Miasto

Orsz-Wolf: Superman Złota Rączka

Nasz superbohater działa na konkretnym terenie i rzadko wypuszcza się dalej.

Mody na bycie społecznie wrażliwym i ekologicznie nieuciążliwym pędzą do nas z Zachodu. Lans na antykonsupcjonizm, slow food, weganizm, straight edge itd. to fajny lans, lepszy od ścigania się na gadżety. Pozostaje tylko pytanie, jak te sympatyczne trendy doszlifować do polskich realiów, w których zachodni minimalizm postulujący rezygnację z czterech smartfonów na rzecz dwóch wciąż pachnie obłudą. A gdyby tak przylansić coś naszego, coś co już sprawnie funkcjonuje w naszych warunkach? 

Bezpośrednią motywacją do napisania tego tekstu było moje niedawne, bynajmniej nie odkrywcze, ale radosne doświadczenie nieprzerwanie prężnego działania wdzięcznego fenomenu osiedlowej Złotej Rączki. Teraz trochę szybkiego, nudnego, ale potrzebnego wstępu. Wielki Słownik Frazeologiczny PWN z 2009 roku przytacza taką oto definicję złotej rączki – „o kimś, kto umie wszystko zrobić, naprawić, kto ma wrodzone zdolności techniczne”. Słownik podaje również dwa przykłady użycia tego frazeologizmu w zdaniu. Pierwsze: „Każdy mąż stanie się złotą rączką, jeśli będzie dysponował odpowiednimi narzędziami”. Drugie pochodzi z „Życia na Gorąco” 38/1999 i brzmi: „Kiedy przeciekał dach, nie działała kosiarka, albo po prostu szwankowała elektryczność, posyłano po «złotą rączkę», miejscowego żyjącego samotnie poza działkami”. O ile dla lepszego funkcjonowania rodziny najistotniejsze było i jest posiadanie w domu właśnie Męża Złotej Rączki, o tyle ja skupię się tutaj na Złotej Rączce jako instytucji – czyli na osobach, które obdarzone wrodzonymi zdolnościami technicznymi potrafią wiele rzeczy naprawić (choć często prowizorycznie, ale do tego jeszcze wrócę), a czynią to poproszone nie tylko przez bliską rodzinę i przyjaciół. Interesują mnie Złote Rączki, które swoich wyjątkowych umiejętności nie wykorzystują wyłącznie do „robienia na swoim”, ale kierują je ku światu. Mowa o instytucji, która istnieje dla wspólnego dobra społeczności, dba o jej harmonię i ład, ochoczo wprowadzając je w miejsce chaosu. Superman Złota Rączka.
Instytucja Złota Rączka najprężniej funkcjonuje obecnie w obrębie „niższej klasy średniej” – czyli, odrobinę upraszczając, właścicieli przedmiotów już nieobjętych gwarancją, ludzi, których najczęściej nie stać na kupno nowych sprzętów. Z usług Złotych Rączek korzystają również pasjonaci, potrzebujący dobrej rady czy drobnej pomocy przy reperacji obiektów posiadających dla nich głównie wartość sentymentalną.

Złote Rączki w sposób często niezamierzony, niepodbudowany ideologicznie, a jedynie ekonomicznie, tworzą jedną z kolonii filozofii antykonsumpcjonizmu. Superman Złota Rączka jest bohaterem społeczności z ograniczoną potrzebą konsumenckiej próżności, kultury rzeczy wielorazowego użytku. Funkcjonuje on niejako poza granicami zwykłego systemu ekonomicznego. Nie tylko ze względu na wątpliwą dochodowość jego zajęcia, nie ma mowy o zinstytucjonalizowaniu tej profesji – Złota Rączka nie odprowadza podatków od wykonanej pracy, nie wystawia rachunków, faktur ani gwarancji. Gwarancją naszego bohatera jest osobiste doświadczenie, reputacja i zapewnienie, że będzie działało. Przypadki napraw wymagających kilkukrotnych powtórek oczywiście zdarzają się (Złota Rączka rzadko jest ekspertem we wszystkich dziedzinach, w których napraw się podejmuje), jednak reklamacje z reguły nie odbywają się w atmosferze pretensji,  m.in. ze względu na płynny charakter cennika. To  właśnie praca wykonywana niemalże pro bono oraz akceptacja zapewnień zapłaty czynionych „na gębę” robi ze Złotej Rączki takiego społecznego zucha. To, co sprawia, że stanowi on wzór bohatera wdów, sierot i nas wszystkich, którzy nie otrzymaliśmy solidnego wykształcenia majsterkowicza, to kumulacja praktycznych umiejętności. Rozrzut oferowanych usług jest ogromny: osiedlowa Złota Rączka naprawi Junkersa, wymieni wiatraczek w okapie, naprawi gniazdko, zepsutą spłuczkę, przetka rury, wymieni membranę, naprawi cieknącą pralkę… Podobnie jak w przypadku fikcyjnych superbohaterów jego czas pracy jest nienormowany, o ile akurat nie wyznacza go tykająca bomba albo zalewająca sąsiadów pralka. 

Nasz superbohater działa na konkretnym terenie i rzadko wypuszcza się dalej.  Jego tożsamość bywa ukryta, niewiele wiemy o jego życiu prywatnym. Złota Rączka jest ciągle w pracy: albo majstruje coś przy samochodzie albo pędzi z aktówką od mieszkania do mieszkania. Ciekawą kwestią pozostaje zwracanie się do Złotej Rączki. Mimo, że jego prawdziwe nazwisko jest nam często znane i w bezpośrednich kontaktach zwracamy się do niego familiarnie: Panie Heniu, albo bardziej oficjalnie: Panie Bajorek, to w rozmowach o Złotej Rączce najczęściej pojawia się ów związek frazeologiczny, funkcjonujący jak pseudonim – podobnie jak komiksowi Zielona Latarnia czy Red Tornado. 

Jak już zostało powiedziane, Złota Rączka nie dysponuje żadnymi nadnaturalnymi zdolnościami. Złota Rączka posiada dostęp do przestarzałych technologii. Z punktu widzenia naszej kultury jednorazowego użytku Złota Rączka dysponuje odpadkami: sprzętami-gratami, elementami do ich naprawy – rupieciami, narzędziami – śmieciami, i przede wszystkim: niepotrzebną, odpadkową wiedzą. Z punktu widzenia amatora awangardowej sztuki i hipsterów „yeahthisisart!” spawający junkersa z junkersem Złota Rączka jest „antykonsumpcyjnym artystą junk sculpture art, scrap art”. Z punktu widzenia korzystających z jego usług zleceniodawców – ekonomicznym zbawicielem, na którego jednak można, za jego plecami, popsioczyć, że „spartolił zlew”.  I tutaj dochodzimy do jednej z istotniejszych różnic – stosunku społeczności do superbohaterów. Jak wiemy, nie jest on zawsze stuprocentowo afirmatywny. Poczynania fikcyjnych superbohaterów budziły często lęk, niechęć, brak aprobaty, wręcz otwartą wrogość. Nigdy jednak nie byli oni traktowani protekcjonalnie.

Widzę dwa główne powody takiego niewdzięcznego zachowania. Przede wszystkim kompleksy i nieuświadamiany wstyd zleceniodawców. Złota Rączka nie broni osiedla Ruczaj przed najazdem drapieżnych mrówek ani Krowodrzej Górki przed przekraczającymi swoje kompetencje policjantami (a szkoda, tymi ostatnimi ktoś powinien się poważnie zająć). Złota Rączka wykonuje tylko i aż prace, która niedawno jeszcze stanowiły bazę tożsamościową polskiego mężczyzny, a część z nich nie sprawiało poważniejszych problemów również reszcie domowników. Potrzebę wezwania Złotej Rączki maskuje się niekiedy brakiem czasu, ale delikatnej niechęci nie daje się tak gładko ukryć. Drugi powód wiąże się z kolejnym mało odkrywczym faktem, że supermoce Złotej Rączki łączą się nie z młodością czy siłą, ale z wiedzą i doświadczeniem – pozbawionymi walorów fizycznej atrakcyjności. Nasz superbohater najczęściej nie imponuje wyglądem zewnętrznym, trudniej nam zatem zgodzić się z tym, że ktoś niepozorny i cherlawy może nas przewyższać w dziedzinach praktycznych.

Instytucja Złotych Rączek odchodzi do lamusa i niewiele możemy zrobić. Wątpię, żeby w przyszłości osiedlowi emeryci naprawiali nam nowe tablety, zapachowe telewizory i maszyny do poruszania się w czasie. Technologia rozwija się tak prędko, że przedmioty trwałe będą coraz krócej trwałe, a podstawowe chociażby opanowanie kilku skomputeryzowanych dziedzin zapewne niemożliwe. Ale rozwój technologii to jedno, a kultura nadmiaru to drugie. Istnienie lokalnych superbohaterów stanowi praktyczną alternatywę wobec niesprawiedliwej eksploracji środowiska, konsumpcjonizmu, gadżeciarstwa, filozofii multikorporacji. W ramach sprzeciwu wobec łakomej i bezładnej konsumpcji oddajmy siebie samych i nasze sprzęty w ręce Superbohatera Złotej Rączki (skoro już jesteśmy takimi łamagami i nie umiemy nic naprawić sami).

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać