„Młodsze pokolenie, które w szkołach uczy się o wielkim szczęściu odrodzonej Ojczyzny, o posłuszeństwie i karności, wróciwszy do domów, słyszy ciągłe narzekania, przekleństwa, słowa potępienia i nadzieje lub konkretne projekty zmiany formy rządu. W suterenie opowiada się o tym w ujęciu komunistycznym, na parterze jako o dyktaturze à la Mussolini, na pierwszym piętrze o królu, na drugim o innym dyktatorze. Każda sfera czy klasa społeczna jest ze swego klasowego punktu widzenia z Polski niezadowolona, z przyczyn wprost sprzecznych. Jedni dlatego, że rządy są szlacheckie, inni dlatego, że chłopskie, ci mówią o dławiącym klerykalizmie i nacjonalizmie, tamci o socjalistyczno-masońsko-żydowskim protegowaniu wszystkiego co, niepolskie i wolnomyślne. Słowem, według jednych Polska jest zbyt biała, według innych zbyt czerwona. Jest słabość i chwiejność, zamęt i chaos, brak energii u sfer rządzących, brak zmysłu państwowego i woli podporządkowania się prawu u innych”. Te gorzkie słowa w przeddzień pierwszomajowego święta w 1926 roku przelała na papier Helena Romer-Ochenkowska, pisarka i redaktorka „Kuriera Wileńskiego”.
Niepokój związany z sytuacją w kraju udzielał się nie tylko jej. Polska przechodziła właśnie kolejny kryzys polityczny, tym razem związany z załamaniem się szerokiej koalicji rządowej. Od kilku miesięcy tworzyła ona gabinet konserwatywnego premiera Aleksandra Skrzyńskiego. W obliczu trudnej sytuacji gospodarczej, rząd zamierzał zrównoważyć budżet poprzez podwyżkę danin publicznych oraz obniżenie emerytur i wynagrodzeń pracowników sektora państwowego.
20 kwietnia 1926 roku w geście protestu do dymisji podali się ministrowie związani z Polską Partią Socjalistyczną. Poseł PPS Zygmunt Marek stwierdził, że zaproponowane przez rząd rozwiązania to „budżet ludzi bogatych, którzy zabezpieczyli się przed jakąkolwiek ofiarą na rzecz skarbu państwa, przerzucając wszelkie ciężary na warstwy najuboższe”.
Pozostające w koalicji stronnictwa prawicowe i centrowe próbowały utrzymać władzę w swoich rękach. PPS domagała się nowych wyborów, a w partii snuto wizje sformowania nowego rządu, złożonego z socjalistów, lewicy chłopskiej i przedstawicieli mniejszości narodowych. Zaufania PPS-owców nie budziła osoba prezydenta, ich dawnego towarzysza partyjnego Stanisława Wojciechowskiego, uważanego teraz za „odstępcę i reakcjonistę”.
Narastały obawy przed próbą przewrotu, którą mogłyby podjąć środowiska monarchistyczne lub faszystowskie. 29 kwietnia przedstawiciele PPS zakomunikowali ministrowi spraw wewnętrznych Władysławowi Raczkiewiczowi, że w takiej sytuacji partia gotowa będzie odpowiedzieć zbrojnym oporem. Jednocześnie podczas wiecu w warszawskiej Filharmonii Narodowej doszło do krwawej bijatyki pomiędzy grupami młodzieży endeckiej i socjalistycznej. Tego samego dnia na łamach „Nowego Kuriera Polskiego” ukazał się wywiad z Józefem Piłsudskim, w którym uchylił się on od odpowiedzi na pytanie, czy chciałby ująć rządy dyktatorskie we własne ręce.
„Socjaliści i komuniści sami zohydzili święto robotnicze”
Spodziewano się, że momentem konfrontacji pomiędzy zwaśnionymi obozami politycznymi może stać się 1 maja, tradycyjny dzień manifestacji organizowanych przez ruch socjalistyczny. Na ulicach miast i na łamach prawicowej prasy pojawiły się odezwy sygnowane przez endecką bojówkę „Straż Narodowa”, nawołujące społeczeństwo do „zwycięskiej walki przeciwko tym, co głoszą bratobójczą walkę klas”.
Wzywając do udziału w pierwszomajowych demonstracjach, poseł PPS Antoni Szczerkowski przekonywał, że „w chwili obecnej, kiedy demokracji i ustrojowi republikańskiemu w Polsce zagraża niebezpieczeństwo ze strony zamachowców monarchistycznych i faszystowskich, masy robotnicze winny głośno zaprotestować”. Przygotowana na ten dzień i odczytywana na setkach wieców na terenie całego kraju partyjna rezolucja zapewniała, że robotnicy „stać będą bezwzględnie w obronie republiki przeciwko zamachom na nią z jakiejkolwiek strony, czy to ze strony faszystów i monarchistów, czy też komunistów”.
Jednocześnie PPS apelowała jednak o zachowanie spokoju i nieprowokowanie zamieszek. „Nikomu z robotników na myśl przyjść nie może, aby dzień ten zakłócić awanturami lub krwi rozlewem” – napominał lider partii Ignacy Daszyński.
Z zamiarem wyprowadzania na ulicę uzbrojonych bojówek prawicowych nosili się posłowie Stefan Dąbrowski i Karol Wierczak, ale odwiódł ich od tego marszałek Sejmu Maciej Rataj z PSL „Piast”. Tłumaczył, że manifestacja taka doprowadzić może do utworzenia „solidarnego frontu socjalistyczno-komunistycznego przeciw faszystom”.
Komuniści tymczasem zwrócili się do PPS z propozycją wspólnej organizacji obchodów 1 maja. W odpowiedzi usłyszeli, że są „służalcami Sowietów”, a ich oferta zostaje „z pogardą” odrzucona.
Mimo tak ostentacyjnej odmowy grupa około tysiąca komunistów próbowała dołączyć do idącego ulicami Warszawy, liczącego kilkanaście tysięcy uczestników pierwszomajowego pochodu PPS. Na ich drodze stanęła poruszająca się samochodami ciężarowymi i zabezpieczająca manifestację uzbrojona milicja partyjna, dowodzona przez niesławnego Józefa Łokietka. Jak relacjonował te wydarzenia korespondent pisma „Warszawianka”, „komuniści formują oddzielny pochód, który posuwa się śladami socjalistów za samochodami z milicją. Ze strony komunistów padają okrzyki pod adresem socjalistów. Dźwięki muzyki, przeraźliwe gwizdy, wykrzykiwane hasła i obelgi splatają się razem, stwarzając gwałt nie do opisania. Powoli utarczki słowne przechodzą w rękoczyny. Milicjanci z samochodów walą laskami po głowach komunistów, komuniści rzucają w socjalistów kamieniami”. Gdy obie manifestacje dotarły na Krakowskie Przedmieście, doszło do strzelaniny. Dalsze starcia miały miejsce na Nowym Świecie i na Placu Trzech Krzyży. Zginęło 6 osób, a kilkadziesiąt zostało rannych.
Trudno odtworzyć dokładny przebieg zajść. Część historyków przypisuje ich inspirację piłsudczykowskiej frakcji wewnątrz PPS, która umyślnie doprowadzić miała do rozlewu krwi i pogłębić w ten sposób wrogość pomiędzy socjalistami a komunistami. Wydaje się jednak, że wzajemna wrogość była wówczas już wystarczająco duża i dodatkowy impuls nie był potrzebny, by w momencie politycznego napięcia górę wzięły emocje. Najprawdopodobniej milicja PPS w wyjątkowo brutalny sposób usiłowała spacyfikować podejmowane przez komunistów próby siłowego przedostania się na czoło pochodu i poprowadzenia manifestujących tłumów.
Jak zgryźliwie skomentowało te wydarzenia żydowskie pismo „Nasz Przegląd”, „faszyści, którzy tak szumnie zapowiadali swe występy, okazali się zupełnie zbyteczni, bo socjaliści i komuniści sami zohydzili święto robotnicze przez wzajemne mordowanie się w dniu mającym demonstrować solidarność proletariacką”.
Pierwszomajowe zamieszki i starcia poza Warszawą
Gdzie indziej obchody pierwszomajowe miały zazwyczaj spokojny przebieg. Przez Łódź przeszedł 30-tysięczny pochód, zorganizowany wspólnie przez PPS, żydowski Bund i socjalistów niemieckich. W Krakowie demonstrowało kilkanaście tysięcy osób, a nad tłumem widoczne były transparenty z hasłami takimi jak „Pracy dla bezrobotnych!”, „Precz z wojną i militaryzmem!”, „Żądamy rozdziału kościoła od państwa!”, „Żądamy bezpłatnej, świeckiej szkoły powszechnej”, „Chleba i słońca dla dzieci!” czy „Żądamy upaństwowienia kopalń i fabryk!”.
Przemawiający podczas demonstracji poseł Zygmunt Marek wzywał do jedności w walce o nowy, sprawiedliwy ustrój: „Tyle ofiar pochłonęła wojna i mimo to dzisiaj jeszcze jesteśmy w jarzmie niewoli kapitalizmu. Praca nie miała siły, aby uderzyć w kapitalistów, bo cała masa ciemnych ludzi bałamuconych przez klerykalizm i prasę burżuazyjną idzie przeciw prawdzie. Kapitalizm chce zacisnąć obrożę na proletariacie. Aby nie dopuścić do tego, należy utrzymać siłę robotników, unikać bratobójczych walk. Gdy robotnik i chłop pójdą razem w braterskim uścisku, doprowadzą państwo do rozkwitu. 1 Maja głosimy, by znikł kapitalizm, rządy burżuazyjne i korupcja. Niech oni ustąpią dobrowolnie, a jeżeli tego nie uczynią, to zmiecie ich wola ludu!”. W Krakowie do PPS-owskiej manifestacji przyłączyli się żydowscy socjaliści z Bundu i Poalej-Syjon. We Lwowie trzy wyżej wymienione partie demonstrowały osobno, ale, jak donosił tamtejszy socjalistyczny „Dziennik Ludowy”, „nie było rozruchów ani ekscesów, jakich zasłużenie obawiały się klasy posiadające. Gdzieś w mysie dziury pochowała się smarkateria faszystowska”.
W niektórych ośrodkach doszło jednak do różnego rodzaju zaburzeń i niepokojów. Grupa ok. 150 narodowców z pałkami w rękach i Rotą na ustach zaatakowała w Wilnie wspólny pochód Bundu i tzw. niezależnych socjalistów, czyli organizacji powstałej po jednym z rozłamów w PPS. Jak relacjonował „Kurier Wileński”, „bojówki nie robiły różnicy między kobietami a mężczyznami. Kto tylko miał na klapie bluzy znaczek czerwony, był bity”. Kilka osób zostało ciężko rannych, ucierpieli też organizatorzy manifestacji, Józef Godwod i Aleksander Zasztowt. „Jak te gady wyległe na wiosnę, zdeptani zostali ku chwale polskiego Wilna” – ekscytował się tymi zajściami endecki „Dziennik Wileński”. Pismo przekonywało ponadto, że błąd popełniły władze, w ogóle zgadzając się na organizację różnych manifestacji pierwszomajowych. Według endeków, „gdy już trzeba było udzielić pozwolenia na pochód, należało poprzestać na PPS, której pochody w Wilnie, jak pamiętamy, nie wywoływały oburzenia i zajść”. Tysiącosobowa manifestacja PPS rzeczywiście i tym razem przeszła przez miasto nie niepokojona.
Tragiczny przebieg dzień 1 maja miał w Nowym Dworze, znanym dziś jako Nowy Dwór Mazowiecki. Pod budynkiem ratusza policja otworzyła tam ogień do kilkusetosobowej demonstracji, zorganizowanej przez miejscowe związki zawodowe. Zginęła jedna osoba, robotnik Szczepan Łapuch, ojciec dziesięciorga dzieci. Według policjantów użycie broni palnej było usprawiedliwione, bo podburzony przez komunistów tłum zamierzał zaatakować i zdemolować budynek magistratu. W następstwie tego zdarzenia władze zakazały organizacji pierwszomajowego wiecu, który w Nowym Dworze zaplanowała sobie PPS. Socjaliści wystąpili w obronie uczestników ostrzelanej demonstracji, przekonując, że złożony głównie z bezrobotnych tłum był bezbronny i policja nie miała żadnych powodów do tak ostrej reakcji.
Do zamieszek doszło w Lublinie, gdzie bojówka endecka szykowała się początkowo do ataku na manifestację PPS, ale, jak relacjonowało pismo „Ziemia Lubelska”, „widząc liczny zastęp robotników pod sztandarami czerwonymi, nie ośmieliła się czynnie wystąpić przeciw nim”. Wybrała więc sobie łatwiejszy cel, a mianowicie skromniejszy liczbowo pochód żydowskiego Bundu. Nacjonalistyczni bojówkarze, uzbrojeni w pałki, kamienie i szpryce z jakąś palącą cieczą, dotkliwie poturbowali kilkanaście osób. Ekscesom biernie przyglądał się obecny na miejscu oddział policji.
W Inowrocławiu obiektem ataku stała się zabawa zorganizowana po pierwszomajowym pochodzie przez PPS i związki zawodowe. W późnych godzinach wieczornych nieznani sprawcy wrzucili na salę butelki z kwasem solnym. Na szczęście nikt nie ucierpiał.
Zakaz organizacji obchodów 1 maja w ostatniej chwili wydano w Baranowiczach, a zmierzający na uroczystość mieszkańcy byli rozganiani kolbami przez policję i wojsko. Według relacji posła PPS Wieńczysława Badziana, „sam starosta, jadąc samochodem, rozpędzał ludzi szpicrutą”. W Pińsku za to miejscowe władze tak przestraszyły się planowanego wspólnego pochodu PPS, Bundu i Poalej-Syjon, że prewencyjnie obsadziły urzędy żołnierzami z karabinami maszynowymi. Policja interweniowała również w Płocku i Żyrardowie, rozpędzając kilkusetosobowe pochody komunistyczne.
Doszło też do szeregu pomniejszych, niegroźnych incydentów. Prasa socjalistyczna donosiła o ordynarnej awanturze, jaką w Lidzie uczestnikom pochodu urządził miejscowy ksiądz, nie pozwalając im napić się wody ze studni na podwórzu plebanii. W Sosnowcu za to scysja wybuchła na samym wiecu pierwszomajowym, gdzie wśród okrzyków „Dajcie nam chleba, a nie zawracajcie nam głowy!” w ogóle nie dopuszczono do głosu planującego przemówienie posła PPS Jana Stańczyka.
„Wszystkie punkty niebezpieczne są raczej już za nami”
Mimo krwawych zajść w Warszawie, Wilnie czy Nowym Dworze, minister Raczkiewicz ocenił, że „dzień 1 maja w Polsce miał w tym roku przebieg na ogół spokojny”. Wtórował mu premier Skrzyński, wskazując, że narosła przed robotniczym świętem „histeryczna panika nie miała żadnych podstaw”.
Odetchnęła nawet tak zaniepokojona wcześniej lewica. Jak 4 maja napisał jeden z liderów PPS, Norbert Barlicki, „o ile sądzić mogę z przebiegu uroczystości pierwszomajowych, żaden przewrót nam nie zagraża, przynajmniej na razie. Mam wrażenie, że wszystkie punkty niebezpieczne są raczej już za nami”.
Tego samego dnia swoich czytelników uspokajał endecki „Kurier Poznański”: „Rewolucji nie było nigdzie. Nawet próby rewolucji. Nie było także zamachu stanu. Zresztą: dzisiaj zamach stanu? Gwałt, opanowanie państwa? Jakim sposobem? Przecież to nie tak łatwo”.
Ledwie 8 dni później Polską wstrząsnęły wieści o wkroczeniu do Warszawy oddziałów wiernych Józefowi Piłsudskiemu. Choć pogłoski o możliwym przewrocie krążyły od wielu dni, a spiskowcy sondowali zawczasu postawę poszczególnych ugrupowań, to dla większości lewicy był on zaskoczeniem. W plany Piłsudskiego wtajemniczeni byli co najwyżej niektórzy bliscy mu działacze, jak były premier Jędrzej Moraczewski czy posłowie Marian Malinowski i Bronisław Ziemięcki. Mimo to zaraz po wybuchu walk po stronie buntowników opowiedziała się zarówno PPS, jak i komuniści, a także ugrupowania lewicy chłopskiej. Była to nie tyle ukartowana z góry polityczna intryga, co po części spontaniczna, po części przemyślana wcześniej reakcja na wydarzenia, które stawiały kraj na krawędzi wojny domowej.
Skoro padły już pierwsze strzały, trudno było przyjąć postawę pasywną i biernie wyczekiwać, która ze stron wyjdzie ze starcia zwycięsko. Poparcie przewrotu wydawało się racjonalnym wyborem z perspektywy środowisk opozycyjnych wobec rządu, któremu zarzucały przecież prowadzenie polityki wymierzonej przeciwko społeczeństwu. Nawet w sytuacji, gdy rzeczywiste zamiary buntowników pozostawały niejasne.
Lewica zdecydowała się wesprzeć zamach nie tylko z sentymentu do osoby Józefa Piłsudskiego i z wiary w kierujące nim demokratyczne intencje. Były też obawy, że jego porażka oznaczałaby w tym momencie przejęcie pełni władzy przez środowiska jawnie sympatyzujące z faszyzmem i nieuchronny dryf państwa w stronę dyktatury wrogiej interesom robotników i chłopów.




!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.