Idee nie działają.
Same.
Ktoś musi stanąć za ideą.
Człowiek. Jeden lub wielu.

Idee pomagają wymyślić świat na nowo, kiedy trzeba to zrobić.
Ułatwiają zrozumienie, podtrzymują nadzieję, uwalniają od lęku.
Idee nie są odważne. Nie mają wyobraźni. Nie mają kolorów.
To człowiek, który stanął po stronie idei – jest bohaterem.

Zobaczył i pokazuje innym to, co niewidoczne.
Uwierzył, że utopia wypowiedziana dziś,
jutro może stać się barwną rzeczywistością.

Idee rodzą się z krytyki.
Powstają z myślenia.
A kiedy budzi się rozum, kończy się marazm.
Krytyczne myślenie napędza do działania.

Idee to słowa.
Które mają wartość i moc.
Nie chcemy ich tylko tworzyć ani bronić.
Zamierzamy je urzeczywistnić.

Dla Polski otwartej, zielonej i solidarnej.
Tworzonej wspólnie z wami.
Słowem i działaniem.

Przepisujemy idee na rzeczywistość.
Krytyka Polityczna

Film

Chada feat. Woś – „PDW (Piketty Do Więzienia)”

Chada Proceder recenzja

Chada kradnie, ale wiemy… wierzymy, że musi. Robi to zresztą według moralnego kodeksu – nigdy nie okrada biedniejszych od siebie. Kiedy zabiera z szatni drogie futro wyniosłej burżujki i idzie w nim w melanż, trudno mu nie przyklasnąć. Wygląda wtedy niczym eksponent klasowego gniewu, jak reprezentujący biedę mściciel. Takie musiały być zapewne intencje twórców, a zwłaszcza doradzającego im Rafała Wosia.

W jednej ze scen Procederu początkujący raper Tomasz Chada (Piotr Witkowski) składa wizytę wydawcy, który wyłowił go w jednym z warszawskich piwnicznych klubów. Oślizły, wyszczerzony typ ciągnie kreski z biurka, obejmuje w talii skąpo ubraną dziewczynę i namawia naszego bohatera na korektę stylówki. Nie zgadniecie – zamiast ulicznego rapu „z przekazem” życzy sobie radiowych hitów o tym, że „kobiety są gorące”. Obiecuje kontrakt, koncerty i Rower Błażeja. Chada olewa cyrograf (i drogie auto wydawcy) ciepłym moczem. Nie zamierza się sprzedać, woli kraść.


Raper jest na bakier z prawem już w 1999 roku, kiedy zaczyna się akcja filmu. Na początku obrabia wagony towarowe z butów i tosterów, po chwili kradnie już auta. Idzie mu świetnie, tyle że wynagrodzenie dostaje w sztabie koksu, musi więc dealować. Zaczyna ćpać, ściąga na siebie zainteresowanie policji i doprowadza matkę do zawału.

Obławy, komisariaty, szpital psychiatryczny, wreszcie i więzienie – sporo się dzieje, bo Chada ma talent do wpadania w kłopoty, ale długo także i farta, do tego spryt. Można odnieść wrażenie, że filmowcy mocno podrasowali rzeczywistość i bohatera – że zbyt łatwo przychodzi mu spadanie na cztery łapy, zdobywanie kolejnych kobiet, wreszcie także zarabianie dużych pieniędzy. On sam chyba też nie może w to wszystko uwierzyć, bo hajs rozdaje niczym Drake w klipie do God’s Plan, o relacje nie dba, a i upadki znajdują w końcu tragiczny finał. Tomasz Chada zmarł w 2018 roku, w wieku 40 lat, po skoku z okna na trzecim piętrze, a Proceder opowiada jego autentyczną historię.

Sztywniutko? Raczej ładniutko

Wróćmy do sceny z wydawcą. Ta dość sztampowa manifestacja charakteru rapera i jego wierności ulicznemu bushido mówi wiele o filmie braci Węgrzynów (reż. Michał Węgrzyn, zdjęcia Wojciech Węgrzyn). Kanciasty, uproszczony świat i jego przerysowani bohaterowie wydają się służyć niemal wyłącznie charakterystyce protagonisty. Chada jako prawilniak, Chada – plejboj, Chada – Robin Hood, Chada – ryzykant, Chada – pogubiony alkoholik i narkoman. Chada – jedyna w miarę (!) zniuansowana postać w ponad dwugodzinnym filmie. Cała reszta jest czarno-biała.


Co prawda akurat mefistofeliczny wydawca pojawia się tu nie tylko po to, by raper mógł zaprezentować swój sztywny kręgosłup, lecz także dla kontrastu. Wkrótce po nim Chada spotyka na swej drodze prawdziwego anioła stróża – Kroka, dobrego wydawcę. To postać autentyczna, założyciel Step Records, w którym ukaże się długo wyczekiwane solo artysty – tytułowy Proceder – oraz kolejne płyty. Wytwórnia jest też współproducentem filmu. Mając to na uwadze, trudno stwierdzić, co w filmie jest prawdą, a co autopromocją i lokowaniem produktu. Tym ostatnim jest przede wszystkim Chada – legenda polskiego hip-hopu.

Gościnnie pojawił się już na kultowym Skandalu Molesty, ale na jego solowy debiut słuchacze czekali wiernie aż do 2009 roku. Nie zawiódł ich, miał liczne i lojalne grono fanów – tego nie sposób mu odmówić. Z drugiej strony nie oszukujmy się, nigdy nie był wybitnym MC, jego albumy trudno uznać za klasyki, nigdy nie nagrał żadnego przeboju. To jedna z tych postaci, których biografie wielokrotnie przerastają artystyczny dorobek.

Filmowcy starają się nam wmówić, że mamy do czynienia z nieprzeciętnym talentem, ale robią to bez przekonania. Co jakiś czas puszczają w tle kawałek z Procederu, ze dwa razy każą Witkowskiemu poruszać trochę ustami do rapu Chady na jakiejś atrapie koncertu i w sumie tyle. No cóż, Chada to nie Eminem, ani nawet nie Magik. Zresztą po co pokazywać scenę czy studio, skoro wszystko, co naprawdę ciekawe, dzieje się poza nimi?

Cokolwiek by mówić, legenda Chady na filmie Węgrzynów może jedynie zyskać. Postaci granej przez Witkowskiego właściwie nie da się nie polubić. Nawet gdy stacza się w alkohol i dragi, zachowuje szelmowski wdzięk łotrzyka, który muchę skrzywdziłby co najwyżej w odwecie. Z reguły to on wydaje się najbardziej poszkodowany – mniejsza, czy akurat katuje go sadystyczny policjant, czy to tylko partnerka robi mu wyrzuty o zbijanie bąków. Współczujemy mu, mimo że nie widzieliśmy nawet, żeby w ogóle starał się o uczciwą pracę.

Chada kradnie, ale wiemy… wierzymy, że musi. Robi to zresztą według moralnego kodeksu – nigdy nie okrada biedniejszych od siebie. Kiedy zabiera z szatni drogie futro wyniosłej burżujki i idzie w nim w melanż, trudno mu nie przyklasnąć. Wygląda wtedy niczym eksponent klasowego gniewu, jak reprezentujący biedę mściciel. Takie musiały być zapewne intencje twórców, a zwłaszcza doradzającego im Rafała Wosia. Autor Dziecięcej choroby liberalizmu z gorliwością neofity przekonuje ostatnio, gdzie tylko może, że raperzy to zasługujący na Nobla wieszczowie i kronikarze III RP, a także czołowi rzecznicy ofiar polskiej transformacji. Konsultacje przy powstawaniu Procederu były dla niego szansą na przemycenie tej wizji do filmu. Jak ją wykorzystał?

Bardzo cienka jest linia między ziomkiem a wrogiem

Zacznijmy od tego, że można śmiało obstawiać, które fragmenty wyszły spod ręki publicysty. „Przyszło nowe po komunizmie i co? I gówno!” – żali się jeden z pacjentów szpitala, w którym pracuje matka Chady. Gdy ta pod byle pretekstem zostaje wyrzucona z pracy, protestuje: „To jest niezgodne z kodeksem pracy”, na co personalny szpitala (notabene gra go Vienio z Molesty) dosadnie ripostuje: „Kodeks to był za PRL, teraz jest kapitalizm”. Zwolniona pielęgniarka z nostalgią wspomina potem komunę: „Wczasy, związki zawodowe, to były czasy”. Trudno rzecz jasna oczekiwać, by to Chada, rocznik 1978, porównywał sytuację pracowników w PRL do tej w okresie III RP, nie zmienia to jednak faktu, że to raczej drugo- i trzecioplanowe postaci, a nie sam protagonista, komentują w filmie nowe realia. O tym, ile kosztuje utrzymanie, Chada się dowiaduje, dopiero gdy matka trafia na dłużej do szpitala. Po odłożeniu pieniędzy na rachunki dziwi się: „Co jest? Stówa na życie?”.

Wygląda to więc tak, jakby Woś miał do zagospodarowania ledwie parę minut z całego, 137-minutowego filmu i starał się wycisnąć z nich jak najwięcej, upraszczając i radykalizując przesłanie. Często wypada to niewiarygodnie i sztucznie, wręcz śmiesznie. Zabawne są na przykład ukradkowe dissy na Unię Europejską, z której pożytek sprowadzony jest w filmie do pojawienia się scrabbli w zakładzie karnym oraz innowacyjnych bubli na wyposażeniu policji.

Nic jednak nie przebije sceny, w której Chada handluje w więzieniu… książkami… Krytyki Politycznej. Ponieważ są to Euro Josepha Stiglitza oraz Kapitał w XXI wieku Thomasa Piketty’ego, możemy domniemywać, że nabywca odsiaduje dożywocie, lecz mimo to nie kryje ekscytacji: „No to kurwa będzie czytane!”. Miłej lektury, szkoda tylko, że scena ta sprawia wrażenie niezamierzonej autoparodii popełnionej przez jakąś ludomańską wersję magistra blokersa.

Oddajmy jednak sprawiedliwość – są tu także momenty zgrabniejszej publicystyki, jak na przykład ten, kiedy podczas sesji terapeutycznej w ośrodku odwykowym (jest rok 2010) ktoś zauważa: „Dożyliśmy takich czasów, że ludzie z różnych sfer spotykają się tylko na terapii i w kostnicy”.

Tak czy inaczej, cała ta narracja o złym kapitalizmie, dobrej komunie i nieudolnej Unii to tylko tło dla historii człowieka „uwikłanego w ciężki życiowy scenariusz”. Czy na drogę procederu pchnął go Balcerowicz, ziomki z ulicy, a może ojciec, który „wziął i wyjechał, nie wspomniał, że na stałe”? Nie sposób rozstrzygnąć. Ważne, że perypetie Chady ogląda się chwilami niczym przyzwoite, budżetowe kino akcji, kibicując bohaterowi do samego końca. Okazuje się, że wcale nie trzeba być fanem jego muzyki, by zechcieć uwierzyć w jeden z jego wersów: „Naprawdę jestem lepszy niż ta moja reputacja”. Film też mógłby być nieco lepszy.

Bio

Maciej Kryński

| Kulturoznawca, członek zespołu KP
Kulturoznawca, współpracownik „FilmPro”, wyróżniany w konkursach krytycznofilmowych – m.in. „Powiększeniu” Filmwebu i Konkursie im. Krzysztofa Mętraka. Członek zespołu Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.