Państwo polskie popełniło katastrofalny błąd. Zamiast finansować domy kultury, salki prób i ogniska pracy pozaszkolnej pozwoliło młodym mężczyznom odkryć, że taniej od założenia zespołu jest założyć podkast.
Mój tata miał w latach 80. zespół. W małym mieście na wschodzie Polski organizował z kolegami festiwale poezji śpiewanej i koncerty dla lokalnej społeczności. Widziałem potem te nagrania na kasetach VHS: długie włosy, papierosy, fatalne nagłośnienie i pełna sala ludzi, którzy przyszli oglądać swoich kumpli grających piosenki, których dziś nikt poza nimi już nie pamięta (oni sami pewnie też nie).
30 lat później łatwiej kupić dobry mikrofon niż znaleźć ludzi do grania. Założenie zespołu wymagało kiedyś kilku rzeczy: kolegów, miejsca, czasu, cierpliwości i przynajmniej minimalnych kompetencji społecznych. Założenie redpillowego podkastu wymaga mikrofonu, traumy po jednej sytuacji z dziewczyną w liceum i stabilnego połączenia z internetem. Być może właśnie dlatego współczesny kryzys męskości produkuje podkasterów, a nie punkowców. Kiedyś sfrustrowany chłopak zbierał kolegów i zakładał w piwnicy kapelę. Dziś siedzi samotnie i nagrywa trzygodzinny odcinek o „hipergamii kobiet”.
W moim rodzinnym mieście pierwszą rzeczą, której człowiek się uczył, nie była „samorealizacja”, tylko gdzie można coś robić z innymi ludźmi. W Ognisku Pracy Pozaszkolnej można było nauczyć się grać na instrumentach, śpiewać w chórze albo po prostu nie siedzieć w domu. W domu kultury, gdy ktoś miał zespół i ładnie się uśmiechnął do dyrektora, sale prób dało się załatwić prawie za darmo. Nikt nie traktował hałasu jak problemu czy powodu do wzywania policji.
Zespół mojego taty nie był w PRL-u wyjątkiem. Z opowieści i nagrań pamiętam młodych ludzi, którzy grali nie dlatego, że „warto inwestować w doświadczenie kulturalne”, tylko dlatego, że grali ich znajomi. Muzyka w takich miejscach była lokalna, nieprofesjonalna i żywa. Pisanie piosenek nie wymagało żadnej „strategii”. Nie trzeba było mieć kanału, marki osobistej ani pomysłu na monetyzację. Wystarczyło, że jest miejsce, w którym kilka osób może robić coś razem. Ja dorastałem już w świecie, w którym te miejsca zaczęły zanikać albo kosztować tyle, że równie dobrze mogłoby ich nie być wcale; w którym łatwiej było o dostęp do całej muzyki świata niż do jednego pokoju, w którym można ją z kimś zagrać. I w którym, co najsmutniejsze, miałem wszystkie narzędzia, żeby „tworzyć”, ale nie miałem z kim stworzyć czegokolwiek.
Z dzisiejszej perspektywy nabieram przekonania, że muzyka – a szczególnie jej garażowe (w Polsce raczej piwnicowe) granie – to jedna z najtańszych form terapii dla młodych mężczyzn, jaką wymyśliła nowoczesność. Ktoś był wkurzony, zawstydzony, zakochany bez wzajemności albo po prostu nie wiedział, co ze sobą zrobić, więc zaczynał robić muzykę, ale nie sam. Sfrustrowani młodzi faceci szli do garażu, piwnicy albo sali prób, pili tanie piwo, palili w lesie pierwsze papierosy, ustawiali wzmacniacz tak, żeby „było głośniej niż wczoraj” i przez kilka godzin udawali, że wiedzą, co robią. Kłócili się o to, kto bardziej nie umie grać, i godzili się po kwadransie. A co najważniejsze: robili to razem.
Dziś ten sam rodzaj frustracji ma zupełnie inny kanał ujścia. Zamiast kilku osób, które muszą się ze sobą jakoś dogadać i słuchać się wzajemnie, żeby równo grać, jest jedna osoba i jej przekonanie, że świat wreszcie musi wysłuchać jej. Ten redpillowy, „prawdziwie męski” podkast jest zwykle piwniczną samotnią. Nikt tu nie przeszkadza, nikt nie fałszuje, nikt nie mówi, żebyś pomógł przenieść perkusję – i nikt nie daje do zrozumienia, że pierdzielisz jak potłuczony.
W zespole kompetencje społeczne nie polegały na tym, że ktoś był „dobrze dostosowany”. Trzeba było się dogadać z ludźmi, którzy zawsze spóźniali się pół godziny i zawsze robili coś nie tak. Dziś większość tych napięć została usunięta. Muzyka była przy tym dziwnie demokratyczna w sposób, który dziś wydaje się prawie niepoważny. Wiadomo, że nie wszyscy mieli równe szanse, za to istniała cała warstwa infrastruktury, która zakładała, że młodzi ludzie będą robić rzeczy bez planu i bez wyszlifowanego warsztatu, po prostu z pasją. Były domy kultury. Były szkoły, w których po lekcjach można było dostać salę na parę godzin. Były tanie lokale, remizy, festyny, przeglądy kapel, koncerty, które nie musiały „generować zasięgów”, bo generowały lokalność.
Jeśli ktoś nagrywał kasetę albo CD, istniało przekonanie, że to może coś „krążyć”. Że płyta może się sprzedać w kilku egzemplarzach i to nadal będzie istotne. Że zespół może zagrać w domu kultury i to nie będzie opłacalne, tylko po prostu będzie. To wszystko nie było wysokiej jakości. Ale było dostępne.
Dziś ta dostępność została w dużej mierze odebrana nam wszystkim przez ekonomię, która nie przewiduje miejsca na rzeczy „trochę obok rynku”, za darmo i po godzinach. Salki prób kosztują. Instrumenty kosztują. Czas kosztuje jeszcze więcej. Miasta są drogie, więc przestrzeń do grania jest albo prywatna, albo reglamentowana. Hałas przestał być czymś naturalnym dla młodości – stał się problemem do zarządzania.
Do tego dochodzi świat internetu i skomercjalizowanych usług. Spotify sprawia, że muzyka jest wszędzie, ale prawie nic się jej twórcom nie płaci, zresztą algorytmy się o to postarają, żeby Twoje piosenki nikt nie usłyszał. YouTube pozwala publikować wszystko, ale premiuje to, co już działa. Platformy społecznościowe obiecują widoczność, ale wymagają ciągłej produkcji treści. W efekcie muzyka przestaje być „grana”, a zaczyna być „produkowana”.

Kapitalizm odebrał młodym ludziom prawo do bycia amatorami. Amatorka była kiedyś normalnym pierwszym etapem: ktoś początkujący robi rzeczy źle, bez gwarancji sensu, jakości i powodzenia. Dziś amator musi się natychmiast usprawiedliwiać. Albo jest „przyszłym twórcą, który jeszcze nie zarabia”, albo „kimś, kto marnuje czas”. Nie ma już miejsca na robienie rzeczy, które są ważne tylko dlatego, że robi się je wspólnie, bo się chce.
Może zamiast kolejnej kampanii o „dzietności” lepiej wprowadzić publiczny program wsparcia dla przyszłych gwiazd rocka. Moja propozycja w pięciu punktach:
1. Darmowe salki prób w każdym powiecie. Tylko takie, gdzie można rozkręcić wzmacniacze do granicy.
2. Bon na błędy. Każdy piętnastolatek ma prawo grać w zespole pierwsze trzy miesiące, zanim ktoś mu powie, że nie nadaje się do muzyki.
3. Program „Zamiast robić podkast zadzwoń do kolegi”. Dofinansowanie infolinii, w której ziomek tłumaczy ci, „że to zła kobieta była” zamiast „słyszałeś kiedyś o hipergamii?”.
4. Narodowy fundusz instrumentalny. Na dopłatę do pierwszej gitary, ale też po to, żeby sąsiedzi co jakiś czas słyszeli, że w tym bloku mieszkają jeszcze młodzi ludzie.
5. Obowiązkowe zespoły amatorskie jako alternatywa dla „marki osobistej”. Zamiast zajęć z przedsiębiorczości albo religii (najlepiej zamiast jednego i drugiego) każda szkoła musi zatrudnić Jacka Blacka, który razem z uczniami stworzy zespół grający covery Black Sabbath i Led Zeppelin. A w cv zamiast o liczbie odbytych staży niech ludzie piszą, ile piosenek zagrali z kapelą przed publicznością – nawet jeśli były to trzy osoby.
**



!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)


![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.