Miasto

Gill-Piątek: Mit, miś i cztery kultury

Czy docenimy, jak wiele festiwal Łódź Czterech Kultur ryzykuje, porzucając swoją elitarną publiczność na rzecz zwykłych mieszkańców?

Odkąd polskie miasta w dzikim szale wyrywają sobie inwestorów, unijne pieniądze i zainteresowanie centralnych mediów, budowanie kosztownych wizytówek stało się palącą potrzebą. Za ciężkie miliony lub nawet miliardy powstają kolejne coraz to większe misie na miarę naszych marzeń i możliwości. Każdy z was pewnie z łatwością może wskazać takie misie w swoim mieście: charakteryzują się tym, że są „naj”. Największe, najdroższe, najdłuższe, najwyższe. Bo miś jest po to, żeby nas zauważono, żebyśmy przebili się z komunikatem i zasłużyli na zainteresowanie. Miś rzadko jest dla nas, przeciętnych mieszkańców.

Im mniejsze zbiorowe poczucie własnej wartości, im więcej wstydu z powodu tego, kim się jest, tym miś musi być większy. Z tego powodu nie dziwi mnie, że Łódź postanowiła przelicytować wszystkich w tej konkurencji i wznosi całą nową dzielnicę w środku śródmieścia, której nie podskoczy żaden z założenia nierentowny stadion czy 14-metrowy pomnik. Budowa trwa i za kilka lat przed Nowym Centrum Łodzi uklękną narody. A już Warszawa na pewno.

Sercem tego centrum będzie Rynek Kobro i cztery odchodzące od niego ulice: Polska, Żydowska, Niemiecka i Rosyjska, na pamiątkę czterech największych grup narodowościowych, które wzniosły to miasto. Tak celebrujemy jeden z niewielu mitów, na których opiera się nasza lokalna tożsamość: mit wielokulturowej Łodzi, w której sielska koegzystencja kultur usłana była różami tolerancji.

Tak naprawdę różnie bywało, zupełnie jak z innym mitem, tym o dobrotliwych fabrykantach fundujących teatry, szpitale i szkoły. A że czasem ci fabrykanci, różnego pochodzenia, wzywali do fabryk carskie wojsko, by krwawo stłumić strajki? A kto by to pamiętał. Dlatego mówiąc o wielokulturowej Łodzi, mamy raczej na myśli współdziałanie elit, a nie to, że podczas Rewolucji 1905 roku razem na barykadach stali ramię w ramię faktyczni budowniczowie Łodzi – polscy, żydowscy, niemieccy i rosyjscy robotnicy.

Nowe Centrum Łodzi odziedziczyliśmy po poprzednich władzach w momencie, kiedy właściwie wszystkie decyzje były już podjęte. I chcąc nie chcąc musieliśmy przełknąć tego misia prawie w całości, okrawając najbardziej idiotyczne pomysły, za plany których i tak musieliśmy zapłacić. Ale nie wszystko, co dostaliśmy po ciemnych czasach Kropiwnickiego, było bezwartościowe. Dostaliśmy w spadku także niezły festiwal Łódź Czterech Kultur, którego zadaniem było wzmacnianie mitu przeszłej wielokulturowości. Festiwal, jak wszystko w Łodzi, miał swoje trudne losy, jednak przez lata trzymał naprawdę wysoki artystyczny poziom. I chyba był czymś w rodzaju oczka w głowie łódzkich elit, bo odkąd mój mąż skrytykował jego ulotkę, sporo osób nadal pała tu do mnie szczerą, acz nie zawsze wyrażoną wprost nienawiścią.

W tym roku festiwal Łódź Czterech Kultur znów przeżył zmianę. Jego nowy dyrektor, Zbigniew Brzoza, jest w Łodzi znany z krótkiego okresu, kiedy w latach 2008–2009 zarządzał Teatrem Nowym. Wtedy skończyło się to konfliktem, który odbił się echem po ogólnopolskich mediach. Prezydent Kropiwnicki lubił chodzić do teatru, ale jego wizja elitarnej mieszczańskiej rozrywki po niedzielnym obiedzie z kotletem znacznie odbiegała od tego, co robił Brzoza. Co prawda na spektakle ściągali tu moi znajomi z Warszawy czy Poznania, ale i tak dla ówczesnych władz Łodzi nie był to żaden argument.

Powrót Brzozy do Łodzi, który dla mnie był gestem symbolicznym, dla festiwalu okazał się kopernikańskim przewrotem. Przeniesienie terminu na wiosnę skróciło nowym organizatorom czas na przygotowania. Dotąd robiliśmy go łódzkimi siłami, teraz pojawił się ktoś z zewnątrz, od razu proponując formułę, którą najłatwiej nazwać antymisiem.

Tradycyjną formę większości festiwali, polegającą na sprowadzeniu wielkich nazwisk ku uciesze dwustu osób z wąskiej kulturalnej elity o wystarczająco zasobnym portfelu, Brzoza zastąpił wydarzeniem, które śmiało można określić działaniem społecznym.

Poprzednie edycje miały oczywiście też dużo otwartych wydarzeń; kierunek wyznaczony przez Centrum Dialogu, poprzedniego organizatora, był podobny. Teraz jednak festiwal zmienia się radykalnie: wstęp na wydarzenia jest wolny i wszystko odbywa się w przestrzeniach publicznych, poza instytucjami kultury i malowniczymi ruinami fabrykanckich willi.

Przede wszystkim jednak zmienia się założenie Łodzi Czterech Kultur. „To miasto cierpi na zbiorowy syndrom dorosłego dziecka alkoholika (DDA) – tak, w mocnych słowach, podsumowuje swoje obserwacje Brzoza, który jest Łodzią od dawna zafascynowany. – Ciągle myślimy, że powinniśmy coś zrobić lepiej, postarać się bardziej. Ciągle wstydzimy się za to, czym jesteśmy. Tymczasem Łódź powinna być dumna z tego, czym jest, tu i teraz, na tym budować poczucie własnej godności”. Z tego powodu festiwal przenosi się tam, gdzie toczy się prawdziwe życie: na łódzkie ulice i podwórka.

To artyści są gośćmi lokalnych społeczności; razem z nimi tworzą poszczególne wydarzenia. Tak powstaje spektakl Teatru Ósmego Dnia na Zgierskiej 38 czy ogromna mozaika z lusterek Joanny Rajkowskiej, która ma pokryć dosłownie całe podwórko przy Piotrkowskiej 3 i stać się „Diamentem Łodzi”. Kilka bram dalej z łódzkimi muzykami zagrają Steven Bernstein i Marcin Masecki. Tylko dwa punkty festiwalowego programu odbywają się w uładzonej przestrzeni komercyjnej: spektakularny pokaz Plasticiens Volants na rynku Manufaktury i koncert Tiger Lillies w Tobaco Park, zespole loftów przy Kopernika. Reszta wydarzeń rozsiana jest po zwykłych łódzkich bramach.

Dla mnie najciekawszy w nowej odsłonie Łodzi Czterech Kultur jest przewidziany na wiele lat projekt „Podwórka”. Realizowany jest on przez artystów wspólnie z mieszkańcami. Jego celem jest stworzenie nowej historii tych małych, podobnych do studni przestrzeni, w nawiązaniu do ich tradycji i lokalnej specyfiki. Program jest otwarty i zakłada, że nowe wspólnoty sąsiedzkie będą zapraszać festiwal do siebie. Bo na czym innym budujemy dumę z miejsca, w którym mieszkamy, jeśli nie na wyjątkowych zdarzeniach, które powstały z naszym udziałem? Na czym mamy opierać poczucie własnej wartości, jeśli nie na efektach własnej pracy? Żadne, choćby najwspanialsze Nowe Centrum Łodzi nie zastąpi nam tego, które już mamy i które festiwal pomaga nam dostrzec, docenić i odzyskać. Pod tym względem nowa odsłona Łodzi Czterech Kultur buduje o wiele mocniejszy mit niż jakikolwiek miś za grube miliony. Mocniejszy, bo prawdziwy.

Wszystko tak naprawdę zależy teraz od nas. Od tego, czy zrozumiemy i przyjmiemy tę ideę jako własną.

Czy docenimy, jak wiele festiwal ryzykuje, porzucając swoją elitarną publiczność na rzecz zwykłych mieszkańców? Ja sama z przerażeniem odkryłam w sobie małego misia: jak to, nie dostanę w tym roku ładnej festiwalowej koszulki? Ani lansiarskiego znaczka? A gdzie billboardy, które w innych polskich metropoliach sławiły gwiazdy zjeżdżające co roku do Łodzi? Ratunku, czym się pochwalę przed znajomymi z Warszawy, aby zasłużyć na „lajk” dla mojego miasta?

A przecież nie muszę na nic zasługiwać, ani ja, ani cała Łódź. Jestem zadowolona z tego, że zamiast wydawać grubą kasę na promocję importowanej kultury, my ją w Łodzi rzeczywiście robimy. We współpracy z najlepszymi artystami, ale własną. Że ktoś w moim mieście odważył się wreszcie powiedzieć coś ważnego i dobrego o nas samych, nawet ryzykując porażkę. I wybieram się na Piotrkowską 3, żeby układać lusterka z Rajkowską. Będę tam kiedyś przyprowadzać moich gości spoza Łodzi, oczywiście jeśli na to zasłużą.

Festiwal Łódź Czterch Kultur odbywa sie od 10 do 19 maja. Krytyka Polityczna jest jego patronką.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Zamknij