Miasto

Roszak: Kościół otwarty i powszechny, bramy zamknięte

Krakowscy radni zapytali kilku proboszczów, czy udostępnią mieszkańcom tereny kościelne.

Jakiś czas temu temu odwiedziłem deweloperskie osiedla wybudowane niedawno w Krakowie. Szukałem tam przestrzeni publicznej – miejsc, które mogłyby służyć wszystkim mieszkańcom. Znalazłem place zabaw, do których można wejść tylko dzięki odpowiedniej karcie z chipem. Na ogrodzonych osiedlach, z dala od centrum, nie ma praktycznie żadnej wspólnej przestrzeni.

Gdzieś w Krakowie jednak muszą być miejsca, gdzie ludzie nie są zobowiązani wylegitymować się kartą konesera, klubowicza, karnetem do klubu fitness czy klubu golfowego, żeby móc usiąść na ławce z dala od zakorkowanych ulic. Na pewno nie ma ich w centrum. Są tam za to działki i ogrody zamknięte za bramami klasztorów i kościołów.

W maju 2014 roku krakowscy radni zapytali kliku proboszczów o możliwość udostępnienia terenów kościelnych mieszkańcom. Prawie nikt z krakowskich duchownych nie poczuł się w obowiązku odpowiedzieć na tę propozycję. Postanowiłem więc wybrać się do wszystkich ogrodów wskazanych przez radnych i zobaczyć, co to za miejsca tak zawzięcie ukrywa otwarty i powszechny Kościół.

Pustynne centrum

Żeby zrozumieć, jak bardzo w gęsto zabudowanym Krakowie brakuje otwartych zielonych przestrzeni, wystarczy zapytać mieszkańców o miejsca, w których mogą odpocząć, nie wdychając smogu i nie słysząc zakorkowanych ulic. Odpowiadają: Las Wolski, Zakrzówek, ewentualnie Błonia.

Pierwszy z nich znajduje się tuż przy zachodniej granicy miasta i mimo dość niekomfortowego dojazdu w ciepłe dni odwiedzają go całe rzesze mieszkańców. Jest właściwie jedynym tak dobrze zarządzanym terenem zielonym w Krakowie, pełnym polan wypoczynkowych, tras rowerowych i ścieżek spacerowych.

Alternatywą dla Lasu Wolskiego jest Zakrzówek, wraz z przyległym Parkiem Skały Twardowskiego, znajdujący się zdecydowanie bliżej centrum miasta. Pagórkowaty teren przyciąga rowerzystów, biegaczy i wspinaczy. Ale nie jest już tak zadbany jak Las Wolski. Siatki odgradzające od stromych i niebezpiecznych zboczy zalewu są nieustannie niszczone, a po ludziach rozpalających tu grille w każdy weekend zostają coraz większe sterty śmieci. Władze miejskie objawiają się tu jedynie w postaci patroli policyjnych, tropiących młodych ludzi schowanych z butelką piwa w krzakach. Niemniej to wciąż jedno z bardzo nielicznych zielonych miejsc w całym Krakowie.

W centrum – z wyjątkiem plant i bulwarów wiślanych – trudno o jakiekolwiek spokojne miejsce. Na tej urbanistycznej pustyni radni Starego Miasta znaleźli kilka oaz – ogrody i parki przykościelne. Dlatego w liście do siedmiu parafii zwrócili się z propozycją udostępniania ich mieszkańcom.

Ogrodzone, prywatne ubóstwo

– Nie ma pan tu czego szukać! To jest miejsce dla parafian, dla księży i sióstr. Nie szukaj pan sensacji! – usłyszałem od osoby zajmującej się ogrodem Towarzystwa Boskiego Zbawiciela, jednym z wytypowanych przez Aleksandra Miszalskiego i pozostałych radnych z dzielnicy I. Warto dodać, że radni zaoferowali parafiom, że będą finansować utrzymanie tych terenów w zamian za czasowe udostępnienie ich mieszkańcom miasta. Miał to być swego rodzaju program pilotażowy, którego skuteczność lub nieskuteczność przesądziłaby o dalszych krokach w stosunku do tych terenów.

Do żadnego ogrodu lub parku przykościelnego nie udało mi się wejść za pierwszym razem. Z Towarzystwem Boskiego Zbawiciela (zakon Salwatorianów) próbowałem kontaktować się później telefonicznie. Dzwoniłem kilkanaście razy. Nikt nie odbierał. Dzień później po kolejnych próbach słuchawkę podniosła wreszcie osoba pracująca w kancelarii parafialnej. Kazała dzwonić następnego dnia. Ponownie głucho. W końcu, po wielu próbach, miałem już dostąpić zaszczytu połączenia z „kimś, kto będzie wiedział” (jak poinformowała mnie pracowniczka kancelarii). Po chwili jednak usłyszałem ten sam głos: – Dostałam taką odpowiedź, że nie można [wejść na teren ogrodu]. Do widzenia.

Zakon Salwatorianów słynie z pilnego strzeżenia posiadanych działek. W jego dyspozycji pozostaje m.in. park im. Jalu Kurka, znajdujący się w ścisłym centrum Krakowa. Park ten został przekazany zakonowi przez właścicieli – rodzinę Tarnowskich – w okresie międzywojennym. Po wojnie przejęło go państwo, umieszczając tam siedzibę Radia Kraków. Wówczas park został w pełni udostępniony mieszkańcom miasta. Po 1989 roku cały teren został ponownie przekazany w ręce zakonu, który już jako prawowity właściciel postanowił zamknąć go w 2004 roku. W sierpniu 2014 roku pojawiły się informacje, że po 10 latach kompletnego zapuszczenia i doprowadzeniu parku do fatalnego stanu księża zdecydowali się negocjować warunki udostępnienia go mieszkańcom w zamian za możliwość prowadzenia działalności zarobkowej na 10% powierzchni, z której finansowaliby utrzymanie całego terenu. W chwili obecnej nie wiadomo, jaki będzie finał tej historii.

Twierdza Salwatorianów nie jest jednak tak szczelna, jak prawdopodobnie chcieliby jej hierarchowie. Podobnie jak w przypadku strzeżonych osiedli, przy odrobinie szczęścia można wejść również na teren przykościelnego ogrodu. Mimo zdecydowanej odmowy w rozmowie telefonicznej i niepowodzenia za pierwszym razem, postanowiłem spróbować ponownie. W niedzielne popołudnie, które okoliczni mieszkańcy postanowili tłumnie spędzić na kolejnych mszach.

„Chrystus wzmacnia nas w swoim ubóstwie” – wita parafian billboard umieszczony na znajdującej się naprzeciwko kościoła pustej, kilkuhektarowej działce, na której idealnie przycięte pasy zieleni leżą odłogiem, opatrzone standardową tabliczką „teren prywatny, wstęp wzbroniony”. To, co zobaczyłem po przekroczeniu bram parafii, nie miało wiele wspólnego z ubóstwem. Przycięte krzewy, zadbane alejki, cisza i spokój – kompozycja godna niezłego projektanta ogrodów. Wysokie żywopłoty wraz ze znajdującymi się za nimi murami skutecznie odgradzają ten teren od znajdującego się obok osiedla. Znalazło się także miejsce na patio oraz parking – gdyby skromne kilkanaście garaży okazało się niewystarczające.

Na bramie parafii jest jeszcze jedna tabliczka: „Teren prywatny. Wstęp tylko dla uczestników rekolekcji”. Chociaż chętnie usiadłbym w cieniu i odpoczął, korzystając z tak zadbanego ogrodu, to jednak nie jestem na tyle zdeterminowany, żeby dla takich kilku chwil spokoju wybrać się na rekolekcje.

Papieska klauzura

Na pierwszy rzut oka pomysł radnych, żeby udostępnić kościelne ogrody, wydaje się całkiem trafny. Wszelkie szczegóły mogłyby zostać dopracowane na drodze rozmów i negocjacji. Jednak po bliższym przyjrzeniu się konkretnym ogrodom okazuje się, że opieszałość parafii w wystosowaniu odpowiedzi nie jest jedynym problemem. Radni zdecydowanie nie przyłożyli się do przygotowania listy wybranych parafii. Kierowali się chyba wyłącznie usytuowaniem terenu i jego wielkością. Spojrzeli na mapę i sporządzili listę. A sprawa nie jest aż tak prosta.

– Pan by nic nie znalazł w tym ogrodzie. Tu jest klauzura i proszę sobie inne ogrody znaleźć. Nie wejdzie pan tam. Do widzenia – odprawiła mnie matka przełożona Maria Karendał ze Zgromadzenia Zakonnic Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny (ul. Krowoderska 16).

– Niestety, nie może pan nas odwiedzić. Papieską klauzurę mamy, najściślejszą, i ona uniemożliwia wejście – stwierdziła siostra przełożona Danuta Maj ze Zgromadzenia Sióstr Karmelitanek Bosych (ul. Łobzowska 40).

Na mapie Starego Miasta działki, na których usytuowane są wspomniane wyżej zakony żeńskie, zajmują dość znaczny obszar. Gdyby radni zdecydowali się wykonać choć jeden telefon do parafii z ul. Łobzowskiej i Krowoderskiej, musieliby jednocześnie rozpocząć debatę nad tym, co w istocie powinno być priorytetem władz miasta – dobro i komfort mieszkańców czy ochrona prywatnych, kościelnych dóbr i „uznanie autonomii Kościoła”. Wysłanie kilku listów jest drogą na skróty. Jak na razie nieskuteczną.

Otworzenie parków i ogrodów przyklasztornych z pewnością przyczyniłoby się do poprawy jakości życia mieszkańców, którzy bardzo często nawet nie zdają sobie sprawy z tego, co kryje się za szczelnymi kilkusetletnimi murami.

Od jednej z mieszanek ulicy Krowoderskiej, przy której mieści się Zgromadzenie Zakonnic Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny usłyszałem: – Ogród? Panie, ja tam nie wiem, brama na kłódkę, przecież nie będę przez mur skakać.

Przynajmniej trzy podmioty są stronami w sporze o kościelne ogrody: Kościół katolicki, mieszkańcy oraz władze miasta. Debata jest nie tyle mile widziana, ile niezbędna. Ale nie będzie miała miejsca, dopóki księża nie zechcą odbierać dzwoniących do nich telefonów i wysyłanych na plebanię listów.

Proszę czekać, nie będę łączyć

Do wszystkich wspomnianych ogrodów i parków prowadzą zamykane bramy. Próbując przez nie przejść, za każdym razem byłem kierowany do proboszcza lub innej osoby decyzyjnej, która musiałaby udzielić mi odpowiedniej zgody. Od Zgromadzenia Księży Misjonarzy Świętego Wincentego A’Paulo (ul. Stradomska 4) wciąż czekam na obiecany telefon w tej sprawie. Z bratem opiekującym się ogrodem w Zakonie Bernardynów (ul. Bernardyńska 2) przez miesiąc próbowałem bezskutecznie umówić się na spotkanie (po uzyskaniu odpowiedniej zgody od przeora, dzwoniąc dzień w dzień, nie mogłem zastać brata ogrodnika).

Dziesiątki minut „wisiałem” na linii, słuchając religijnych pieśni w wersji midi. Komunikacja z Kościołem jest naprawdę tej samej jakości, co dudniące mi w uszach nagrania. Przy następnym telefonie podawano mi inną godzinę, później znowu inną i tak do zupełnego zniechęcenia. Za każdym razem słyszałem: „Brata nie ma, wyszedł gdzieś, proszę dzwonić po czternastej”. Wspominane już Towarzystwo Boskiego Zbawiciela kategorycznie odmówiło mi wstępu na teren ogrodu, nie podając żadnego powodu tej odmowy. Jednym z nielicznych proboszczów, z którymi udało mi się porozmawiać nieco dłużej, był o. Stanisław Wysocki, przeor z Sanktuarium Matki Bożej Piaskowej, należącego do Zgromadzenia Księży Karmelitów na Piasku (ul. Karmelicka 19).

– To nie jest ogród w sumie. Taki sad, parę drzew, nie jest to duże. Zaniedbane, wie pan, nie ma komu przy tym robić. To park archeologiczny. Czekamy, aż samo się zrujnuje, żeby podjąć jakieś działania. Nic tu nie ma. Żaden to ogród – stwierdził w rozmowie telefonicznej ze mną o. Stanisław Wysocki. Dokładnie kilka dni wcześniej rozmawiałem z kościelnym, który poinformował mnie, że proboszcz bardzo chętnie udostępnia ogród na uroczystości ślubne. – To jedyna możliwość, żeby ktoś spoza kościoła mógł tutaj wejść – dodał kościelny.

W tym samym czasie, kiedy rozmawiałem z kościelnym, odbywał się remont części elewacji kościoła przy ul. Karmelickiej, finansowany – jak głosiła płachta, którą przykryta była ściana – przez gminę Kraków. Poza tym jakikolwiek byłby stan ogrodu, to zajmuje on jednak naprawdę dużą powierzchnię. Należy wziąć przy tym pod uwagę rejon, w jakim się znajduje – ścisłe centrum miasta.

Kolejny raz kulą w płot

Spośród wszystkich wytypowanych ogrodów ten należący do Kościoła św. Floriana przy ul. Warszawskiej 17 jest najmniejszy. Proboszcz kościoła, ks. Grzegorz Szewczyk, jako jedyny odpowiedział na list radnych. Zgodził się również spotkać ze mną i pokazać mi kościelny ogród.

– Prawdę mówiąc, nie wiem, co tu jest do pokazania. Ogród nie jest specjalnie zagospodarowany, to taka enklawa dla kościoła, księży, sióstr. Spotyka się tutaj rada parafialna, robimy grilla. Widzi pan z resztą – stare jabłonie, trochę trawy. Nie ma co pokazywać – mówił mi ks. Szewczyk.

Ogród zajmuje około pół hektara i trudno wyobrazić sobie, żeby w jakikolwiek sposób mógł przysłużyć się mieszkańcom Krakowa. Kolejna nietrafiona propozycja radnych?

– Zwrócili się do mnie radni, żeby udostępnić ten ogród mieszkańcom. Wie pan, ja tam nie mam nic do ukrycia, ale niespecjalnie widzę sens, żeby tu wpuszczać ludzi z ulicy. Byli u mnie radni, pokazałem im ogród, sami stwierdzili, że nie ma to żadnego sensu. Owszem, mogę zaprosić jakąś grupę ludzi, zrobić grilla, ale to tak niewielki teren… Jak mówiłem, to taka enklawa dla nas, ale pożytek dla miasta z tego żaden – skwitował proboszcz.

Kościół, władza, mieszkańcy

Decyzja radnych dzielnicy I o wystosowaniu prośby o otworzenie ogrodów przykościelnych jest z pewnością ważnym krokiem w kierunku rozmowy nad majątkami kościelnymi w Polsce. Jednak kilka wysłanych listów nie rozwiązuje problemu.

Władze miasta powinny rozpocząć debatę nad określeniem statusu terenów należących do Kościoła, który deklaruje otwartość i służbę mieszkańcom. Niestety, jak miałem okazję się przekonać, na deklaracjach zaczyna i na nich też kończy. W rzeczywistości odgradza się od mieszkańców, tworząc własne enklawy. Dzwoniąc do kolejnych braci/księży/proboszczów, nie oczekiwałem udostępnienia mi rozliczeń podatkowych i zeznań majątkowych. Chciałem tylko wejść do ogrodu, kawałka terenu porośniętego trawą, zrobić kilka zdjęć i porozmawiać. Niemal zawsze odbijałem się od szczelnego muru, który uniemożliwia jakąkolwiek rozmowę.

A na telefony należałoby odpowiadać z czystej uprzejmości.

Fot. Mateusz Roszak

Czytaj także:
Sławomir Shuty, Kraków, ta makieta dla turystów otoczona slumsami

 

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco