Miasto

Łatwiej zasadzić w mieście wieżowiec niż kilka drzew

Dzwonisz do urzędnika, że chcesz coś zrobić, dostać jedno pozwolenie. I nic.

Dawid Krawczyk: Ile drzew udało wam się zasadzić we Wrocławiu?

Helena Mieszkowska: Trzydzieści. Nie jest to jakaś zawrotna liczba. Ale dla nas to są bardzo ważne drzewa, bo dzięki nim udało się poruszyć miasto do dyskusji i to było najważniejsze.

A ile z tych drzew rośnie do dzisiaj?

Helena: Sprawdzaliśmy je dwa miesiące po zasadzeniu i były wszystkie.

Michał Grzegorzek: Nie wszystkie. Jednego nie było, tego, które posadziliśmy przy Dworcu Nadodrze. Zostało wyrwane.

Hubert Kielan: Nie wyrwane, tylko skoszone. Nie zabezpieczaliśmy ich tak, jak robi to miasto. Jak ZZK [Zarząd Zasobu Komunalnego] sadzi drzewa, to wbija w ziemię trzy paliki i obwiązuje to taką szmatką, czerwona albo zieloną, żeby kosiarz idący z tą swoją kosą wiedział, że ma takie drzewko ominąć.

Michał: I wtedy to jest tak zwane nasadzenie formalne.

Wiedzieliście o tych formalnościach wcześniej?

Hubert: Tak. Ale musisz zrozumieć, że w czasie nielegalnego nasadzenia nie ma czasu na myślenie o takich rzeczach.

Dlaczego w ogóle zaczęliście nielegalnie sadzić drzewa we Wrocławiu?

Michał: Z Heleną i z Hubertem dostaliśmy propozycję, żeby podczas festiwalu filmowego „MIASTOmovie:wro” poprowadzić scenę artystyczną, czyli przygotować wydarzenia, które miały odnosić się do tematu przestrzeni miejskiej i – powiedzmy – bogactwa wizualnego miasta

Pomyśleliśmy o akcji, która jest w stanie aktywnie zaangażować ludzi i jednocześnie, w sposób humorystyczny, skomentować niedawne decyzje władz miasta w sprawie wycinki drzew i tę ogólną tendencję do betonowania przestrzeni. Wtedy też studenci ASP protestowali już przeciwko wycince.

Helena: Więc wpadliśmy na prosty pomysł: posadźmy w mieście pełno drzew i zaangażujmy w to mieszkańców.

W ostatnich miesiącach nie tylko wy zwracaliście uwagę na to, że coraz więcej drzew jest we Wrocławiu ścinanych i nie są sadzone nowe. Stowarzyszenie MiastoDrzew napisało w lutym list do prezydenta w tej sprawie. Mamy w ostatnim czasie jakiś zamach na zieleń w mieście, czy wcześniej było tak samo tylko nikt nie protestował?

Michał: Drzewa znikają, bo miasto zamienia się w jeden wielki supermarket. Kolejne przestrzenia są sprzedawane nowym inwestorom, którzy na kupionej działce budują następne centrum handlowe czy biurowiec. Drzewa im przeszkadzają, więc się ich pozbywają. Traktują zieleń miejską jak zachwaszczony nieużytek.

Hubert: Nie jest też tak, że przez ostatnie dwadzieścia lat nie prowadzono wycinki. Rzecz w tym, że poszczególne powody usuwania drzew nałożyły się na siebie w tym roku. Wałów przeciwpowodziowych nie naprawiamy co roku. Robimy to co siedem lat. Albo co tysiąc, od jednej powodzi tysiąclecia do drugiej. Odry przecież też nie pogłębia się co dwanaście miesięcy. Nowe budynki powstają od lat, ale zmienił się kontekst urbanistyczny. Wolnej przestrzeni jest coraz mniej, dlatego łakomym kąskiem są tereny zielone. Efekt jest taki, że zwiększa się wycinkę, a można zrobić to inaczej, dobrać odpowiednie narzędzia planistyczne, które pozwolą ograniczyć usuwanie drzew do minimum. Inna kwestia to dosadzanie nowych drzew – nasadzenia rekompensacyjne – które jest przeprowadzane, owszem, ale w żaden sposób już nie jest później monitorowane.  

Helena: Ale zmieniła się też świadomość. Mamy chyba jednak większą potrzebę dbania o to miasto.

Teza o zmianach świadomości jest dość odważna. Ile osób udało wam się zmobilizować do biegania po mieście z sadzonkami?

Helena: Kilkanaście.

Michał: Dokładnie trzynaście. I to niezły miks – od leśnika po muzyka.

To jednak całkiem sporo jak na miejską partyzantkę. W końcu namawialiście ludzi do robienia czegoś nielegalnie.

Michał: Najciekawsze jest to, że my wszystko chcieliśmy zrobić właśnie legalnie. Na początku mieliśmy taki pomysł, żeby zorganizować otwarte głosowanie dla mieszkańców, w którym mogliby zdecydować gdzie chcą nowych drzew.

Helena: Tylko okazało się, że jest to niemożliwe, bo nie byliśmy w stanie dostać pozwolenia.

A od kogo musieliście mieć to pozwolenie?

Michał: Najpierw myśleliśmy, że od zieleni miejskiej.

Helena: A oni zajmują się tylko parkami i pasami przy ulicy. Nas interesowały inne miejsca – tam gdzie tych drzew brakuje, a nie tam gdzie one są już posadzone. Za te miejsca odpowiedzialny jest Zarząd Zasobu Komunalnego.

Michał: Czyli niedostępny dyrektor Paś.

Helena: Dzwoniłam przez równo dwa tygodnie, co dwa dni, do dyrektora, bo dowiedziałam się, że tylko on może podjąć taką decyzję. Jego sekretarka odpowiadała za każdym razem, że dyrektor właśnie wyszedł, albo, że akurat jest zajęty. Obiecywała zawsze, że oddzwoni i umówimy się na spotkanie. Oczywiście do tego spotkania nigdy nie doszło. I wtedy sobie pomyśleliśmy: Serio? Naprawdę?

Michał: Przecież my chcieliśmy posadzić kilka drzew, a nie wybudować most czy wieżowiec w centrum miasta!

Ale w końcu je posadziliście.

Michał: Skoro wiedzieliśmy już, że nie dostaniemy tego pozwolenia, postanowiliśmy zabawić się tą figurę, w którą i tak zostalibyśmy wpisani – czyli schodzimy do podziemia i robimy to nielegalnie. Tak zostaliśmy partyzantami miejskimi. Chcieliśmy wykreować fikcyjną grupę rebeliantów, która od pewnego czasu miałaby sadzić drzewa we Wrocławiu. My z kolei mieliśmy przyjąć rolę dokumentatorów ich działań. Temat nielegalnego zgrupowania ekologów bardzo szybko podłapały media rozdmuchując całą historię. W pewnym momencie praca artystyczna czy drzewa przestały być ważne. To, co się liczyło, to konfrontacja z władzami. Gazety i telewizja pytały wprost: dlaczego te drzewa są wycinane. I o to chyba chodziło.

Miasto to nie tylko drzewa i wy też nie zajmujecie się tylko zielenią. Za półtora miesiąca wybory samorządowe. To jest dla was w ogóle ważne wydarzenie?

Helena: Dla mnie wybory są super ważne, ale raczej jako wspomnienie. Pamiętam jak chodziłam z rodzicami do szkół i wchodziliśmy głosować za te firanki. Trzeba było się wylegitymować, a później: nazwisko, podpis, karta do głosowania. Nie mogłam się doczekać tego momentu, aż sama będą mogła zagłosować. I w końcu zagłosowałam. Okej. Tylko okazało się, że im dalej tym gorzej, bo w tym roku nie wiem zupełnie, na kogo mam głosować. Może oddam po prostu pustą, nieważną kartę.

Michał: Ja pójdę w żółtej kominiarce, do urny wetknę drzewo i wybiegnę z flagą EKOrebelii. Nie chcę powtarzać znowu tego samego, tego, co mówią wszyscy, że nie ma na kogo głosować, że wszystko jest jednym wielkim kłamstwem, nieuczciwą grą. Ale…

Ale masz przecież doświadczenie w kontaktach z urzędnikami, pewnie nawet politykami. Sam pracujesz w publicznej instytucji. Powinieneś wiedzieć ile jest prawdy w tym „co mówią wszyscy”.

Michał: To już wolę zastanowić się nad jakimś kandydatem idealnym spośród osób, które znam.

Helena: No ja w tym roku jeszcze nie startuję.

Michał: Właśnie. One nie są zainteresowane polityką i chyba nigdy nie będą w takim stopniu, żeby wystartować w wyborach.

To, co wam w takim razie najbardziej przeszkadza w relacjach z tak zwaną władzą?

Michał: To podejście folwarczno-pańszczyźniane, oparte na relacji: władza i poddani. Brak faktycznej komunikacji ze strony tych, którzy tę władzę sprawują. Przecież oni zostali wybrani przez ludzi – ktoś na nich zagłosował, dlatego że do czegoś się zobowiązali. Ale poczucie, że mają teraz niekwestionowaną władzę pozwala im obrosnąć takim komunikacyjnym murem, przez który nie da się przebić. Co to znaczy, że dyrektor Paś nie odbiera telefonu? Przez dwa tygodnie nie można skontaktować się z urzędnikiem?

Helena: Przecież to jest jego obowiązek!

Michał: Jakbym dzwonił z pomysłem zasadzenia drugiego Sky Towera, największego wieżowca w Polsce, to wydaje mi się, że każdy dyrektor by się bardzo szybko znalazł. To mnie najbardziej wkurwia tak naprawdę!

Hubert: Aż się spociłem, słuchajcie.

Michał: Więc, nie! Wybory nie są dla mnie ważne! Są jakimś rutynowym działaniem, które powtarza się cyklicznie, ale wcale przez to nie jest lepiej. Wybory stają się ważne jedynie w teorii, co z kolei uważam za niebezpieczne.

Dlatego nie ma was na listach wyborczych, ale jesteście na podwórkach i namawiacie ludzi do sadzenia drzew.

Michał: Nie realizujemy się w tego rodzaju polityce, ale wbrew powszechnym opiniom uważamy, że sztuka też jest miejscem do wprowadzania zmian, poruszania ważnych tematów. Gdybyśmy chcieli w mieście – wiesz, jako artyści – postawić jakąś rzeźbę…

Hubert: czterolistnej koniczyny…

Michał: …albo człowieka na kolanach ścinającego drzewo – jabłoń, na której wije się wąż symbolizujący miasto – to nikt by się nami, ani tym problemem nie zainteresował. Praca artystyczna, którą my wykonaliśmy powołała do życia twór wcześniej nieistniejący, ekologiczną partyzantkę. Wydaje się, ze tylko żywy opór wobec władzy jest zauważany i efektowny.

Krytykujecie miejskie władze od góry do dołu, a w ogólnopolskiej prasie czytam, że we Wrocławiu żyje się świetnie. „Newsweek” prowadzi ranking prezydentów miast. Trzy razy w ciągu ostatnich czterech lat wygrał go Rafał Dutkiewicz. Czwarty raz nie był brany pod uwagę, bo otrzymał od redakcji dożywotni tytuł Superprezydenta. Nie podoba wam się życie w supermieście?

Michał: To jest taka PRowa bańka, która narosła do tego stopnia, że ja sam czuję, że padłem ofiarą tego mitu. Życie we Wrocławiu przypomina trochę plan westernu. To jest takie filmowe miasto na dzikim zachodzie – supermiasto! Ale jak spojrzysz z tyłu, za fasady, to myślisz: kurwa, to są tylko kartonowe makiety.

Helena: Przychodzi taki moment, że zaczynasz działać w tym mieście, robić jakieś projekty, wystawy, pokazy i zaczynasz uderzać po prostu głową w mur. Okazuje się, że nie da się zrobić najprostszych rzeczy.

Kiedy dokładnie zorientowaliście się, że coś jest nie tak z tym miastem?

Helena: Taki moment to było Podwórko.

Hubert: Zdecydowanie Podwórko.

Michał: Podwórko. Byliśmy wtedy jeszcze młodymi animatorami kultury. Wierzyliśmy, że wiele możemy zrobić.

Jakie podwórko?

Hubert: Chodzi o podwórko przy ul. Ruskiej 46. To był wręcz akademicki przykład oddolnych działań rewitalizacyjnych. Użytkownicy tej przestrzeni – właściciele punktów gastronomicznych, klubu muzycznego, redakcji, my sami – zebrali się i chcieli coś zmienić.

Michał: Żeby nie było to miejsce parkingowe, obszczane i zaciemnione w nocy.

Helena: Tylko po prostu przyjazne dla ludzi, którzy spędzają tam czas.

Jak to miało wyglądać?

Helena: Spotkaliśmy się z tymi wszystkimi ekipami z podwórka i porozmawialiśmy o tym, jakie są problemy, potrzeby, priorytety. Wyłoniły się idee wspólne dla wszystkich: potrzeba oświetlenia, wprowadzenie zakazu parkowania, pozwolenie na ogródek. Przydałaby się mała scena potrzebna dla wszystkich.

Michał: Hubert zrobił plan podwórka, my zajęliśmy się programem merytorycznym. Klub Niskie Łąki sfinansował nam druk folderów, które chcieliśmy przedstawić w spółce Wrocławska Rewitalizacja.

I nie mogliście umówić się na spotkanie przez dwa tygodnie?

Helena: Nie. Tym razem pierwsze spotkanie było rewelacyjne, pełne nadziei, obietnic i zaangażowania. Okazało się, że oni nie chcą tam wszystkiego zalać betonem, wymazać tego wszystkiego, co działo się w tym podwórku.

Obawiam się, że następne spotkania musiały pójść już gorzej, bo podwórko jest dalej ciemne i zaszczane.

Helena: Okazało się, to co zwykle – że nie ma pieniędzy.

Michał: Słyszymy, że niczego nie da się zrobić. Podobno bardzo trudno jest zlikwidować miejsca parkingowe i wstawić tam słupki.

Helena: W międzyczasie robiliśmy tam klub festiwalowy podczas Planete+ Doc Film Festival. Kilka miesięcy zajęło nam, żeby ustalić z miastem zakaz wjazdu dla samochodów. A finał był taki, że i tak musieliśmy sami trzymać wartę na krzesełkach.

Jak to nie ma pieniędzy? Przecież Wrocław jest Europejską Stolicą Kultury 2016, a budżet tego przedsięwzięcia to kilkadziesiąt milionów złotych.

Helena: My nawet współpracujemy z ESK, przy projekcie Otwartej Pracowni Kultury Baskijskiej BASK. Jesteśmy zapraszani do organizacji innych wydarzeń, na które przeznaczone są niemałe pieniądze. Ale widzisz, problem polega na tym, że pieniądze są tylko na wydarzenia, a nie ma nic żeby zagospodarować jakąś przestrzeń na stałe.

Macie nadzieję, że do 2016 roku uda się jeszcze zmienić kształt ESK?

Michał: Przy BASKu pracujemy z ludźmi zatrudnionymi w biurze ESK. Koordynatorka tego projektu ma chęć i energię i zdecydowanie przeczy powszechnej opinii, że pracuje tam tylko i wyłącznie banda tłuków. Ona daje nam właśnie nadzieję. Wciąż uważamy, że nadal warto.

Trzeba też wziąć pod uwagę, że my jesteśmy na początku tej drogi, nie mamy dwudziestoletniego doświadczenia. Chociaż miasto zdążyło nas wydymać już na różne sposoby, to my teraz nie zamierzamy odstawiać teatralnych gestów, nie powiemy, że koniec, nie wyjedziemy na wieś, ani nie planujemy zakładać firm i robić wielkich korporacji. Cały czas mamy nadzieję, że coś jednak się zmieni.

Wiele naszych działań jest pomyślanych tak, że musimy brać pod uwagę tzw. miasto. I to jest po prostu męczące, że cała ta konstrukcja jest żywcem wyciągnięta z Zamku Kafki. Nigdy nie wiemy, czy uda nam się do kogokolwiek tam dobić.

Helena: Jesteśmy, mimo wszystko, jeszcze świeżą krwią, ale mamy już rozczarowania. Nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, żebyśmy wrócili na przykład do tematu Podwórka.

Skoro nie straciliście jeszcze nadziei to, jakiej współpracy życzylibyście sobie z urzędem i instytucjami odpowiedzialnymi za kulturę?

Michał: Oczekiwałbym przede wszystkim komunikacji i otwartości na konsultacje. Na razie ten model jest nawet nie pańszczyźniany, tylko wręcz rodzicielski. Obywatele-dzieci niech się bawią, a my dorośli i tak sami podejmiemy decyzje.

Jak to jest, że jadę dzisiaj tramwajem i widzę las drzew, a następnego dnia przejeżdżam i widzę tylko wycięte pnie? Jak chcę dotrzeć do kogoś, kto mógłby to wyjaśnić, okazuje się to niemożliwe.

Hubert: Nie może być tak, że przychodzę do instytucji publicznej, mówię, że mam pomysł z grupą stu osób na zagospodarowanie podwórka i dowiaduje się, że miasto ma na to inny pomysł. No kurde, ale kto to jest miasto? My jesteśmy miasto i przychodzimy z pomysłem, a oni powinni nam pomóc w realizacji.

Helena: Jest jeszcze coś, co uważam za naprawdę groźne. Osoby, które są na kierowniczych stanowiskach w mieście czasami naprawdę w ogóle tego miasta nie znają. Jak oni wchodzą na Podwórko, to nie wiedzą, że tam był Falanster, ani czym są Niskie Łąki – poza tym, że to mordownia, gdzie ludzie imprezują.

Wy wiecie gdzie był Falanster, znacie urzędników, instytucje publiczne i macie kontakt z ludźmi, którym wciąż zależy na mieście. Powinniście wiedzieć w takim razie, dlaczego we Wrocławiu nie zawiązał się żaden komitet wyborczy, zbudowany przez aktywistów i aktywistki.

Hubert: Ale była próba stworzenia takiego komitetu, to się nazywało ORKA – Obywatelska Rada Kultury. Na spotkaniach nie było może pełnej reprezentacji środowisk aktywistycznych czy kulturalnych, ale sporo ludzi było swego czasu zaangażowanych. Tylko, że to było ponad dwa lata temu i rozluźniło się głównie dlatego, że tam chodzili ludzie-instytucje, którzy w natłoku swoich codziennych obowiązków nie mogli zaangażować się w jakieś większe działanie.

Michał: A może takiego środowiska po prostu nie ma? W pewnym sensie ta PRowa bańka Wrocławia dotyczy też nas. Może my też jesteśmy w pewien sposób odpowiedzialni za tę bańkę?

Nie było też środowiska walczącego o drzewa, ale zawiązało się w kilka miesięcy. Macie jakieś dalsze plany związane z waszą działalnością ekoterorrystyczną?

Helena: W tajemnicy mogę powiedzieć, że czekamy na dostawę bomb kwietnych.

Michał: Nie sadzisz tylko rzucasz. Po wybuchu kwiaty same się zasiewają.

Helena Mieszkowska (1986r.) – kulturoznawczyni, artystka, producentka wydarzeń kulturalnych. Załozycielka Podglądań Filmowych, koordynatorka wrocławskiej edycji Planete+ DOC Film Festiwal.

Michał Grzegorzek (1988r.) – filolog, artysta, aktywista. Pracuje w BWA Wrocław. Współautor książki Typoaktywizm – przewodnik., redaktor magazynu „Biuro”.

Hubert Kielan (1986r.) – grafik, scenograf, artysta.  Jest doktorantem na wydziale Architektury PWr. Stale współpracuje z galerią Dizajn BWA Wrocław.

Wspólnie tworzą nieformalną grupę artystyczną, w której analizują wspólczesne zjawiska socjologiczne, tematy przemocy, wypierane scenariusze. Wykorzystują aktywizm jako formę działań artystycznych. Przede wszystkim interesują ich działania oparte na bezpośredniej integracji z odbiorcami. Wiosną 2014 roku stowrzyli pracę EKOrebelia, będącą artystyczną prowokacją, imitującą istnienie ekologicznej partyzantki  nielegalnie sadzącej drzewa we Wrocławiu, co spotkało się z olbrzymim zainteresowaniem medialnym, a takze pozytywnym odbiorem społecznym.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać