Miasto

Krawczyk: Wrocławskie parki w oparach absurdu

Wielki, spontaniczny piknik organizują sobie na Wyspie Słodowej mieszkańcy Wrocławia. Władzom to przeszkadza. Bo śmierdzi kiełbasą. Tekst Dawida Krawczyka

„Nie każdy chce dusić się w oparach dymu i oglądać ludzi jedzących tłuste kiełbasy” – stwierdziła wicedyrektorka Zarządu Zieleni Miejskiej (ZZM) Anna Mularczyk. I zapowiedziała, że będzie nowy regulamin korzystania z wrocławskich parków. Co to znaczy? Że nie zrobimy już w parku grilla, nie wypijemy piwa, nie posłuchamy muzyki. A nawet nie zapalimy papierosa. Co w tym nowego? Niby nic. Rozpalanie grilla czy ogniska, kiedy grozi to pożarem, jest obecnie karane. Pić alkoholu w miejscach publicznych nie można od dawna. Tyle że urzędnicy zapowiadają, że tym razem przyłożą się do  egzekwowania na wpół martwych przepisów.

 

Wrocławianie są oburzeni. 

 

W ciągu tygodnia media opublikowały kilka listów i oświadczeń, na Facebooku roi się od komentarzy: „Co za głupota! To do czego mają parki służyć? Żeby grzecznie po nich spacerować i to wszystko?”. „Zakażmy w ogóle wstępu do parku – wtedy dopiero będzie pięknie!”. Oraz innowacyjnych pomysłów: „Spoko, przed wejściem do parku będą rozdawane jeszcze kapcie jak w muzeum". „Zlikwidujcie parki i postawcie na miejsce każdego hotel dla członków pzpnu”.

 

O co tak naprawdę chodzi? O Wyspę Słodową – to piękny zielony teren w centrum, który wrocławianie obrali sobie za azyl od zakazu spożycia alkoholu w miejscach publicznych. Wiosną wyspa pełna jest młodych bawiących się ludzi – grillują, słuchają muzyki, grają we frisbee, rozkładają między drzewami małe parki linowe, prawie wszyscy piją alkohol… Czyli łamią przepisy. Ale straż miejska jakoś tu nie zachodzi. I słusznie. Dzięki temu w ciągu kilku lat Wyspa stała się miejscem wielkiego spontanicznego pikniku – od pierwszych dni wiosny do późnej jesieni. Wrocławianie zaczęli ją traktować nie jako własność publiczną, czyli de facto niczyją, ale jako teren dla każdego, jako coś NALEŻĄCEGO do każdego wrocławianina.

 

Prawo to fikcja? I dobrze 

 

Co ciekawe za utrzymaniem dotychczasowej atmosfery na Wyspie opowiedzieli się również politycy. Młody poseł PO z Wrocławia, Michał Jaros, optuje za wstrzymaniem się od zmian w imię wolności wrocławian. Jaki jest największy problem z Wyspą? Zdaniem posła – za mało toalet. Dobrze, że dostrzega potencjał Wyspy. Ale czy to nie za mało? Czy powinniśmy się godzić na stan prawnej fikcji? Czyż nie jest naiwne stanowisko, zgodnie z którym pozostawienie Słodowej poza prawem, na zasadzie „cichego przyzwolenia”, zagwarantuje wrocławianom trwanie atmosfery spontanicznego pikniku? Pogląd taki nie dziwi, gdy jest zasłyszany na ławce, ale czy tak powinien argumentować poseł?

 

Urząd mówi: bez dyskusji!

 

Najbardziej niepokojące w dyskusji nad przyszłością parków jest jednak stanowisko magistratu. Rzecznik miasta Wrocławia, Paweł Czuma bagatelizuje sprawę i zarzuca lokalnym mediom tropienie sensacji: „Ponieważ dyskusja – zapewne ze względu na "sezon ogórkowy" – osiągnęła niewyobrażalne poziomy absurdu, zmuszony jestem jednoznacznie zareagować: NIE MA ŻADNEGO NOWEGO REGULAMINU KORZYSTANIA Z TERENÓW ZIELONYCH” (pisownia oryginalna), a projekt, o którym mowa jest dopiero w fazie tworzenia. Prace nad regulaminem trwają, dlatego – według rzecznika – dyskusja nad nim to niewyobrażalny absurd (sic!). Rzecznik Czuma zapomniał chyba, że dokumenty opracowywane przez urząd nie są ani wewnętrzną, ani prywatną sprawą urzędników. Urząd to jednostka administracji publicznej i podlega społecznemu nadzorowi.

 

Nowy regulamin to nie pierwszy pomysł na zmianę statusu Słodowej i innych terenów zielonych. Magistrat wrocławski miał już koncepcję wprowadzenia płatnego wejścia do parków, pojawił się też pomysł wydzierżawienia Wyspy firmie eventowej organizującej tam koncerty. O tego typu propozycjach zarządzania wyspą regularnie donoszą lokalne media.

 

Powiedzmy wprost: pomysły ZZM mają zakończyć historię Wyspy Słodowej jako spontanicznego pikniku. Zamiast tego będziemy mogli skorzystać z restauracji na barkach cumujących przy brzegu – godnie, bezpiecznie, zgodnie ze standardami, pijąc alkohol kupiony w restauracji, nie tak szkodliwy społecznie i niebezpieczny, jak ten ze sklepu i wypijany na ławce.

 

Zróbmy to razem!

 

Można by odnieść mylne wrażenie, że główne zagrożenie wobec Wyspy to wzrost ceny piwa z 3 zł do 9 zł. Czyli że wkrótce zaczną ją odwiedzać głównie bogaci konsumenci, a nie  studenci. Jednak chodzi o coś więcej. O radykalną zmianę w podejściu do przestrzeni publicznej. Wrocławianie bawiący się na Wyspie traktują ją wreszcie jak swój kawałek terenu w centrum. Oczywiście, droga od „moje” do „wspólne” jest jeszcze bardzo daleka. Ale urzędnicy powinni wspierać proces zmniejszania tego dystansu. Po to, żeby ożywić ideę miasta jako wspólnoty, a nie miejsca do którego przyjeżdża się załatwić swoje sprawy i szybko wraca się do ogrodzonego płotem, chronionego osiedla na przedmieściach.

 

Połowę pracy wykonali już sami mieszkańcy: pokazali, że nie chcą „uciekać za miasto”. Wolą czuć się w nim jak u siebie. Zmiany w myśleniu i działaniu nie osiągnie się kolejnym „skokiem cywilizacyjnym”, opartym na remoncie ławek, ogrodzeniu parku i przystrzyżeniu trawnika.

Zamiast skoku proponuję spacer, najlepiej z udziałem mieszkańców Wrocławia, bywalców Wyspy i tych, którzy woleliby spędzać czas w barkach-restauracjach, miejskich radnych,  lokatorów sąsiadującego ze Słodową Nadodrza, przedstawicieli Zieleni Miejskiej, urbanistów, organizacji pozarządowych, a także restauratorów i sklepikarzy, którzy na wyspie zarabiają. Dotychczas urzędnicy nie przedstawili rozwiązania, które nie spotkałoby się z falą krytyki. Warto zatem wykorzystać potencjał zbudowany w tym miejscu i oddać samym zainteresowanym inicjatywę – tak przy opracowywaniu roboczej wersji regulaminu, jak i przy późniejszym zarządzaniu przestrzenią publiczną. Tego typu eksperymentalne rozwiązania mogą zwiększyć udział mieszkańców w demokratycznym procesie współrządzenia miastem.

 

Zamiast publikacji ignoranckich oświadczeń proponuję lekturę komentarzy, pojawiają się tam nie tylko ironiczne żarty: „Niechże miasto w końcu porobi strefy, w których oficjalnie i legalnie można przyjść, zrobić grilla, piwka się napić, ale takiego kupionego samemu w sklepie a nie lanego do plastiku i rozcieńczonego jak jest w tzw. ogródkach piwnych…” – tego potrzebują mieszkańcy.

 

NIE MA ŻADNEGO NOWEGO REGULAMINU KORZYSTANIA Z TERENÓW ZIELONYCH – to prawda. Potrzebujemy go, tylko rzeczywiście NOWEGO, napisanego przez użytkowników terenów zielonych we współpracy z urzędnikami. Starych regulaminów już wystarczy. Miasta nie buduje się samymi regulaminami. Miasto tworzą jego mieszkańcy, których wolę urzędnicy powinni brać pod uwagę w pierwszej kolejności.

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Bio

Dawid Krawczyk

| Reporter Krytyki Politycznej
Autor reportaży, wywiadów, analiz i recenzji. Absolwent Filozofii i Filologii angielskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. W Krytyce Politycznej od 2011 roku. Redaktor działu Narkopolityka poświęconego krajowej i międzynarodowej polityce narkotykowej. Publikował między innymi w Magazynie Świątecznym "Gazety Wyborczej" oraz polskiej edycji "Le Monde Diplomatique". Tłumaczenia jego tekstów ukazywały się w językach: angielskim, czeskim, rumuńskim, węgierskim i włoskim.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.