Miasto

Hamo sacer z placu Wolności

Ewa Partum w 1971 przetestowała cenzora, czyli komunę, stawiając na placu Wolności w Łodzi las znaków: wzbronione to, wzbronione tamto. Powtórzyliśmy to w tym roku. Tylko co testowaliśmy?

Klub Krytyki Politycznej w Łodzi razem z Muzeum Sztuki w Łodzi zorganizował akcję „Legalizujemy przestrzeń”, nawiązującą do instalacji wykonanej przez Ewę Partum na placu Wolności w 1971 roku. Po akcji odbyła się dyskusja z udziałem artystki oraz Angeliki Fojtuch, Aleksandry Kubiak i Anki Leśniak.

To ściema z tą legalizacją przestrzeni. Przestrzeń w komunie zawsze była legalna. Komuna była jej właścicielem, komuna miała całą przestrzeń, to my byliśmy nielegalni, choć nie zawsze, nie wszyscy, nie w każdej przestrzeni. Przetestuj przestrzeń, to, co możesz w niej zrobić, może cenzor się nie połapie, że to zagraża komunie – to właśnie zrobiła Ewa Partum w 1971 roku. Przetestowała cenzora, czyli komunę, a komuna się przez te trzy dni nie połapała, że las znaków: wzbronione to, wzbronione tamto, wszystko wzbronione, jej zagraża. Może zresztą wtedy nie zagrażało, komuna była wszechmocna, niczego się wtedy nie bała. Jak się bała, to trochę postrzelała i myśmy się bali.

Wszedłem w rolę krytyka, a nie jestem krytykiem. Każdy może mi powiedzieć: „Jesteś ignorantem kultury i sztuki”. Powtórzyliśmy ten las znaków w tym roku na placu Wolności w Łodzi. Co testowaliśmy? I czy to my jesteśmy tymi prawdziwymi „testerami” ?

Mieliśmy wszelkie niezbędne zawiadomienia i pozwolenia, od zarządzania kryzysowego, policji, straży miejskiej, ZDiT-u, Sanepidu i Bóg wie od kogo jeszcze. Byliśmy grzeczni, w stu procentach legalni. Ot, pospacerowaliśmy sobie trochę, każdy ze swoim znakiem. „Tu można się kochać w więcej niż w trzy osoby” – no niechby tylko spróbowali.

Kiedy w Petersburgu grupa Wojna maluje chuja na wzwodzonym moście, to jest prawdziwe testowanie, legalizowanie przestrzeni, a nie takie grzeczne chodzenie w obstawie wszelkich możliwych kwitów.

Lonia Jebnięty: Tak, prawda jest przy nas. Czytaj rozmowę Artura Żmijewskiego z członkiem grupy Wojna

Miałem trochę inny plan. Plan zakładał testowanie mnie.

Na placu Wolności koczują „rezydenci”, czyli żule, lumpy, bezdomni; u Was też są, więc wiecie, o czym mówię. To rezydenci naprawdę testują legalność przestrzeni: to, czy wolno im tu przebywać, co mogą robić w tym miejscu. Są na placu; w Manufakturze ich nie ma. Są obrzydliwi i robią obrzydliwe rzeczy. W zasadzie my wszyscy je robimy, tylko my robimy je w zaciszu; rezydenci nie mają zacisza, plac jest ich zaciszem, jest miejscem, w którym żyją. Robią to, co my: srają, leżą, dymają, czasami piją i ćpają. I kto tu ćwiczy Widmo wolności? Ukryć kibel czy jadalnię? Oto jest pytanie.

A my co? W najlepszym razie nie widzimy rezydentów. Ale bezdomni okrutnie śmierdzą, odwrócenie głowy nie pomaga, i tak wiemy, że rezydent tuż, tuż.

Zainwestowałem w rezydentów (czasami trochę z nimi rozmawiam, więc się ich nie bałem). Zainwestowałem dziesięć złotych, złożyłem im też obietnicę, czyli opcję na drugie dziesięć. Plan był taki: rezydenci przychodzą na plac Wolności w trakcie legalizowania przestrzeni i siadamy razem. Czy to było instrumentalne i wredne wykorzystanie ich sytuacji ? Nie, to była transakcja, rynek to rynek. Zresztą to oni mnie wydymali, bo na plac nie przyszli. Pewnie gdy mnie zobaczą, upomną się o drugą dychę; wypłacę im, umów należy dotrzymywać.

Zobacz wideorelację z akcji „Legalizujemy przestrzeń”

Życie rezydentów jest tak zrujnowane, że szanse na powrót do „normalności” mają minimalne. Rezydent w stanie zejściowym to muzułman, czysta biologia i fizjologia, nagie życie. Jak ktoś zmuzułmaniał, to otaczała go pogarda, od czasu obozów nic się nie zmieniło. Uciekamy, odwracamy oczy, dzwonimy po służby. Służby to mają ciężką robotę, bo muszą rezydenta albo do pionu postawić, albo wywieźć, a on za dwa dni wraca. Podobno jesteśmy roszczeniowi, sam nie cierpię hasła „należy się”, ale w przypadku rezydentów chciałbym o to zapytać: co im się należy od nas ? Co im się należy jako ludziom? Jako obywatelom? Sąsiadom? Żyją przecież obok nas.

Jestem pełen szacunku dla służb, na które zrzuciliśmy obowiązek usuwania rezydentów z naszych oczu, ale bez odpowiedzi na pytanie, co rezydentom należy się od nas, będą ich tylko wywozić, a oni będą wracać. Nic tu nie załatwi tekst „Płacę podatki, więc nic mnie to nie obchodzi”. Nikomu jeszcze nie udało się bezdomnych wywieźć i już nigdy więcej w centrum nie oglądać. To życie wśród nas umożliwia im życie w ogóle. Pytanie brzmi: jak uczynić ich życie znośniejszym, a dla nas akceptowalnym?

Kiedy wstukamy w wyszukiwarkę hasło „wykluczenie”, pojawiają się trzy parametry: wykluczenie ekonomiczne, kulturalne, polityczne. Mam taką obsesję: obserwuję, co się dzieje w śmietnikach. Wiecie, jaka tam jest konkurencja w zdobywaniu tego, co można spieniężyć? Śmietniki lustrują szacownie wyglądający starsi panowie, zapobiegliwe starsze panie i klasyczne lumpy. Niestety, asortyment tego, co skupy surowców wtórnych zamieniają na pieniądze, jest dramatycznie wąski. Musicie zobaczyć, ile osób poluje na puszki po piwie. Butelki leżą tonami w parkach i na trawnikach, każdy sklep przyjmuje wyłącznie własne, żądając pokazania paragonu. Nikt nie potrzebuje zużytych butelek. Nawiasem mówiąc, komuna skupowała prawie wszystkie butelki, ale miała problem z ich produkcją i lała tony wody, aby te skupione wymyć, albo ich nie myła, i pewnie dopłacała do całego interesu, dlatego zbankrutowała.

Ale tak naprawdę to od nas zależy, jak zdefiniujemy to, co się nam opłaca, a co nie. Gdybyśmy wycenili usługę sprzątnięcia z parku butelki na przykład na pięć groszy za sztukę, to jestem przekonany, że zniknęłyby. Tylko czy tego chcemy? Lumpy nurkujące w śmietnikach jak najbardziej uczestniczą w ekonomii tego kraju, tylko my dajemy im małe pole manewru.

Łódzkie Muzeum Kinematografii organizuje „polówki”, czyli plenerowe seanse filmowe, na Starym Rynku w Łodzi. Polówki na Starym Rynku mają inną topografię niż pozostałe pokazy, organizowane głównie w parkach; rynek to centrum, czyli habitus rezydentów. Przed ekranem stoją krzesła, dalej mamy około pięćdziesiąt metrów ziemi niczyjej i murek okalający cały rynek. Na krzesłach siadamy my: kompetencja, dystynkcja, kapitał kulturowy, jednym słowem cały Bourdieu, po ziemi niczyjej pałętają się psy, a na murku siadają tubylcy (okoliczni mieszkańcy) i rezydenci (czyli również okoliczni mieszkańcy).  

Muzeum ogłosiło konkurs na najlepszą recenzję filmu wyświetlanego w tym sezonie. Też siadam na murku – wiecie, jakie teksty tam lecą? Pełny odlot, część później spisuję. Może wygramy ten konkurs? Kto wie.

I tylko problem z tą polityką: kto będzie pierwszym śmierdzącym posłem rezydentów? Ale jeśli telewizornię włączyć, to ciągle jakiś smród w polityce, więc może i to jest do przejścia.

Co mamy wspólnego z rezydentami? Tylko oddychanie, tak nam się przynajmniej wydaje, choć łączy nas z nimi dużo więcej; niewiele trzeba, aby do nich dołączyć, ot, drobny niefart w interesach, za dużo i zbyt często niewinna wódeczka itd., itd.

Na swojej tablicy podczas legalizacji placu Wolności miałem wypisane: SOLIDARNOŚĆ. I bezokoliczniki: srać, oddychać, leżeć, iść, dymać, aresztować, rzygać, nie widzieć, oskarżać, śmierdzieć, ćpać. I chciałem siedzieć z rezydentami, w imię solidarności.

Męczą mnie te ćwiczenia z Agambena. A Was?


Zobacz też: media o wizycie Ewy Partum i akcji Klubu KP w Łodzi

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij