadczyć zarówno o jego impotencji, jak i o omnipotencji.

Zatrzymajmy się przy tej dialektyce impotencji i omnipotencji. Czy da się uchronić heglizm przed totalizującymi i autorytarnymi zakusami, które niewątpliwie w nim występują? 

MS: I znowu – naprawdę mam wrażenie, że nie jest to problem Heglowski, tylko problem myślenia jako takiego. To znaczy myślenia nazwanego przez Hegla siłą negatywności. Nie jest tak, że jeśli wytoczymy potężne działa naładowane siejącymi zniszczenie argumentami i wystrzelimy je przeciwko konkretnej osobie – G. W. F. Heglowi – to poradzimy sobie z problemem wszystkożerności systemu, ogólnością, totalnością, etc. Myślenie jest takie, że zawsze tkwi w nim ryzyko totalizacji, ideologizacji, kolonizacji, wszystkich tych złych rzeczy. Nie potrzeba wcale „Dialektyki oświecenia” Adorna i Horkheimera, wydaje mi się, że sam Hegel rozpoznawał tkwiące tutaj zagrożenie, jak pewnie kilku innych kolesi przed nim, ale on to też bardzo precyzyjnie opisał. Inaczej mówiąc, Hegel o tyle jest dobry, że rozpoznaje problem w samej „problematyczności” – tj. problem w samym problematyzowaniu, tj. myśleniu. Nie jest tak, że myślenie jest „zwykłym” narzędziem do rozwiązania jakiegoś tam problemu, bo to ono samo jest źródłem wszelkich problemów, do których rozwiązywania zostało powołane. 

Już w sobotę, 24 sierpnia, druga część rozmowy.

Wywiad jest częścią cyklu rozmów, które podsumowują pierwszy rok kilkunastu stałych seminariów prowadzonych w Instytucie Studiów Zaawansowanych. Aby przedstawić treść każdego z nich szerszej publiczności, poprosiliśmy wybranych studentów o przeprowadzenie rozmów z prowadzącymi, które ukazują się obecnie w Dzienniku Opinii.

Czytaj także:

Jerzy Osiatyński: To nieprawda, że kryzys musi się wyszumieć

Maciej Gdula: Rzeczywistość stawia opór

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij