Kultura

Majmurek: Orły w dolinie węży

Przyznanie takim filmom jak Wyjazd integracyjny nagrody dla najgorszej wtopy roku, czy uznanie, że występ Jana Frycza w tym dziele był „poniżej godności” do debaty o rzeczywistym stanie polskiego kina wnosi równie niewiele jak nagrodzenie Orłami Róży czy W ciemności. Tekst Jakuba Majmurka.

Niedawno polski przemysł filmowy przyznał sobie po raz kolejny nagrody Polskie Orły. Z kolei część krytyków przyznała kilka dni temu Złote Węże – nagrody dla „największych wtop” polskiego kina w roku ubiegłym. Jeśli przyjrzymy się obu nagrodom, zobaczymy, że polskie kino i polską krytykę filmową łączy skomplikowana relacja będąca osobliwą mieszanką miłości i nienawiści.


Galę Orłów wygrały trzy filmy: Róża, Sala samobójców i W ciemności. Te same, które wcześniej święciły triumfy w Gdyni, zbierały świetne recenzje w polskiej i zagranicznej prasie, jeden z nich uzyskał nawet oscarową nominację. Orły nie zostały więc wykorzystane do zwrócenia uwagi na filmy pominięte, niezauważone, a jednak godne uwagi. Potwierdziły to, co wszyscy o polskim kinie 2011 wiedzieliśmy od dawna. Na pewno nie pomogą też szczególnie nagrodzonym filmom. Skończyły one już swój komercyjny żywot w kinach, funkcjonują rzecz jasna w dystrybucji na DVD, ale polscy dystrybutorzy jakoś nie chcą reklamować swoich filmów „Laureat pięciu Orłów”. Nic dziwnego, bo znajomość marki „Orły Polskiego Kina” wśród polskiej widowni jest bliska zera. Czy ktoś z państwa zdecydował się zobaczyć jakiś polski film dlatego, że zgarnął dwa Orły? Albo nawet pięć? Nie wiadomo, jakich nakładów potrzeba, by z Orłów zrobić markę będącą w stanie pociągnąć komercyjnie i prestiżowo nagrodzony film (choćby w takim stopniu, w jakim filmowi pomagają  Złote Lwy z Gdyni). Orły są dziś wyłącznie okazją do tego, by filmowcy spotkali się, pogratulowali sobie, dali sie obfotografować i nagrali setki dla telewizji.


I nie było by w tym nic złego (niech się spotykają, komplementują, nagrywają wypowiedzi dla mediów – na zdrowie), gdyby nie fakt, że do imprezy dołożył się Polski Instytut Sztuki Filmowej w kwocie 100 tysięcy złotych. Jasne, że w budżecie PISF te pieniądze to tyle co nic, kropla w morzu, nieistotne drobne. Ale za te „drobne” można by na przykład wydać kilka interesujących książek filmowych. Książka filmowa buduje kontekst dla rozumienia filmu, poważnej refleksji nad nim, ułatwia przyswojenie nowych trendów, nazwisk i zjawisk. A przy tym sama nie jest w stanie utrzymać się na rynku – każdy wydawca pięć razy się zastanowi, zanim wyda taką książkę bez dotacji.


Po takiej imprezie jak Orły, napuszonej pompie polskiego kina wokół niego samego, chęć „spuszczenia powietrza” z polskiego świata filmowego jest jak najbardziej zrozumiała. Zwłaszcza, że w zeszłym roku oprócz kilku świetnych produkcji mieliśmy do czynienia także z filmami tak żenującymi jak Bitwa warszawska, Weekend, czy Och Karol 2. Dlatego nie dziwię się kolegom krytykom, którzy wzięli udział w głosowaniu Akademii Węży. Gdy zostałem zaproszony do wzięcia udziału w jej pracach, odmówiłem, zaznaczając jednak, że im kibicuję i życzę powodzenia. A odmówiłem dlatego, że moim zdaniem w przyznawaniu tego typu nagród jest trochę za dużo Schadenfreude, przesadnego rozkoszowania się beznadzieją polskiego kina.


Przyznanie takim filmom jak Wyjazd integracyjny nagrody dla najgorszej wtopy roku, czy uznanie, że występ Jana Frycza w tym dziele był „poniżej godności” do debaty o rzeczywistym stanie polskiego kina wnosi równie niewiele jak nagrodzenie Orłami Róży czy W ciemności. Festiwal żółci wylewanej na nasze kino jest symetrycznym, lustrzanym odbiciem festiwalu samozadowolenia z gali Orłów. W pełni rozumiem ten odruch moich kolegów i koleżanek krytyków i wiem, że wiele filmów przez nich „wyróżnionych”, jak najbardziej zasługuje na bolesne skopanie, a może nawet na wymyślne i okrutne tortury. Jednak ulegnięcie tego typu pokusie ma jedną zasadniczą wadę. Znacznie utrudnia taki model relacji między krytyką i filmem, jaki ja sam chciałbym budować. Oparty na wspólnej trosce o kino, rozmowie, komunikacji. W ramach których czasem warto poświęcić efektowne publicystyczne frazy, zrezygnować ze skopania słabego filmu, wyjść filmowcom naprzeciw. Co ma z tego krytyk? Potencjalnie dużo. Może wyjść z czysto reaktywnej wobec filmu roli, przyjąć wobec kina postawę aktywną, afirmatywną, postulatywną. Pozwalającą nie tylko na reaktywne podgryzanie twórczości innych, ale aktywne stawianie kinu postulatów, przedstawianie propozycji, formułowanie zadań. W modelu krytyka-żółciowca wyjście z reaktywnej roli nie jest możliwe.


Niestety filmowcy nie zachęcają do takiej rozmowy o kinie. Najpierw mieliśmy kuriozalne starcia z krytykami Barbary Białowąs (m.in. z Michałem Walkiewiczem), potem żenujące popisy scenarzysty Kaca Wawy w spotkaniu z Tomaszem Raczkiem, teraz histeryczne reakcje polskich filmowców na Węże, Sławomir Idziak zarzucający krytykom, że chcą zniszczyć polskie kino i rzucają złośliwie kłody pod nogi pracowicie budującym jego wielkość filmowcom; Borys Szyc przywołujący stary argument, że krytyk to „jednonogi teoretyk skoku w dal”, który poza wylewaniem żółci sam nic nie potrafi.


Orzeł i wąż. Najszlachetniejszy z ptaków drapieżnych otaczany religijną czcią od Peru do Indii, widniejący na symbolach niezliczonych imperiów, od starożytnego Rzymu Cezarów do Ameryki Obamy. I gad symbolizujący prastare bóstwa związane z ziemią, w Indiach czczony jako symbol płodności, w tradycji judeochrześcijańskiej symbolizujący Zło, ale także lecznicze siły. To wreszcie dwa zwierzęta nietzscheańskiego Zaratustry: „najmądrzejsze” i „najroztropniejsze pod słońcem”. Bohater Nietzschego ujrzał je splecione w uścisku: „orzeł ciągnie górą, szerokie zataczając koliska; zwisa na nim wąż, wszakże nie jako łup, lecz jako druh: gdyż owija mu się wokół szyi pierściennymi kręgi”.


Obrażający (się na) krytyków twórcy i krytycy małostkowo nękający polskie kino; nadęty w samozadowoleniu i przekonaniu o własnej nieomylności orzeł polskiego kina i kąsający go złośliwie wąż krytyki pozostają ze sobą splecione w nierozerwalnym uścisku jak zwierzęta Zaratustry. Choć nie jak „druhowie”. Raczej jak dwoje ludzi tworzących toksyczny, sadomasochistyczny związek. Choć tego typu relacje mają swój niezaprzeczalny urok i niosą ze sobą pewne szczególnie drogie ich koneserom przyjemności, to jako krytyk jestem taką relacją z polskim kinem po prostu zmęczony. Dolina węży to z pewnością malowniczy krajobraz, ale i kino, i krytyka powinny poszukać innych plenerów.

 

 

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij