Kraj

Do przyjaciół i przyjaciółek kompromisowców

Przeciwnicy liberalizacji prawa aborcyjnego zazwyczaj używają trzech argumentów za utrzymaniem status quo: to był kompromis, gwarantował spokój i dawał rozwiązania, dzięki którym zachowujemy szacunek dla życia, nie stając się bezwzględnymi hedonistami. Rozważmy je po kolei.

Obecne strajki kobiet to największa mobilizacja społeczna po 1989 roku. A nawet – jak pisał Michał Sutowski – najliczniejszy protest uliczny w historii Polski. Na ulicach znalazło się około miliona osób zgodnie demonstrujących przeciw inspirowanemu przez polityków prawicy wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego. Wiadomo, co lud odrzuca. Czy jasne jest jednak, czego chce? Po wszystkich szczerych i dobitnych słowach wysłanych prawicy nadszedł dobry moment, by szczerze porozmawiać o tym w gronie jej oponentów.

Październikowa rewolucja godności

Powiem wprost: wolałbym, żebyśmy wszyscy się zgadzali, że jedynym sensownym rozwiązaniem jest liberalizacja restrykcyjnego prawa antyaborcyjnego i wprowadzenie możliwości swobodnego decydowania o przerywaniu ciąży do 12. tygodnia. Wiem jednak, że nie wszyscy tutaj są tego samego zdania. Obrażanie się na ten fakt niczego dobrego nam nie przyniesie. Lepiej jest rozmawiać, bo dzięki temu mamy szansę nie zawieść oczekiwań, które zrodziły się i zostały wyrażone w czasie protestów.

Na początek trzeba jeszcze zaznaczyć, że nie istnieją konstytucyjne ograniczenia dla legalizacji przerywania ciąży do 12. tygodnia. Stare orzeczenie Trybunału z 1997 roku wydane zostało jeszcze przed wejściem w życie obecnej konstytucji (co nastąpiło w październiku, a wyrok zapadł w maju). Poza tym wobec wszystkich nowych ustaw obowiązuje domniemanie konstytucyjności, a więc do zakwestionowania ewentualnej liberalizacji potrzebny byłby nowy wyrok TK. Potwierdził to zresztą sam prezydent Duda, proponując nową ustawę, w praktyce uchylającą orzeczenie Trybunału. Ograniczenia, z którymi się mierzymy, nie mają więc konstytucyjnego charakteru, tylko ideowy i polityczny.

Duda zaproponował „nowy kompromis”. Chyba chce go zawrzeć z biskupami, bo na pewno nie z Polkami

Przeciwnicy liberalizacji prawa aborcyjnego zazwyczaj używają trzech argumentów za utrzymaniem status quo: to był kompromis, gwarantował spokój i dawał rozwiązania, dzięki którym zachowujemy szacunek dla życia, nie stając się bezwzględnymi hedonistami. Rozważmy je po kolei.

Zżymamy się na to, że PiS i media publiczne przekręcają znaczenia słów. Oburzamy się, bo służy to wizji świata wygodnej dla władzy, lecz niewiele mającej wspólnego z rzeczywistością. Nazywanie ustawy z 1993 roku „kompromisem” ma podobny charakter. Od początku bowiem pomysły wprowadzenia restrykcyjnego prawa głęboko dzieliły Polaków. W roku 1992 komitety Zbigniewa Bujaka i Barbary Labudy zebrały około 1,5 mln podpisów pod wnioskiem o referendum. Sejm te podpisy zignorował i przegłosował nowe prawo w czasach niestabilnego rządu Hanny Suchockiej, który w kilka miesięcy po przeprowadzeniu zakazu aborcji przez Sejm stracił większość, a potem odbyły się wcześniejsze wybory. Sukces SdRP w 1993 roku wiązał się między innymi z tym, że partia ta zapowiadała przywrócenie dostępu do aborcji.

Nastąpiło to rzeczywiście w 1996 roku, gdy Sejm uchwalił możliwość przeprowadzania aborcji ze względu na trudne położenie społeczne matki. I to właśnie ta ustawa została skierowana do Trybunału Konstytucyjnego, który w roku kolejnym pod przewodnictwem konserwatywnego sędziego Andrzeja Zolla stwierdził jej niezgodność z porządkiem konstytucyjnym. Stało się to niedługo przed wyborami – tak żeby lewica nie zdążyła już uchwalić nowej ustawy. A wkrótce władzę przejęła prawica z AWS i była bardzo zadowolona z tego, że realnie wciąż funkcjonuje stara ustawa z czasów rządu Suchockiej.

Gdy lewica wracała do władzy w roku 2001, większość jej wyborców liczyła na ponowną ofensywę liberalizującą prawo aborcyjne. Tak się jednak nie stało, bo ówcześni liderzy SLD podjęli decyzję, by wobec zbliżającego się referendum w sprawie wejścia do Unii Europejskiej nie wywoływać konfliktu z prawicą i Kościołem, co mogłoby ich zdaniem pogrzebać kwestię akcesji. Zaniechanie tematu aborcji – obok wysłania wojsk do Iraku – stało się jednym z najważniejszych powodów upadku „wielkiego SLD” i przesunięcia się całej sceny politycznej na prawo.

Ustawa z 1993 roku nigdy zatem nie była „kompromisem”. Uchwalona została na rympał przy wielkim sprzeciwie społecznym. Gdy ludzie w wyborach postawili na partie liberalizujące prawo, Trybunał uchylił je bez publicznej dyskusji. Po roku 2001 mieliśmy z kolei do czynienia ze strategicznym, ale i tak wstydliwym zaniechaniem. A do kompromisu potrzeba czegoś innego: jakichś rozmów, ustępstw z obydwu stron i wiążącej umowy. Tak wyglądały na przykład rozmowy Okrągłego Stołu. Z niczym podobnym nie mieliśmy do czynienia w kwestii aborcji. Obecny stan prawny można zatem uznać za historyczną zaszłość, schedę po innej epoce, dziadowiznę po klerykalnych latach 90. – ale nie za kompromis. Nie możemy uciekać od tej prawdy, jeśli chcemy się traktować poważnie.

To nie był kompromis, to była kompromitacja

Zwolennicy status quo odpowiedzą pewnie, że nawet jeśli nie było kompromisu w sensie ścisłym, to był jego efekt, czyli społeczny spokój. Tylko czy rzeczywiście mamy ten spokój? Każda kadencja rządów prawicy oznacza próbę zaostrzenia przepisów antyaborcyjnych. W 2006 roku grupa 155 posłów z PiS, LPR, Samoobrony i PSL złożyła wniosek o wprowadzenie do konstytucji poprawki o „ochronie życia od poczęcia”. W głosowaniu za zmianami zwolennikom poprawki zabrakło tylko 27 głosów. W 2016 roku Kaja Godek zgłosiła z kolei projekt „Stop Aborcji” zakładający karanie kobiet za przerywanie ciąży, a Jarosław Kaczyński i Beata Szydło wypowiadali się o nim w bardzo ciepłych słowach. Ostudził ich dopiero Czarny Protest.

Niedawny wyrok TK jest więc tylko kolejnym epizodem ciągłej walki prawicowych radykałów o zaostrzenie przepisów antyaborcyjnych. A po nich przyjdzie czas na zakaz in vitro, zakaz rozwodów, zakaz pełnienia funkcji sędziów dla niekatolików, zakaz bycia nauczycielem dla osób nieochrzczonych. Brzmi śmiesznie? Zapewniam, że wśród wielu osób w 1992 roku możliwość zakazu aborcji też budziła uśmiech niedowierzania.

Łaski: Czy aborcja z przyczyn społecznych naprawdę jest sprzeczna z Konstytucją?

Nie mamy zatem żadnego pokoju społecznego. Jeśli ktoś tak twierdzi, ucieka od niewygodnej prawdy. Mamy ciągłą wojnę z prawicą, która będzie chciała uzyskać tylko więcej i więcej. Jedyny zatem sposób, by zabezpieczyć się przed zakazem rozwodów, to doprowadzić do liberalizacji prawa dotyczącego przerywania ciąży. Walka będzie trwać – prawdopodobnie zawsze – ale okopy przebiegać będą w innym miejscu.

Pozostaje jeszcze trzeci argument. Ograniczenie prawa do aborcji ma być dowodem… człowieczeństwa. Póki istnieje jakaś granica, nie stajemy się zwierzętami skoncentrowanymi na własnych przyjemnościach i wygodzie. Mamy jakieś zobowiązania i nie traktujemy życia z lekceważeniem. Nawet przyjmując to za dobrą monetę, musimy wziąć pod uwagę coś więcej niż wiedzę o tym, że w krajach, gdzie przerywanie ciąży jest dostępne na żądanie, wykonuje się realnie mniej zabiegów niż w krajach ograniczających do nich dostęp. Zwolennikom utrzymania zakazu nie chodzi tu bowiem o ilość, lecz o zasadę, o sposób, w jaki traktujemy życie.

Nie można jednak nie brać pod uwagę tego, że ograniczenie prawa do aborcji uderza przede wszystkim w żywe, czujące i zdolne do podjęcia decyzji kobiety. Stając po stronie płodu, opowiadamy się właśnie za czystym biologicznym istnieniem przeciw egzystencji ukształtowanej i zdolnej do samosterowności. Pozbawianie kobiet możliwości podjęcia decyzji w sprawie własnej ciąży zgodnie z zasadami własnego sumienia oznacza zatem odmówienie im prawa do bycia człowiekiem, tak jak rozumiemy to pojęcie. Człowiekiem, a zatem osobą wrażliwą, wyposażoną w wolną wolę i zdolną do uniesienia odpowiedzialności za swoje czyny. Liberalizacja prawa do aborcji w tym sensie jest wyrazem humanizmu.

Trzymanie się „kompromisu aborcyjnego”, chociaż niektórym wydaje się bezpieczne, to podtrzymywanie szkodliwych złudzeń. Nie tylko o tym, że status quo zrodził się z jakiegoś porozumienia – a przecież nie było rozmów, negocjacji ani umów. Jeszcze ważniejsze jest jednak złudzenie, że prawica sobie odpuści i da spokój całej reszcie, która chce żyć normalnie. Historia z lat 2006, 2016 i 2020 boleśnie uczy, że tak nie będzie. Złudzeniem jest wreszcie pogląd, że zakaz aborcji czyni nas bardziej ludźmi. Nie można go zaakceptować, skoro człowieczeństwa odmawia się w ten sposób kobietom zdolnym do podejmowania decyzji moralnych.

**
W czwartek swoją działalność rozpoczął komitet inicjatywy ustawodawczej „Legalna aborcja bez kompromisów”. Będzie on zbierał podpisy pod obywatelskim projektem ustawy, który zakłada liberalizację dostępu do aborcji, dekryminalizację zabiegu przerywania ciąży oraz ochronę zdrowia reprodukcyjnego kobiet. Na czele komitetu stanęła Marta Lempart. W skład wchodzą organizacje pozarządowe, m.in. Ogólnopolski Strajk Kobiet, Łódzkie Dziewuchy Dziewuchom, Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. W komitecie są także posłanki Lewicy: Magdalena Biejat, Monika Falej, Katarzyna Kotula, Wanda Nowicka, Joanna Senyszyn, Joanna Scheuring-Wielgus i Marcelina Zawisza.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Maciej Gdula
Maciej Gdula
Poseł Lewicy
Poseł Lewicy, socjolog, doktor habilitowany nauk społecznych, pracownik Instytutu Socjologii UW. Zajmuje się teorią społeczną i klasami społecznymi. Auto szeroko komentowanego badania „Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta”. Opublikował m.in.: „Style życia i porządek klasowy w Polsce” (2012, wspólnie z Przemysławem Sadurą), „Nowy autorytaryzm” (2018). Od lat związany z Krytyką Polityczną.
Zamknij