Czytaj dalej

Solnit: Kultura mówiła mi: „kobieta to nieruchomy obiekt, a mężczyzna to pielgrzym, bohaterski wędrowiec”

Rebecca Solnit

Jak uprawiać sztukę, skoro sztuka otaczająca cię zewsząd powtarza, że masz siedzieć cicho i myć gary? Jak traktować bohaterów kultury, którzy mieli na rzeczywistość dobroczynny wpływ, ale wyłączyli z niej ciebie i ludzi tobie podobnych, czy to z osobistej złej woli, czy z pogardy dla was jako zbiorowości? Fragment książki Rebekki Solnit „Wspomnienia z nieistnienia”.

Podczas pracy nad książką przeprowadziłam sporo wywiadów z heteroseksualnymi mężczyznami, którzy chyba uważali mnie za pewnego rodzaju groupie; wykazywanie się dogłębną wiedzą z zakresu ich twórczości było jednym ze sposobów rozbrojenia takiej postawy – nie kręci mnie spotkanie z panem, kręci mnie odtwarzanie, jak to wszystko wyglądało w 1957 roku, i większość elementów układanki już mam, ale chcę dopytać pana o kilka kwestii.

Pamiętam, że jeden z nich zaproponował, żebym usiadła obok niego na sofie, i że położyłam między nami magnetofon w charakterze minibariery; inny, mocno roz­ochocony, był wyraźnie nastawiony na flirt; pamiętam też całe lata molestowania seksualnego ze strony Bruce’a Connera, którego starałam się trzymać na dystans, między innymi w ten sposób, że zwracałam się do niego „wuju Bruce”, a do jego żony „ciociu Jean”, co miało przypominać choćby o dzielącej nas różnicy wieku. Zachowanie rozochoconego artysty wynikało, jak się wydaje, z czegoś, co zdążyłam dobrze poznać – z poczucia, że skoro młode kobiety są nikim, to nic, co się z nimi zrobi, nie zostanie odnotowane. Było to podejście żenujące w obliczu faktu, że notowałam właśnie informacje o jego życiu i pracy twórczej.

W ramach badań na potrzeby książki opłaciłam prywatne seanse kilku filmów krótkometrażowych w Pacific Film Archive i kinie Canyon. Pewnego filmu nie udało mi się wtedy obejrzeć, ale często czytałam o nim w zbieranych materiałach. Dzieła sztuki, które zna się tylko z lektury lub ze słyszenia, zaczynają żyć w wyobraźni własnym życiem i nabierają konkretnych kształtów, które później konfrontuje się z rzeczywistym dziełem. Gdy wreszcie zobaczyłam Pull My Daisy, wyobrażony przeze mnie film o radosnym wolnym życiu sczezł. Za reżyserię odpowiadali wspólnie malarz Alfred Leslie i fotograf Robert Frank, głos z offu podkładał Jack Kerouac.

Film rozpoczyna się sceną, w której widzimy kobietę rozsuwającą zasłony i sprzątającą bałagan zostawiony wieczorem przez męża i słyszymy: „Wczesny poranek we wszechświecie. Żona wstaje, odsłania okna. Ona jest malarką, a jej mąż hamulcowym na kolei […]”. Do końca filmu nie poznajemy jej imienia, istnieje w nim wyłącznie jako żona, ta, która daje dziecku śniadanie i wyprawia je do szkoły, zajmuje się domem i reprezentuje to wszystko, od czego mężczyźni uciekają, czego unikają i czym zdecydowanie gardzą. Nie widzimy jej, gdy odziani w płaszcze Allen Ginsberg, Gregory Corso i kochanek Ginsberga, Peter Orlovsky, wpadają do mieszkania i zaczynają wesołą popijawę.

Mężczyźni pojawiają się w mieszkaniu i z niego znikają, jak im się żywnie podoba, z nieodłącznym alkoholem i papierosami, zadurzeni w sobie i przekonani o tym, że są czarujący. Ginsberg w pewnym momencie tarza się po podłodze jak szczeniak, jeden z pozostałych tuli dzbanek z winem jak pluszowego misia; głos Kerouaca z offu mówi: „Pobawmy się w kowbojów” i panowie jeden przez drugiego przechwalają się, jacy to z nich fajni kowboje.

Mężczyźni objaśniają mi świat

czytaj także

Główny dramat rozgrywa się wieczorem, gdy przychodzi z wizytą zaproszony przez żonę biskup wraz z matką i małżonką. To młody mężczyzna w modnym białym garniturze i do samego końca nie dowiadujemy się, czego jest biskupem, ale najwyraźniej ma symbolizować wszystko, co ortodoksyjne. Banda poetów traktuje go po chamsku, przekonana, że chamstwo to kolejny dowód na to, jacy są wyzwoleni. Korpulentną matkę biskupa gra Alice Neel, malarka, której prace – przede wszystkim portrety i akty – już w latach trzydziestych odznaczały się odważną oryginalnością i transgresywnością. Pracowitą, zgryźliwą żonę hamulcowego gra obdarzona uderzająco surową urodą Delphine Seyrig, która później stała się gwiazdą filmu, a potem ważną orędowniczką feminizmu we Francji.

Dwie wybitne artystki, jedna w rozkwicie talentu, druga na początku drogi zawodowej, grają zatem szare, bezimienne postaci, które same są nikim, istnieją tylko jako dodatki do innych osób – jedna jest matką, druga żoną. (Rolę hamulcowego – którego imię, Milo, pada w filmie często – gra malarz Larry Rivers). Gdy bitnicy, którzy występują pod własnymi nazwiskami, zakłócają jazzem grę Alice Neel na organach, ma to nam dawać do zrozumienia, że ona również reprezentuje konwencję, oni zaś improwizację i wszystko, co jest cool.

Następnie wszyscy mężczyźni, z wyjątkiem biskupa, który wraz z rodziną pożegnał się już wcześniej, wychodzą w noc, by się zabawić, a żona zostaje w domu ze zmywaniem i z dzieckiem. Zawsze słyszałam, że ten film sławi wolność, ale można interpretować go w ten sposób jedynie pod warunkiem wyobrażenia sobie siebie jako jednego z poetów, nie jako jedną z kobiet. Jeżeli jesteś jedną z kobiet, to właśnie ci oznajmiono, że jesteś nikim, jedynie lepem na facetów, krętaczką i suką.

Jak uprawiać sztukę, skoro sztuka otaczająca cię zewsząd powtarza, że masz siedzieć cicho i myć gary? Jak traktować bohaterów kultury, którzy mieli na rzeczywistość dobroczynny wpływ, ale wyłączyli z niej ciebie i ludzi tobie podobnych, czy to z osobistej złej woli, czy z pogardy dla was jako zbiorowości?

Bitnicy – a w każdym razie ich skodyfikowana wersja – imponowali mojemu pokoleniu jak nikt inny. Lata mojej wczesnej młodości pełne były mężczyzn, którzy pragnęli być Kerouakiem, pojmując tę rolę jako dążenie do wolności, przy czym wolność rozumieli jako wolność od powinności i zobowiązań, a w odniesieniu do sztuki jako pokrewną strumieniowi świadomości spontaniczność, całkowite wyzwolenie od zamysłu i kompozycji. Było takich mężczyzn mnóstwo, między innymi pewien uroczy przystojniak, z którym w 1988 roku pojechałam na poligon atomowy w Nevadzie na mój pierwszy protest antynuklearny, czy arogancki kolega z college’u, który kilka lat wcześniej waletował u mnie i mojego współlokatora geja, wyżerał nam jedzenie z lodówki i obsmarowywał nas w dzienniku, który zostawiał na wierzchu, otwarty na poświęconych nam stronach.

Uwaga, do feminizmu dołączają mężczyźni (Hura! Ratunku!)

Proza Kerouaca podobała mi się pod niektórymi względami, nie podobała mi się za to polityka genderowa tych trzech mężczyzn, których na ogół kojarzyło się z określeniem „bitnicy”. Zatruła mi ona lekturę W drodze Kerouaca, gdy byłam nastolatką. Dotarłam w lekturze do opisu spotkania głównego bohatera z Terry – „przeuroczą Meksykaneczką”, którą później nazywa „głupią meksykańską zdzirą” o „prostej, dziwnej główce”. Potem główny bohater – Kerouac, lekko tylko ucharakteryzowany na postać fikcyjną – wyjeżdża i ją zostawia. Jak w filmie Pull My Daisy, kobieta to nieruchomy obiekt, a mężczyzna to pielgrzym, bohaterski wędrowiec. On jest Odyseuszem, ona Penelopą – tyle że Homera ciekawiły dzielne zmagania kobiety, która została w domu.

Miałam wrażenie, że nigdy nie będę główną bohaterką, bez ograniczeń decydującą o sobie i celu swoich podróży, że bliżej mi do młodej Latynoski porzuconej na kalifornijskiej farmie, zarzuciłam więc lekturę w połowie. Skoro akcja powieści miała toczyć się dalej bez takich osób jak ja, to postanowiłam żyć dalej bez niej.

Wiele lat przed tym, jak obrałam bitników za temat książki, przeżyłam jeszcze silniejsze poczucie wymazania. Było to na wernisażu wystawy fotografii Ginsberga. Na ścianach wisiały dziesiątki opatrzonych dedykacją czarno-białych zdjęć mężczyzn, przyjaciół artysty, fotografowanych w różnych miejscach, przeżywających ciekawe rzeczy, mających siebie nawzajem, mających cały świat u stóp, a zaledwie jedno czy dwa zdjęcia przedstawiały psychicznie chore matkę i siostrę Petera Orlovsky’ego, siedzące na brzegu łóżka, smutne, zagubione, pozbawione nadziei. Jeśli mnie pamięć nie myli, były to na tej wystawie jedyne kobiety. Tak jak w filmie Pull My Daisy i W drodze, były one ukazane jako unieruchomione obiekty w świecie, gdzie mobilność została utożsamiona z wolnością.

Wpadłam w milczącą furię. Nie miałam wtedy uporządkowanych przekonań feministycznych, tylko kłębiące się wewnątrz niesprecyzowane uczucia oburzenia i niezgody na dostosowanie się do panujących reguł. Naszła mnie nieprzeparta chęć rozwalenia tego wernisażu – chciałam krzyczeć, że przecież go nie rozwalam, bo kobieta jest nikim, ponieważ nie istnieję, to nie istnieje również mój krzyk, dlatego nie można mieć do niego zastrzeżeń. W tamtym momencie, w tamtej sali, wyraźnie poczułam gniew na swoje nieistnienie, który normalnie krył się gdzieś pod powierzchnią w postaci złowrogiego niepokoju. Zachowałam jednak milczenie – dostarczenie kolejnego argumentu na rzecz przekonania, że kobiety są uciążliwe, szalone, przepełnione złością, nachalne i nieprzystosowane, nie przysłużyłoby się sprawie.

20 lat minęło, a świat wciąż nie widzi kobiet

Zjawiska uznawane za rewolucyjne ze względu na jakiś nowatorski element często wydają się nudnie konwencjonalne z uwagi na inne elementy, które w danym okresie mniej rzucały się w oczy. Mężczyźni uznawani za najważniejszych bitników walczyli o miejsce dla bycia homo- czy biseksualnym, eksperymentowania z narkotykami, świadomością i niezachodnimi praktykami duchowymi i filozofią czy dla prób znajdowania w światku literatury białych ludzi odpowiedników zachodzących wówczas w jazzie odważnych eksperymentów czarnych muzyków, stworzenia z improwizacji amerykańskiej odmiany angielszczyzny i kultury popularnej czegoś, co naprawdę oddaje prawdę o tu i teraz, a nie jest przebranym w amerykański kostium hołdem składanym Europie.

Bitnicy przeważnie gardzili jednak kobietami i pod tym względem całkowicie wpisywali się w konwencję oraz czas i miejsce, w których przyszło im żyć, w przesyconą nienawiścią do kobiet Amerykę lat pięćdziesiątych, której literac­kie gwiazdy głównego nurtu zbiorowo określano później mianem „mizoginów połowy wieku”.

Po obejrzeniu kolejny raz Pull My Daisy wróciłam do książki Lesliego Fiedlera z 1960 roku Love and Death in the American Novel [Miłość i śmierć w powieści amerykańskiej]. Amerykański kanon literacki jest w odczytaniu tego autora literaturą mężczyzn i choć dyskredytuje on większość mężczyzn, których pisarstwo omawia, kobiety dyskredytuje przez sam fakt nieuwzględnienia ich w swojej analizie. Zauważa, że głównym tematem Przygód Hucka, Moby Dicka i niektórych powieści Jamesa Fenimore’a Coopera o Dzikim Zachodzie jest miłość między białym mężczyzną a mężczyzną innej rasy oraz że akcja tych dzieł rozgrywa się na ogromnych połaciach przestrzeni, po których mężczyźni mogli się swobodnie poruszać, a kobiety były nieobecne. Jak pisze, „Spodziewamy się, że jako książki chłopaków o chłopakach i dla chłopaków nieśmiało, niby niewinnie przedstawią czystą miłość mężczyzny do mężczyzny jako najdoskonalsze doświadczenie emocjonalne – i tak rzeczywiście się dzieje, i to na spektakularną skalę”. W wypadku bitników czystości było mniej, ale wcale nie było mniej chłopacko.

O kobietach w wyżej wymienionych książkach Fiedler pisze tak: „Dopiero gdy umrą, można objąć je uściskiem tak czystym jak ten, którym obdarzają się nawzajem mężczyźni. Dobra kobieta to wyłącznie martwa kobieta!”.

Tamtego wieczoru na wernisażu powstrzymałam krzyk, ale później, pewnego lutowego wieczoru, gdy miałam dwadzieścia kilka lat, udało mi się zemścić na innym członku świętej trójcy bitników. Dopiero zaczynałam istnieć w druku, musiał to być więc początek 1984 roku. Od redaktorki małego pisma muzyczno-kulturalnego, z którym współpracowałam, dowiedziałam się, że Survival Research Labs, punkowe trio performerów, budowniczych straszliwych dystopijnych machin, które poruszały się, obracały wokół własnej osi i nacierały na publiczność, urządza przyjęcie z okazji urodzin Williama Burroughsa. Powiedziała mi też (choć nie wiem, czy to była prawda), że pewna renomowana artystka ścięła włosy i przyjęła androginiczny wygląd, by móc z nim pracować, oraz że wszyscy na tym planowanym przyjęciu – jak właściwie na wszystkich punkowych imprezach w tamtych czasach – będą mieli na sobie strój twardziela, ciemne dżinsy i skórzane kurtki, kobiety stonują oznaki swojej kobiecości i wszyscy będą obnosić się z ponurymi i bezwzględnymi minami.

Wiosną tamtego roku silne wrażenie wywarł na mnie opublikowany w „The New York Review of Books” zjadliwy esej Luca Santego o Burroughsie. Zostały w nim przytoczone słowa, które Burroughs wypowiedział w jednym z wywiadów: „Według jednego z wielkich mizoginów, Mr. Jonesa ze Zwycięstwa Conrada, kobiety to »prawdziwe przekleństwo«. Moim zdaniem kobiety to od początku do końca pomyłka i z tej pomyłki wyrósł cały nasz dualistyczny świat”. Sante pisze: „Kobiety kojarzą mu się z najbardziej represyjnymi aspektami kultury Zachodu, poza tym nie potrzebuje ich do zaspokajania potrzeb seksualnych – oto niezbity dowód na to, że są szkodliwe i zbędne. Gdy ludzkość rozwiąże wreszcie skomplikowaną kwestię reprodukcji, po prostu pozbędzie się kobiet samą siłą niechęci”.

6 września 1951 roku Burroughs zastrzelił Joan Vollmer, swoją żonę, i choć istnieją sprzeczne wersje dotyczące tego, jak i dlaczego kazał jej stanąć przed sobą ze szklanką na głowie, by mógł się „zabawić w Wilhelma Tella”, nie ulega wątpliwości, że wycelował w nią z broni palnej i strzelił w czoło, wskutek czego zmarła.

„Matka wszystkich pytań” Rebekki Solnit: optymizm i jatka

Pewien młody mężczyzna, którego dobrze znałam jako dwudziestokilkulatka, najlepszy przyjaciel młodszego brata mojego chłopaka, miał na punkcie Burroughsa większego fioła niż ktokolwiek inny z moich znajomych, choć wielu z nich podziwiało starego pisarza, uważanego za jednego z ojców chrzestnych kultury punkowej. Chłopak ten był gejem, nie utrzymywał kontaktu ze swoją rodziną w Teksasie, próbował znaleźć własną drogę, miał talent muzyczny, ale głęboko wierzył w to, że królewską drogą do twórczego geniuszu jest wywołane narkotykami pomieszanie zmysłów. Narkotykowy obłęd, zapoczątkowany przez Arthura Rimbauda sto lat wcześniej, przerodził się w jeden ze stałych elementów kontrkultury, w ideę, że do twórczego „ja” dociera się poprzez niszczenie siebie, że zahamowania blokują geniusz i że wystarczy go po prostu odblokować, a zacznie działać, nie trzeba więc zawracać sobie głowy planem, dyscypliną czy kompozycją.

W oczach niektórych młodych ludzi z mojego otoczenia Burroughs stanowił idealne uosobienie tej postawy – dużo czasu spędzał na zażywaniu różnych narkotyków, korzystając z regularnych zastrzyków finansowych od rodziny i ewidentnie żelaznego zdrowia. Mój młody znajomy nie mógł polegać ani na swojej rodzinie, ani na zdrowiu. Z czułością wspominam pewien wspólny wieczór, kiedy miał halucynacje i próbował rysować kolorowymi flamastrami po papierze (i okładkach płyt), ale bazgrał bezpośrednio po podłodze mojego mieszkania. Kolejne wspomnienia są smutne, bo coraz silniej uzależniał się od amfetaminy, a potem był bezdomnym, który boso, w brudnych dżinsach snuł się po Market Street i mnie nie poznawał. Przez jakiś czas pozostawał pod opieką życzliwego starszego pana, a potem dowiedziałam się, że skoczył z mostu Golden Gate. Przyczyn śmierci tej zdolnej i wrażliwej młodej istoty można by wskazać wiele, lecz niewątpliwie zaliczała się do nich dominująca mitologia.

Ucieczka z raju [fragment książki]

czytaj także

Ze wspomnianą redaktorką wybrałyśmy się na przyjęcie do zajmowanej przez Survival Research Labs hali przemysłowej pod wiaduktem na autostradzie, ubrane w szyfonowe sukienki. Ona miała pełną figurę, długie jasne włosy i włożyła na siebie coś pięknego i zwiewnego z dużym dekoltem; ja ubrałam się w strój, który nazwałam w myślach kostiumem martwej baletnicy. Prawdopodobnie była to kiedyś dziewczęca sukienka, która latami butwiała w piwnicy, po czym trafiła do sklepu z używanymi ciuchami, gdzie ją znalazłam. Miała obcisłą górę obszytą rzędami pożółkłej koronki, bez ramiączek – ale z odprutego kawałka koronki zrobiłam sobie wiązanie na szyję – i pełną spódnicę do łydki, uszytą z warstw lekkiej jak mgiełka tkaniny w kształcie spiczastych płatków.

Często się przekonywałam, że nastrojem i zachowaniem dopasowuję się do stroju, który mam na sobie, a odświętny ubiór wywołuje we mnie odświętny nastrój. Obie śmiałyśmy się więc bez zahamowań, kręciłyśmy się między gośćmi i flirtowałyśmy, machałyśmy rękami i roztaczałyśmy wokół siebie zapach perfum, uśmiechałyśmy się uszminkowanymi ustami, a umalowanymi oczami swobodnie przyglądałyśmy się pozostałym gościom, którzy byli tak poważni, jakby ktoś przemienił ich w kamień. Ponieważ towarzysz Burroughsa robił zdjęcia i chciał między innymi sfotografować nas z bohaterem wieczoru, w pewnym momencie, gdy nalegał, podeszłyśmy do Burroughsa z obu stron, a on zapadł się w swoje i tak zwiędłe ciało, najpewniej z uczuciem grozy. Zawsze powtarzałam potem, że wyglądał w tamtej chwili jak nagi ślimak między dwiema porcelanowymi figurkami. Bardzo to było satysfakcjonujące, ale po chwili zostawiłyśmy go i bawiłyśmy się dalej.

*
Wspomnienia z nieistnienia okładkaFragment eseju Rebekki Solnit Nurkowanie do wraku z książki Wspomnienia z nieistnienia, która ukazała się właśnie w Wydawnictwie Karakter w przekładzie Agnieszki Pokojskiej. Tytuł od redakcji. Pominięto przypisy.

**
Rebecca Solnit – amerykańska eseistka, historyczka i działaczka feministyczna. Napisała kilkanaście książek z pogranicza antropologii, filozofii i polityki, m.in. wielokrotnie nagradzaną Eadweard Muybridge and the Technological Wild West. Publikuje w wielu pismach, m.in. „Harper’s Magazine” i „Guardian”. W Polsce do tej pory ukazały się jej zbiory esejów: Mężczyźni objaśniają mi świat, Zew włóczęgi. Opowieści wędrowne, Nadzieja w mroku, Matka wszystkich pytań i Wspomnienia z nieistnienia.

***

Zdjęcie: Chris Boland www.chrisboland.com

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij