Kraj

Scheuring-Wielgus: PiS z Dudą przygotowują nas do życia w państwie rodem z „Opowieści podręcznej”

Joanna Scheuring-Wielgus

Odkąd Andrzej Duda rozpoczął swoją pierwszą kampanię wyborczą, kobiety dostrzegane są tylko wtedy, gdy PiS mówi o rodzinie. Ale i w tej rodzinie nie zajmują ważnego miejsca ani nie mogą czuć się bezpieczne. W głównej mierze to zasługa romansu PiS-u z Ordo Iuris, które chce państwa wyznaniowego – mówi nam posłanka Lewicy Joanna Scheuring-Wielgus.


Paulina Januszewska: Czy kobiety zawdzięczają cokolwiek prezydenturze Andrzeja Dudy i rządom jego partii?

Joanna Scheuring-Wielgus, posłanka Lewicy: Nie, są dla nich niewidoczne. Odkąd PiS doszedł do władzy, a Andrzej Duda rozpoczął swoją pierwszą kampanię wyborczą, rolę kobiet zaczęto spychać do narożnika. Partia rządząca i prezydent dostrzegają bowiem kobiety jedynie wtedy, gdy te wykonują obowiązki macierzyńskie i są usługującymi mężczyznom żonami/partnerkami.

W narracjach politycznych w obozie Zjednoczonej Prawicy w zasadzie nie ma miejsca na obecność, samostanowienie i podmiotowość kobiet. One w PiS-owskim dyskursie pojawiają się tylko wtedy, gdy partia rządząca mówi o rodzinie. Ale i w tej rodzinie nie zajmują ważnego miejsca ani nie mogą czuć się bezpieczne.

Jakiej właściwie rodziny prawica broni przed LGBT?

Marginalizacja kobiet doprowadziła w ostatnim czasie nie tylko do ignorowania ich w przestrzeni publicznej, ale też do odmowy respektowania ich praw, np. reprodukcyjnych. Mam na myśli powtarzające się próby zaostrzania ustawy antyaborcyjnej czy utrudnianie dostępu do usług medycznych i farmakologicznych. Czy PiS ponosi za to odpowiedzialność?

W głównej mierze to zasługa rozkwitu romansu PiS-u z Ordo Iuris. To organizacja, dla której ograniczanie praw kobiet w takich obszarach, jak dostęp do bezpłatnych środków antykoncepcyjnych, aborcja i prawo do rozwodu, jest priorytetem. Ordo Iuris chce państwa wyznaniowego, w którym religia ma definiować polskie ustawodawstwo. Taką rzeczywistość PiS narzuca nam od pięciu lat i nic nie wskazuje, by miało z tej strategii zrezygnować, zwłaszcza jeśli Andrzej Duda wygra wybory. Przed nami rysuje się bardzo niebezpieczna perspektywa. Zdaję sobie sprawę, że poprzednie rządy i prezydenci też nie uczynili zbyt wiele, by poprawić sytuację kobiet, jednak nie przypominam sobie, by podejmowano próby obalenia już wypracowanych kompromisów albo tak otwarcie współpracowano z religijnymi radykalistami. Kolejne działania PiS-u zbliżają nas do życia w państwie rodem z Opowieści podręcznej.

Jakie wydarzenia z ostatnich pięciu lat uznałaby pani za najbardziej niepokojące?

O naszym kursie do Gileadu nie zdecydowały nagłe, jednostkowe akty, ale cały szereg bardzo intensywnych działań Ordo Iuris, przy przyzwoleniu i aprobacie rządu PiS-u.

Już 4–5 lat temu, organizując najróżniejsze konferencje w Sejmie, przestrzegałam, czym brak hamowania ambicji Ordo Iuris może się dla nas wszystkich skończyć. Oraz z jak poważnym, narastającym problemem mamy do czynienia. Niestety prawie nikt mnie wtedy nie słyszał. Głuche pozostawały zwłaszcza media mainstreamowe. I – nie ukrywam – mam o to do nich żal.

Ordo Iuris weszło w nasze życie

Teraz to temat dość regularnie goszczący w nagłówkach.

Owszem, ale proszę zwrócić uwagę, jakim to dzieje się kosztem. Ordo Iuris musiało uderzyć mocniej i wejść głębiej – oby odwracalnie – w różne obszary naszego życia, by zaczęto postrzegać je jako niebezpieczne i godne uwagi opinii publicznej. Tymczasem prawnicy tej organizacji objęli już wysokie stanowiska w strukturach rządowo-państwowych i na korytarzach sejmowych czują się jak u siebie. Można ich w zasadzie spotkać wszędzie – również na uczelniach. Wrócę jednak do pani poprzedniego pytania: jeżeli miałabym wskazać konkretne wydarzenie – antykobiece i antyspołeczne rządów i prezydentury Andrzeja Dudy, byłoby to ułaskawienie pedofila, a dokładniej – usprawiedliwianie tej decyzji.

Dlaczego?

Prezydent użył argumentu, że „to była sprawa rodzinna”, co uważam za absolutny skandal. Dla środowisk konserwatywnych to jasny sygnał, że na wszystko, co się dzieje w domu: przemoc (psychiczną, ekonomiczną, fizyczną), molestowanie, pedofilię itd. można przymknąć oko. Stwierdzenie, że problemy rodzinne mają nie wychodzić poza cztery ściany, jest skrajną nieodpowiedzialnością i działaniem na szkodę ofiar. Jestem oburzona, że głowa państwa daje jawne przyzwolenie na przemoc i pokazuje tym samym, że – po pierwsze – kwestionuje postanowienia konwencji stambulskiej, a po drugie – uważa agresję wobec bliskich za coś akceptowalnego, coś, co jest na porządku dziennym. Zresztą, nie on pierwszy.

PiS mówi do mężczyzn: zachowajcie władzę w rodzinie, nie będziemy wam przeszkadzać

 

To znaczy?

Proszę sobie przypomnieć, jak w zeszłym roku, jeszcze za rządów ministry Rafalskiej w resorcie rodziny, pracy i polityki społecznej, pojawiła się propozycja nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, która m.in. mówiła, że uderzenie żony w policzek nie będzie traktowane jako przemoc. Wie pani, skąd to się wzięło?

Skąd?

A stąd, że dwa lata wcześniej pani Rafalska, jako pierwsza przedstawicielka polskiego rządu, wzięła udział w zorganizowanym przez rząd Orbána i organizacje takie jak Ordo Iuris, spotkaniu fundamentalistów w Budapeszcie [mowa o forum demograficznym, przybudówce odbywającego się w stolicy Węgier w 2017 roku XI Światowego Kongresu Rodzin – red.]. Właśnie tam proponowano podobne rozwiązania, wykluczające karanie za „jednorazowy” akt przemocy i jej różnicowanie. To są szalenie niebezpieczne pomysły, które utwierdzają społeczeństwo w przekonaniu, że dysfunkcje i patologie w rodzinach należy tolerować.

Wciąż nie możemy uciec od przeświadczenia, że rodzina to świętość?

Tak, a to, że bywa ona źródłem cierpień, jest wręcz traktowane jak temat tabu. Zauważam tu jednak jeszcze jeden bardzo groźny mechanizm, który w sprytny sposób wykorzystują PiS, Ordo Iuris, a także Kościół.

Mianowicie – konserwatywna prawica zabiera nam pojęcia i język, twierdząc, że tylko dla jej przedstawicieli rodzina jest świętością, najważniejszą wartością w życiu, a obrońcą tej rodziny mianują się tylko tacy politycy jak chociażby Andrzej Duda. Jednocześnie dyskredytują nas, stronę demokratyczno-lewicową, oskarżając o chęć zniszczenia rodziny i jej szczęścia.

Wmawia się nam, że domagając się respektowania praw reprodukcyjnych kobiet, karania sprawców przemocy domowej czy możliwości adopcji dzieci przez osoby LGBT+, nie rozumiemy, co znaczy „prawdziwa rodzina”. To retoryka skrajnie fałszywa, ale skuteczna i pokazująca, że nie zdołaliśmy tego języka przechwycić, że zawłaszczyli go konserwatyści, którym tak naprawdę nie zależy na zdrowych i pełnych szacunku relacjach, ale na władzy i utrzymaniu patriarchalnego status quo.

I tego chcą również kobiety, które deklarują większe niż mężczyźni poparcie dla Andrzeja Dudy?

Na Andrzeja Dudę głosują w większości starsze kobiety, czyli te, które żyły w czasach PRL-u, kiedy w wychowaniu kładziono nacisk na inne aspekty niż teraz. Kobieta miała być ostoją rodziny, wychowywać dzieci, wykształcenie i realizowanie jakiejś zawodowej kariery nie było priorytetem. Żyjąc w takim przeświadczeniu, łatwiej jest poprzeć kogoś, kto mówi, że broni tradycyjnego modelu. Tylko zastanawiam się, co dla Andrzeja Dudy właściwie kryje się za tym stwierdzeniem? Dla mnie bowiem rodzina to osoby, które się kochają i wzajemnie wspierają. Natomiast konserwatyści i PiS zdezawuowali to pojęcie. Dla nich tradycyjna rodzina ma być nierozerwalna nawet w obliczu przemocy, braku więzi między mężem, żoną i dziećmi.

To samo mówi Kościół, z którym partia rządząca ma specyficzną, bardzo bliską więź.

Owszem. Tam też nie ma sugestii, by w trudnej sytuacji brać rozwód. Przeciwnie – trzeba wybaczać, bo każdy może popełnić błąd i to, że mąż raz uderzy żonę, nie oznacza przecież, że jej nie kocha. Mówi się wręcz, że ma do tego prawo, bo albo się zdenerwował, albo partnerka sprowokowała go do podniesienia ręki. To efekt braku edukacji, na której bazują konserwatyści i duchowni, ale też wprowadzenia religii do szkół. Ale to się zmieni.

Scheuring-Wielgus: Gdyby ktoś coś zrobił mojemu dziecku, tobym gnoja rozszarpała

 

Czyżby? Patrząc na to, jak PiS brata się z Kościołem, trudno w to uwierzyć.

Zmiana następuje powoli, ale już się dokonuje. Nowe pokolenie – zwłaszcza młodych kobiet – nawet jeżeli było wychowywane w „tradycyjny” sposób – ma przecież dostęp do internetu, przemieszcza się bez problemu po Europie i może czerpać informacje z różnych źródeł. Dzięki temu młodzi ludzie są w stanie zweryfikować, czy to, co wynieśli z domu i lekcji religii, rzeczywiście jest dla nich dobre, czy wspiera ich wolność i godność. Proces odchodzenia od Kościoła w Polsce trwa już od co najmniej kilku lat. Ludzie, widząc przestępstwa i chciwość duchowych, coraz wyraźniej dostrzegają patologię i upadek tej instytucji. Dlatego uważam, że mówienie teraz – w czerwcu 2020 roku – że jesteśmy krajem katolickim i bardzo związanym z Kościołem, jest już passé. Jesteśmy już zupełnie innym społeczeństwem niż to, które wchodziło do polityki i życia społecznego w latach 90.

Czym się różnimy?

Wtedy rzeczywiście byliśmy ultrakatoliccy, chodziliśmy do Kościoła, bo uważaliśmy m.in., że pomógł nam w walce z komuną. Teraz jest zupełnie inaczej i to politycy nie nadążają za tym, co mówi społeczeństwo. Może należałoby powiedzieć – nie chcą nadążać – bo jest im wygodnie utrzymywać status quo i nie musieć wykazywać się odwagą w relacji z Kościołem.

Ale czy przypadkiem nie jest tak, że to silne wzbranianie się przed rozwodem z Kościołem wynika z chłodnej, politycznej kalkulacji?

Moim zdaniem raczej z niewiedzy. Owszem, politycy PiS-u myślą, że wciąż mają wiele do stracenia, ale jednocześnie nie mają pojęcia, co myślą Polki i Polacy. Proszę spojrzeć na sondaże dotyczące liberalizacji prawa aborcyjnego czy wprowadzenia równości małżeńskiej albo związków partnerskich. Ludzie z roku na rok deklarują coraz wyższe dla nich poparcie.

Od 2016 roku liczba zwolenników zagwarantowania kobietom wolności wyboru w kwestii przerywania ciąży wzrosła o blisko 20 proc. Tak samo, mimo nagonki prezydenta, jest z nastawieniem polskiego społeczeństwa do społeczności LGBT+. Nienawiść chcą wzbudzić partia rządząca, Andrzej Duda i Kościół. To oni uwsteczniają społeczeństwo i każą mu wierzyć w zabobony, które już powoli odchodziły w zapomnienie. Z drugiej strony jednak nie sądzę, by np. skandale pedofilskie i rozrzutność Kościoła pomagały zarówno władzy, jak i klerowi.

Czy ułaskawienie pedofila może przesądzić o przegranej Dudy w niedzielę?

Trudno powiedzieć, bo walka między kandydatami drugiej tury jest bardzo wyrównana, a Kaczyński zrobi wszystko, by doprowadzić do zwycięstwa Dudy. Na pewno widać jednak, że społeczeństwo przestało przymykać oko na grzechy Kościoła i krzywdę dzieci. Powiem pani więcej – w mojej rodzinie i wśród znajomych jest wielu katolików, którzy zupełnie inaczej patrzą na Kościół teraz niż pięć lat temu, gdy wchodziłam do polityki. Nie sądzę, żeby to były całkowicie odosobnione przypadki, bo mamy przecież do czynienia z powszechnym odpływem wiernych. Złożyło się na to wiele czynników – również mozolna praca osób walczących z pedofilią w Kościele. Powstała moja i Agaty [Diduszko-Zyglewskiej – red.] mapa pedofilii w Polsce, ale też filmy, które nakręcili bracia Sekielscy. To, mimo gorącej przyjaźni partii rządzącej z Kościołem, wywołało ogromne oburzenie. Ale ta sprawa też potrzebuje czasu, by dojrzeć.

To znaczy?

Proszę sobie przypomnieć, czy dwa lata temu, gdy byłam z Agatą u papieża Franciszka i wręczyłam mu raport o polskich biskupach kryjących pedofilów, ktokolwiek w Polsce mówił o tym publicznie? Czy ktoś wytykał, że biskupi tuszują sprawy i przenoszą księży z parafii do parafii, nie zmuszając ich do poniesienia odpowiedzialności za przestępstwa seksualne?

Czy szatan opętał polski Kościół?

A teraz co i rusz docierają do nas informacje o kolejnym biskupie i nie mówi o tym wyłącznie Scheuring-Wielgus czy Diduszko-Zyglewska, które na co dzień zajmują się tematem pedofilii, ale mówią ludzie głęboko wierzący, domagający się wyjaśnień. Bardzo kluczowe jest to, by w walkę z pedofilią angażowały się religijne osoby. To – na szczęście – już się dzieje. Niestety zupełnie inaczej jest z majątkiem Kościoła.

Nie zgodzę się, media pisały ostatnio o rekordowo wysokich wpływach do Funduszu Kościelnego.

Ale Fundusz Kościelny to zaledwie kropla w morzu bogactwa Kościoła. W sumie koszty, jakie ponosimy jako obywatele i obywatelki na rzecz Kościoła, to nawet 20 mld zł rocznie. To pieniądze pochodzące nie tylko z państwowych środków, ale także z budżetu samorządów. Proszę do tego dodać grunty, nieruchomości, nieopodatkowane darowizny.

Te majątki są tak wielkie, że gdy opinia publiczna pozna ich skalę, kościoły będą jeszcze bardziej świecić pustkami. Kto wie, czy to również nie odbije się na PiS-ie.

Aby jednak tak się stało, potrzebna jest edukacja społeczna, ale też ciężka praca wielu osób, które od lat konsekwentnie dokumentują i lustrują działalność Kościoła. Chociażby praca Agaty Diduszko-Zyglewskiej, która na bieżąco uaktualnia mapę pedofilii, zaangażowanie Artura Nowaka – adwokata prowadzącego kolejne sprawy ofiar księży pedofilów, praca reporterska Radka Grucy, Daniela Flisa, którzy ujawniają kolejne skandale w Kościele. Tych osób jest naprawdę dużo. A ja zbieram teraz coraz więcej informacji o zasobach finansowych Kościoła. Moje segregatory są wypełnione informacjami. I zapewniam, że wkrótce ujrzą światło dzienne.

**
Joanna Scheuring-Wielgus jest posłanką Lewicy na Sejm, działaczką społeczną, razem z Agatą Diduszko-Zyglewską pracują nad ujawnianiem przestępstw w instytucjach kościelnych.

 

Idźcie w niedzielę na wybory!

Już tylko 5 dni do wyborów – czyli jeszcze przez 4 dni będę was namawiać do głosowania. Ja się naprawdę boję…

Opublikowany przez Elżbietę Korolczuk Środa, 8 lipca 2020

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Paulina Januszewska

| Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.