Mielony w ubiegłym tygodniu przez media „atak dzika na roczne dziecko” okazał się atakiem psa na lochę z młodymi. Przestraszona przez puszczonego luzem czworonoga samica wystrzeliła razem z potomstwem z zarośli. Pech chciał, że na drodze pędzących dzików znalazła się kobieta z wózkiem, o który jedno ze zwierząt zahaczyło. Na chodnik wypadła trzynastomiesięczna dziewczynka, którą przewieziono do szpitala. Na szczęście skończyło się na strachu i zadrapaniach, choć mogło być gorzej, bo dziecko uderzyło główką o chodnik.
To zdarzenie po raz kolejny uruchomiło dyskusję, co zrobić z dzikami w miastach, by do takich zdarzeń nie dochodziło. Władze Krakowa, gdzie wydarzył się ów incydent, zareagowały w typowy dla siebie sposób: wydając zgody na zabicie dzików w kilku rejonach miasta.
Aktywiści prozwierzęcy sprzeciwiają się tej procedurze – a ja podzielam ich opinię. Niedawno pisałem o tym, że jest krótkowzroczna i prawnie wątpliwa. Jednak niektóre pomysły aktywistów na rozwiązanie problemu dzików w miastach budzą moje poważne wątpliwości, a brutalniej mówiąc: uważam je za oderwane od rzeczywistości. Jeśli mamy rozmawiać o realistycznym i jednocześnie humanitarnym rozwiązaniu sytuacji problemowych z udziałem tych zwierząt, to powinniśmy używać realistycznych argumentów, a nie mieszaniny niewiedzy i myślenia życzeniowego. Musimy być ostrożni i odpowiedzialni, bo tu chodzi o życie – zarówno dzików, jak i ludzi.
Azyl dla dzików nie jest rozwiązaniem
Zacznijmy od pomysłu tworzenia rezerwatów. Pomysł pojawił się w postaci petycji o dość krótkiej treści: „Zwracam się o poparcie projektu tworzenia przez władze miast rezerwatów dla dzików miejskich w celu ograniczenia ich populacji przez kastracje i badanie pod kątem ASF. Koszt takich ośrodków jest tańszy niż zabijanie i to rozwiązanie problemu jest bardziej humanitarne. Warszawa może być liderem takiego rozwiązania problemu”. Pomysł poparła Iwona Kalinowska, popularna w wegańskim środowisku aktywistka prozwierzęca, autorka profilu „Świnie są fajne”, która prowadzi azyl dla świń.
Biorąc pod uwagę to, że miejska populacja dzików w Warszawie rośnie – to już na początku taki rezerwat, a w zasadzie azyl – musiałby być gotowy na przyjęcie przynajmniej kilkudziesięciu, jeśli nie kilkuset zwierząt. Wpierw trzeba by je złapać, co samo w sobie nie jest proste, bo starsze osobniki do odłowni wchodzą niechętnie (mniej ostrożne są młodziaki). Wszystko to należałoby ogrodzić – i to nie byle jaką siatką ogrodzeniową, z którą dziki bez problemu dałyby sobie radę, ale solidnym, najlepiej stalowym ogrodzeniem, które nie byłoby tanie.
Nawet gdyby taki azyl powstał w siedlisku odpowiednim dla dzików, to zwierzęta szybko by go przeryły i zjadły wszystko to, co zjeść się da. Dlatego dziki należałoby dokarmiać, co generowałoby rosnące koszty, ponieważ ich populacja przecież stale by rosła, bo za ogrodzenie trafiałyby kolejne dzikie świnie z odłowów. No i ile dzików docelowo byłby w stanie przyjąć jeden azyl?
Można też przypuszczać, że to rozwiązanie dodatkowo napędzałoby dziczy problem w samym mieście. Bo co z tego, że odłowimy zwierzęta w jakimś miejscu, jeśli oznacza to zwolnienie niszy ekologicznej, którą szybko zapełnią nowe dziki? Je też trzeba będzie odłowić, zamknąć w azylu, a wtedy pojawią się w mieście kolejne zwierzęta. To błędne koło.
Entuzjaści azylowania dzików zbywają milczeniem również problemy, które wiążą się z dużym zagęszczeniem tych zwierząt na ograniczonej przestrzeni. Stłoczenie tworzy doskonałe warunki dla przenoszenie się między osobnikami pasożytów, wirusów czy bakterii. Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, w której okazuje się, że jeden z dzików jest chory na ASF. Wtedy, zgodnie z polskim prawem, będzie trzeba zabić wszystkie dziki w azylu. Cały trud włożony w ich uratowanie pójdzie na marne.
Są też wątpliwości płynące z naszej wiedzy o zachowaniach dzików. Te zwierzęta w naturze żyją w niewielkich grupach matriarchalnych, zaś dorosłe samce prowadzą samotniczą egzystencję. Tymczasem warunki azylowe z konieczności oznaczają tłoczenie dużej ilości zwierząt na relatywnie małym obszarze. To zaś może prowadzić do napięć, stresu i agresji wewnątrzgrupowej.
No i rzecz ostatnia: szybko by się okazało, że jeden azyl to za mało, nawet gdyby (co zresztą przewidziano we wspomnianej wcześniej petycji) dziki byłyby kastrowane. Ale tu dochodzimy do kolejnych trudności.
Czy kastracja dzików jest etyczna?
„Kastracja, antykoncepcja pomogłaby ograniczyć populację dzików” – napisała na Facebooku Kalinowska. Obawiam się, że wykastrowanie wszystkich płodnych dzików byłoby niewykonalne – do tego diabelnie drogie i koszmarne logistycznie. Ale nawet gdyby ograniczyć się jedynie do kastracji samców w postulowanych azylach, to prawdopodobnie stanęlibyśmy przed poważnym problemem dobrostanowym. Otóż wykastrowane samce są mniej agresywne, co w warunkach zamknięcia mogłoby je narażać na ataki ze strony samic. O tym, że istnieje takie ryzyko, wiemy z badań nad świniami w hodowlach, wspomina o tym m.in. opinia naukowa opublikowana w 2004 roku w „The EFSA Journal”, czasopiśmie naukowym wydawanym przez Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności. Wskazuje się tam, że o ile kastracja czyni samce spokojniejszymi w hodowli, to jednocześnie stają się bardziej uległe, a przez to bardziej narażone na agresję i spadają na szczeblach drabiny społecznej.
Mam też zastrzeżenie etyczne: zdumiewa mnie to, że ktoś ma problem z tym, że dziki są zabijane, ale nie przeszkadza mu to, że można by je kastrować, trwale pozbawiając szansy na rozród. Przecież życie dzików – i w ogóle dzikich zwierząt – kręci się wokół rozmnażania. Nie będzie przesadą napisać, że żyją po to, by mieć potomstwo. Odebranie im tej możliwości jest w pewien sposób odebraniem im racji istnienia.
Ktoś mógłby próbować odbić ten argument mówiąc, że przecież psy i koty kastrujemy. Owszem, ale Canis familiaris i Felis catus to gatunki udomowione, którym jesteśmy w stanie zapewnić satysfakcjonujące życie. Czy takie życie będą miały dziki w azylach? Zwolennicy azylowania milcząco zakładają, że tak, ale ich optymizm budzi wątpliwości.
Antykoncepcja to dobry kierunek, ale…
Co z argumentem, że dzików nie trzeba zabijać, bo przecież można podawać im środki antykoncepcyjne? Pewnie by i można, gdybyśmy w Polsce taki środek mieli. Obecnie nad tym rozwiązaniem trwają prace na Wydziale Biologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale są w fazie badań.
Idealny środek tego rodzaju powinien być skuteczny (choć jednocześnie jego działanie powinno być odwracalne), nie powinien przenikać do środowiska (jeśli wilk zje dzika, to nie powinien sam stać się bezpłodny), nie powinien prowadzić do cierpienia zwierzęcia (np. wywoływać chorób nowotworowych), powinien być łatwo aplikowalny, a do tego tani. Tymczasem osiągnięcie tych wszystkich cech jest bardzo trudne.
W Ameryce Północnej, gdzie zdziczałe świnie są gatunkiem inwazyjnym, w niektórych częściach USA stosuje się preparat HogStop, który upośledza plemniki knurów, które go przyjęły. Jest skuteczny, ale ma też istotne wady. Nie jest selektywny, bo jeśli przypadkiem zjadłby go byk jelenia, to on stałyby się bezpłodny, trzeba go więc podawać w specjalnych paśnikach. Samiec zaczyna produkować zdrowe plemniki około miesiąc po odstawieniu HogStopa, więc należy go podawać regularnie, co jest wyzwaniem logistycznym. Nie muszę dodawać, że to wszystko kosztuje niemało. Być może wdrożenie takiego systemu w Polsce byłoby możliwe, ale z pewnością też bardzo drogie.
Antykoncepcja jest żywotną opcją, która w przyszłości może pomóc zahamować rozrost miejskiej populacji dzików w Polsce. W przeciwieństwie do kastracji nie jest to ingerencja nieodwracalna. Jednak prezentowanie jej jako obecnie dostępnego rozwiązania jest po prostu przedwczesne i życzeniowe.
Co zamiast aktywistycznej utopii?
W internetowych dyskusjach spotkałem się z jeszcze innym argumentem: „Przestać wycinać lasy i budować wille, a zwierzęta będą mogły wrócić do lasu”. Jestem gorącym przeciwnikiem chaotycznego rozrostu miast, przecinania zabudową korytarzy ekologicznych i niszczenia w ten sposób siedlisk. Jednak ów tok rozumowania opiera się na fundamentalnym nieporozumieniu. Przecież dziś mamy już miejskie populacje dzików, składające się z osobników, które w mieście się urodziły i nie planują żadnej „wyprowadzki”. No i warto odnotować, że hiszpańskie badania pokazały, że dziki odłowione i przeniesione za miasto – właśnie „do lasu” – radziły sobie słabo. Nic w tym dziwnego: wychowały się w innym otoczeniu i w nim potrafią się poruszać.
Co więc robić, by nie powtarzały się takie sytuacje, jak ta na krakowskich Klinach, i inne, mniej lub bardziej groźne? Z nadzieją patrzę na Gdynię, która zrozumiała, że zabijanie dzików jako jedyna metoda radzenia sobie z nimi w mieście to droga donikąd. Dlatego władze postawiły na rozwiązania nieletalne, inspirując się doświadczeniami hiszpańskich metropolii, przede wszystkim Barcelony.
Dziki muszą przestać postrzegać pewne części miasta jako atrakcyjne, co wymaga zabezpieczenia przed nimi odpadów, kategorycznie egzekwowanego zakazu dokarmiania, zmian w zarządzaniu zielenią miejską i wielu innych działań. Ale Gdynia jest dopiero na początku drogi, więc na efekty tych działań musimy poczekać.




!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)

Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!