Czytaj dalej

Zbawca narodu przed emeryturą

jaroslaw-kaczynski

O książce Jarosława Kaczyńskiego „Porozumienie przeciw monowładzy. Z dziejów PC” pisze Michał Sutowski.

Opowieść o sobie najważniejszego polityka Polski przeczytać trzeba. Na początku nie ma, co prawda, trzęsienia ziemi tylko szkolna pogadanka o dzieciach komunistycznych dygnitarzy, potem jednak robi się ciekawie. Dostajemy do ręki solidny kawał wspomnień przyprawiony sporą dozą insynuacji i manipulacji. To wspomnienia pisane (a raczej mówione, bo to wyraźnie spisywana gawęda) chwilami bardzo błyskotliwie acz pod prostą jak konstrukcja cepa tezę. Ale przecież nie o prawdę tu chodzi, tylko o Prawdę, która się we wzmiankowanej tezie zawiera.

Teza brzmi: są w Polsce ostatniego półwiecza dwie siły polityczne. Komuna to tak naprawdę ich tło, dla jednej może nawet zaplecze, ale to nie rządząca krajem przez niemal pół wieku PZPR jest najważniejsza (choć antykomunizm to domyślna dominanta całej fabuły). Liczy się nurt (środowisko, tradycja) komunistycznych inżynierów dusz, którego najważniejszą emanacją jest sojusz dawnych „komandosów” z byłymi intelektualistami partyjnymi. Po drugiej stronie są bracia Kaczyńscy. Potem po jednej stronie jest „Gazeta Wyborcza” i unici – a po drugiej, wiadomo kto. Proste?

Żeby nie było tak łatwo, ważny jest jeszcze Wałęsa. Ukazany, o dziwo, jako postać całkiem złożona. Nie chodzi nawet o to, że Kaczyński przyznaje przywódcy Solidarności wybitne talenty polityczne, a insynuacje w temacie „Bolka” są dość, jak na prezesa PiS, zdawkowe, by nie powiedzieć marginalne. Na przekór bowiem narracji, w której SB Wałęsę prowadzi od Grudnia ’70 aż po emeryturę, Porozumienie przeciw monowładzy sugeruje kulawą, ale jednak podmiotowość polityczną byłego prezydenta. Kręcą się wokół niego podejrzane postaci (o Wachowskim źle pisał nawet Adam Michnik…), Wałęsa próbuje służbami grać przeciw rywalom, ale z nakreślonego przez Kaczyńskiego obrazu wyłania się: prostak o genialnej intuicji, robotniczo-chłopski watażka i autokrata in spe, ludowy antysemita, a nawet półświadomy rusofil (!), ale na pewno nie – czyjakolwiek marionetka.

Polityczna wojna w Polsce, której kronikarzem i herosem naraz jest Kaczyński, toczy się najpierw wokół Wałęsy, potem przeciwko niemu, zawsze jednak o sprawy większe. Ktoś powie – o porządek dziobania i status, ktoś inny, że o kształt, tempo i przebieg transformacji, zdaniem zainteresowanego – o samą „nie tylko formalną” demokrację, o realny pluralizm i praworządność realną, nie zadekretowaną.

I właśnie w tej wojnie ścierają się bracia Kaczyńscy ze spadkobiercami przedwojennej KPP. Kaczyński ukazuje ostatnią dekadę PRL i pierwszą III RP – w tych ramach czasowych zawiera się książka – jako epokę kolejnych konfliktów, w których bracia Kaczyńscy dominują na patriotycznej i zdroworozsądkowej jednocześnie flance. Szczegółową faktografią tej opowieści zajmą się historycy, ja spróbuję oddać jej zarys.

Różnice ideowe („intelektualna obcość”) pojawiają się już na samym początku życia politycznego braci Kaczyńskich: na słynnym wiecu 8 marca 1968 roku na głównym kampusie UW córka Dąbrowszczaka pozdrawia studentów komunistycznym gestem – młodzi Jarek i Leszek się wstydzą, ale jeszcze („z solidarności z uczestnikami wiecu”) unoszą w górę zaciśnięte pięści. Później już będzie ostrzej, choć z Janem Józefem Lipskim, herosem niekomunistycznej lewicy, Kaczyński będzie różnił się pięknie. Spory wewnątrz pierwszej Solidarności, debaty o strategii w stanie wojennym i po amnestii 1984 roku, wreszcie przetargi o Okrągły Stół – to jakby przygrywka do rozciągniętej w czasie wojny na górze. Tak naprawdę, tzn. wg Kaczyńskiego zaczyna się ona jeszcze przed powołaniem rządu Mazowieckiego – słynny manewr z przeciągnięciem na stronę „Solidarności” stronnictw satelickich PZPR ma powstrzymać sojusz „lewicy laickiej” OKP z „młodą gwardią” PZPR, pod kierownictwem demonicznego Bronisława Geremka. A potem już z górki. To znaczy dla Kaczyńskiego bywało pod górkę, ale wojna o duszę trwać miała odtąd w najlepsze: od bitwy o upartyjnienie i pluralizację obozu Solidarności przez akcje lustracyjną aż po nowy „konflikt wartości”, który miał wynieść do władzy Akcję Wyborczą Solidarność.

Kaczyński bywa tyleż wnikliwy, ile stronniczy, jak na uważnego widza i zaangażowanego uczestnika przystało. Trudno odmówić błyskotliwości jego diagnozie „umoralizowania” i tym samym depolityzacji procesu transformacyjnego, którego pragnęły (choć raczej z innych niż wskazywane przez autora powodów) środowiska byłej lewicy solidarnościowej (w skrócie: „Gazety Wyborczej” i późniejszych unitów). Interesujące, nawet jeśli kontrowersyjne bywają jego rozważania o instytucjach państwa i gospodarki będących polem gry interesów politycznych i ekonomicznych – tzw. uwłaszczenie nomenklatury nabiera w jego opowieści (nawet jeśli przejaskrawionej) cech procesu strukturalnego, a nie tylko ideologicznej konstrukcji antykomunistycznej prawicy. Z krytyką patologii wymiaru sprawiedliwości III RP na początku lat 90. trudno się nie zgodzić, a wiele transformacyjnych błędów (jak np. likwidację pionów zwalczania przestępczości gospodarczej) piętnuje słusznie.

Wszystkie te diagnozy są nie tylko interesujące intelektualnie (jako przyczynek do historii transformacji czy szerzej, analizy wielkich procesów przejścia systemowego), ale też najwyraźniej „autentyczne”. To znaczy: hektary papieru i gigabajty danych pochłonęły analizy, co jest „istotą” myślenia Jarosława Kaczyńskiego o państwie i prawie. I jeśli odrzucić prostacki schemat „czystego pragnienia władzy”, względnie „leczenia kompleksów” to właśnie ideologia „prawa i porządku” z rysem antykomunistycznym wydaje się najbardziej odpowiadać „trzewiowym” intuicjom ówczesnego prezesa Porozumienia Centrum. Intuicjom wzmacnianym i potwierdzanym przez późniejsze doświadczenia Lecha Kaczyńskiego z kierowania Najwyższą Izbą Kontroli.

Taki ciekawy i błyskotliwy intelektualista, prawda? Aż by człowiek podyskutował przy dobrej whisky – o latynizacji Polski, demokracji peryferii, patologicznej pogoni za rentą i strukturalnej przemocy… Tylko że…

Nawet, jeśli zostawić na boku prywatne złośliwości, osobiste wycieczki, insynuacje i manipulacje, na czoło wybija się „metaopowieść”, w której to nigdy nie wyrośli z czerwonych chust geremkiści i michnikanie nakładają demokracji kaganiec.

O to chodzi w tej całej historii: fakty, interpretacje, insynuacje i domysły Jarosława Kaczyńskiego ułożone są pod tę właśnie tezę.

I jeszcze problem drugi. W sferach prawa i praworządności – dla światopoglądu Kaczyńskiego fundamentalnych – panuje na kartach tej książki wyjątkowe wprost pomieszanie pojęć, w którym słusznie diagnozowany i piętnowany chaos ustawodawczy, zawisłość sądów od brudnych interesów czy niezdolność do sprawiedliwej egzekucji prawa trafiają do jednego worka np. z liberalizmem cywilizującym system penitencjarny. Przy okazji (faktycznie kontrowersyjnej) sprawy amnestii z grudnia 1989 roku Kaczyński wyszydza nie tylko prawników wykształconych w niemieckiej tradycji prawa karnego (jako społecznych nadwrażliwców), ale nawet pierwszego po 1989 roku szefa więziennictwa, dzięki któremu polskie zakłady karne wyglądają dziś nieco lepiej niż w Rosji czy Turcji. Pokpiwając, że Paweł Moczydłowski chciał „zamienić więzienia w placówki półotwarte” doktor prawa Jarosław Kaczyński dowodzi, jak niewiele rozumie nie tylko z mechanizmów resocjalizacji czy wpływu prawa karnego na procesy społeczne, ale przede wszystkim, jak niewiele wie o ówczesnym stanie polskiego więziennictwa i katastrofalnym dziedzictwie prawa karnego PRL.

Dużo lepiej rozumieli je ci posłowie i senatorowie, którzy w PRL-owskim kryminale przesiedzieli po kilka lat (Michnik, Kuroń, Modzelewski, ale też twórca Biura Interwencyjnego KOR, ówczesny senator Zbigniew Romaszewski), podobnie jak wybitne autorytety prawnicze epoki: Lech Falandysz, Tadeusz de Virion czy Janusz Kochanowski. Ich intuicje – o nadmiernej represyjności zastanego systemu – potwierdziła skądinąd reakcja służby więziennej na wywołane wieścią o niepełnej amnestii bunty, zwłaszcza w ZK w Czarnem. Już bowiem za rządów Tadeusza Mazowieckiego, po krwawym (sześciu zabitych) stłumieniu rozruchów, strażnicy urządzili tam regularne katowanie spacyfikowanych więźniów. Jakkolwiek kontrowersyjne są poglądy Kaczyńskiego na teorię prawa czy liberalny konstytucjonalizm, nie można mu w tych dziedzinach odmówić biegłości czy wręcz wyrafinowania; gdy przechodzi na grunt prawa karnego zmienia rejestry z, mówiąc obrazowo, Stanisława Ehrlicha na Zbigniewa Ziobrę.

Jarosław Kaczyński konwencję literacką cynicznej Realpolitik opanował nieźle, choć mistrzom gatunku – Catowi-Mackiewiczowi czy nawet Romanowi Dmowskiemu – ustępuje o kilka długości. Nie tyle nawet erudycją czy stylem (bo z wileńskim żubrem i w ogóle przedwojennymi pisarzami politycznymi trudno dziś równać się komukolwiek), ile przede wszystkim znajomością międzynarodowych kontekstów i arkanów polityki. Kiedy pisze np. o zakulisowych grach „małej koalicji” z „dużą” (czasy rządu Olszewskiego) czy walce o wpływy w AWS, bywa pisarzem politycznym pełną gębą, nie pozbawionym specyficznego poczucia humoru; gdy jednak interpretuje postępowanie polityków niemieckich w czasach zjednoczenia, łatwo popada w płaską ksenofobię. Spotkani przez Kaczyńskiego w 1990 roku (faktycznie twardogłowy) Theo Weigel i (rzeczywiście arogancki) Helmut Kohl gładko przemieniają się w uogólnionego Niemca, co Polakami gardził, gardzi i gardzić będzie. Wnioski tego rodzaju nasz bohater czerpie z kilku osobistych spotkań w czasach szefowania kancelarii Wałęsy, ale (nie wątpię, że autentycznym) doświadczeniom brakuje choćby minimum kontekstu lektur – swej jawnej germanofobii Kaczyński nie uzasadnia ani geopolitycznie, ani nawet na gruncie mniej czy bardziej mądrych stereotypów kulturowo-historycznych.

Prawdziwy dramat zaczyna się jednak wówczas, gdy mowa o „współczesnej kulturze Zachodu”, której najwyraźniej prezes PiS po prostu nie zna (choć przeciwnikom politycznym w czasach przełomu konsekwentnie zarzuca „telewizyjną” znajomość zachodniej polityki i demokracji).

Kaczyński schodzi tu grubo poniżej poziomu „cywilizacji śmierci” i zstępuje do głębin, gdzie urzęduje Matthew Tyrmand, składając przy okazji hołd czołowemu Ojcu Redemptoryście.

Kaczyński schodzi tu grubo poniżej poziomu „cywilizacji śmierci” i zstępuje do głębin, gdzie urzęduje Matthew Tyrmand, składając przy okazji hołd czołowemu Ojcu Redemptoryście. Bo choć w zawoalowany sposób krytykuje antysemickie treści obecne w jego rozgłośni, to nie tylko rozgrzesza go za utrzymanie w szeregach prawicy wyborców, których bez wysiłków Radia Maryja przejąłby pewnie Lepper bądź SLD (co od biedy mieściłoby się w rachubach racjonalnego konserwatysty), ale też docenia jego przenikliwość w temacie nadciągającego „zmierzchu Zachodu”. Jego degenerację Tadeusz Rydzyk miał bowiem rozpoznać szybciej i głębiej nawet niż sam prezes.

Kawałki „cywilizacyjne” to dla mnie, przyznam szczerze, zagwozdka: nie potrafią rozstrzygnąć, czy to tylko koncesja na rzecz co poczciwszej części kościelnego elektoratu, czy może Jarosław Kaczyński naprawdę widzi świat na modłę gomułkowskiego z ducha „w głowach im się od dobrobytu poprzewracało” – bo do tego zdaje się sprowadzać diagnozowany z żoliborskiej willi kryzys aksjologiczny i anomia zachodnich społeczeństw. Tak czy inaczej, im dalej w las, tzn. im bardziej Kaczyński oddala się od czasów, gdy piętnował ZChN za polityczną instrumentalizację wiary, tym bliżej mu do klasycznego backlashu kulturowego, znanego dobrze po obu stronach Atlantyku – tyle że u nas w roli jeźdźców cywilizacyjnej apokalipsy obsadzona zostaje „Gazeta Wyborcza”, Jerzy Owsiak z „Róbta, co chceta” i koryfeusze liberalnej jurysprudencji (LGBTQ i gender to wówczas jeszcze pieśń przyszłości).

Podobnych „wrzutek” i retorycznych ukłonów wobec sojuszników w toku opowieści nie ma jednak wiele – Radio Maryja zostało wyraźnie docenione pomimo długoletnich kwasów (poparcie dla LPR w 2001 roku!) i dąsów jego charyzmatycznego lidera. Dobre słowa przy różnych okazjach spotykają dawnych towarzyszy z „zakonu PC” (oddajmy Kaczyńskiemu sprawiedliwość – także tych niewiernych, bo na mnóstwo komplementów załapał się np. Ludwik Dorn), ale jedna rzecz jest wyraźnie zaskakująca. W opowieści Kaczyńskiego o heroicznych latach 80. nie tyle nawet bledną, ile zostają zupełnie pominięci dyżurni bohaterowie z narracji PiS o „wyklętych” przez Wałęsę, względnie Michnika patriotach, którym nie w smak było „naprawianie socjalizmu” (a czasem, po prawdzie mówiąc, po prostu aroganckie rządy Wałęsy): nie ma tu małżeństwa Gwiazdów ani Krzysztofa Wyszkowskiego, Anna Walentynowicz pojawia się tylko w kontekście przedsierpniowego usunięcia jej z pracy (ale już nie wielkich przecież zasług dla WZZ), praktycznie nieobecny przed Okrągłym Stołem jest NZS. Nie dowiemy się nic o Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela (choć sporo jest o „Głosie” Antoniego Macierewicza, tym z lat 70. rzecz jasna, nie tym późniejszym), ani słowa o Solidarności Walczącej Kornela Morawieckiego.

W czym rzecz? Złośliwcy powiedzą, że zadufany w sobie Kaczyński po prostu nie wspomniał o ludziach, których biografie – niewątpliwie heroiczne – przyćmiłyby jego własną.

W czym rzecz? Złośliwcy powiedzą, że zadufany w sobie Kaczyński po prostu nie wspomniał o ludziach, których biografie – niewątpliwie heroiczne – przyćmiłyby jego własną. Ale na mój ogląd sprawa jest prostsza. Kaczyński w pewnym sensie „mówi, jak było” przez większość wywodu, a w każdym razie – „jak wyglądał świat oczami Kaczyńskiego”. To nie próżność, kompleksy ani małostkowość kazały mu pominąć niepokornych herosów – po prostu dla wannabe Talleyranda polskiej opozycji jej marginesy były marginesami właśnie. W widzianych z Żoliborza podziemnych latach 80. pełno jest Wałęsy, Michnika, Stelmachowskiego i demonicznego eks-stalinowca Geremka, ale Grupy Roboczej ani widu, ani słychu. Bo Kaczyński mógł ich po prostu nie widzieć, nie uważać za istotne, wychodząc z założenia, że realną grę o rząd dusz i władzę w Polsce toczy się przy Lechu Wałęsie i wokół niego – ale nie razem z tyleż pryncypialnymi i uczciwymi, ile niepoważnymi dla Wielkich Graczy rzecznikami podziemnej demokracji związkowej „spoza układu”.

W manichejskiej metaopowieści współcześni sojusznicy i medialne środowiska prawicy (może z wyjątkiem Tadeusza Rydzyka) to wyraźnie młodsi bracia w wierze; w historycznym boju o dusze Polski i Polaków na placu boju od początku bowiem liczą się dwa ośrodki siły. To duchowi (a nieraz rodzinni) spadkobiercy Komunistycznej Partii Polski z jednej, a bracia Kaczyńscy z drugiej strony. Z bliźniakami jest Prawda, z tymi drugimi jedynie komunistyczna tradycja, nigdy nie przezwyciężona – bo choć np. Kuroniowi Kaczyński nie odmawia opozycyjnych zasług, to zagęszczenie sugerujących bolszewicki „mental” anegdot (zapewne prawdziwych i skądinąd zabawnych) świadczyć ma o jednym. Że mianowicie pan Kuroń z panem Michnikiem w głębi duszy na zawsze pozostali Heglomarksem ukąszeni (bo już profesor Geremek to chyba zwykły oportunista). Nowe wcielenia KPP to prawno-karny liberalizm, biograficzny relatywizm, obyczajowy permisywizm i euroentuzjazm; emanacje Prawdy to wewnątrz-solidarnościowy pluralizm zamiast „jednolitego frontu” OKP, dekomunizacyjne przyspieszenie, walka z autorytarnymi ciągotami Wałęsy, wreszcie ideologia prawa i porządku, która po latach znoju wyprowadza braci Kaczyńskich z politycznego niebytu.

Autobiografia Jarosława Kaczyńskiego oscyluje między błyskotliwą, niemal zawsze polemiczną analizą a politgramotą na użytek bieżący.

Autobiografia Jarosława Kaczyńskiego oscyluje między błyskotliwą, niemal zawsze polemiczną analizą a politgramotą na użytek bieżący. Najciekawsza jest wtedy, gdy autor rezygnuje z personalnych czy środowiskowych obsesji i czyta polityczne struktury, zakulisowe gry i strategie wpływowych aktorów – wyraźnie widać, że na seminariach Stanisława Ehrlicha Kaczyński nie czytał pod ławką. To też wielka opowieść o przetrwaniu trudnych czasów – historia o Ludwiku Dornie, którego nie stać było na fryzjera mogłaby wiele nauczyć wygodnicką dziś opozycję. Przy lekturze tych czterystu stron nieraz przechodziło mi przez myśl, że gdyby Jarosław Kaczyński pozostał naukowcem, Jadwiga Staniszkis miałaby z kim na równi się spierać. Niestety, Kaczyński realny swą błyskotliwą inteligencję zaprzęga do budowy historii o zbawcy narodu, który za cholerę nie zamierza przejść na emeryturę.

***

 Jarosław Kaczyński, Porozumienie przeciw monowładzy. Z dziejów PC, Wydawca: Zysk i S-ka

POWSTANIE-UMARLYCH-HISTORIA-POWSTANIE-WARSZAWSKIE-Marcin-Napiorkowski

**Dziennik Opinii nr 217/2016 (1417)

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.