Czy to koniec lewicy w Polsce?

Powyborczy komentarz Adama Ostolskiego.

Koniec Lewicy w obecnej formule? Wezwanie do otrząśnięcia się? Pierwsze powyborcze komentarze do wyniku Roberta Biedronia brzmią jak raport po przejściu tornada. Powyborczy komentarz Adama Ostolskiego.


Wynik Biedronia porównywany jest z wynikiem Magdaleny Ogórek w 2015 r. Biedroń zdobył kilkadziesiąt tysięcy głosów więcej niż kandydatka SLD pięć lat temu, ale przełożyło się to na nieznacznie gorszy wynik (2,21% Biedronia wobec 2,38% Ogórek).

Zewsząd płyną rady. „Lewica powinna w końcu zrozumieć, że nie warto krytykować Platformy Obywatelskiej” – mówią jedni. „Lewica musi nauczyć się, że jej prawdziwym oparciem jest lud, i nie bać się taktycznego flirtu z PiS-em” – podszeptują drudzy. „Lewica musi dokonać wewnętrznych rozliczeń, wyciągnąć wnioski i następnym razem postawić na lepszego kandydata” – to zaś rada płynąca niemal ze wszystkich stron.

Czy rzeczywiście Lewica, notująca dziś sondażowe poparcie 10–13%, powinna się obawiać, że wynik w wyborach prezydenckich pociągnie całą formację w dół? Nic bardziej błędnego.

Nie znaczy to jednak, że wniosków do wyciągnięcia nie ma wcale. Są, ale niekoniecznie te, które podsuwają Lewicy „szerokie koła”. Kluczem do działania jest opis sytuacji. Aby właściwie zrozumieć wynik Roberta Biedronia, trzeba umieć zinterpretować ten wynik i zarazem utrzymujące się na poziomie 10% i wyżej sondażowe poparcie dla Lewicy w wyborach parlamentarnych jednocześnie – jako elementy tego samego obrazu.

Nie należy więc polegać na powierzchownych porównaniach z kampanią 2015 r., lecz przyjrzeć się miejscu, jakie Lewica jako partia polityczna zajmuje na scenie politycznej przy obecnych koordynatach podziału politycznego i poziomie polaryzacji.

Lewica w Polsce POPiS-u

Od czasu, gdy w 2005 r. podział postkomunistyczny jako zasada organizująca życie polityczne ustąpił miejsca podziałowi PO-PiS, lewica zmaga się z podwójnym wyzwaniem: odnalezienia swojego miejsca w tym podziale i odszukania sposobu na to, by go zakwestionować i wywrócić.

W kampanii 2020 r. było już blisko do wywrócenia podziału PO-PiS. Mam na myśli czas, gdy kandydatką PO była Małgorzata Kidawa-Błońska. Jednak wejście Rafała Trzaskowskiego przywróciło podziałowi stabilność. Dopóki ten podział dominuje (może już niedługo, a może jeszcze bardzo długo), Lewica musi rozpoznać w nim swoje miejsce – co nie znaczy pogodzić się z nim.

Dwóch gniewnych ludzi przechodzi do drugiej tury

Moja hipoteza jest taka, że przy zachowaniu pewnych odmienności Lewica odgrywa dziś wobec swoich wyborców i wyborczyń podobną rolę, jaką wobec swojego elektoratu odgrywa PSL. Jest punktem zbiórki w wyborach parlamentarnych, ale niekoniecznie pierwszym punktem odniesienia w spersonalizowanych i spolaryzowanych wyborach prezydenckich.

Na wynik Biedronia należy więc patrzeć nie przez pryzmat rezultatów (i ścieżek politycznych) postaci takich jak Ogórek czy Kwaśniewski, lecz przyglądając się wynikom i ścieżkom politycznym Kalinowskiego (1,8% w 2005 r.), Pawlaka (1,75% w 2010 r.) czy Jarubasa (1,6% w 2015 r.).

Każdemu z nich zdarzyło się uzyskać w wyborach prezydenckich gorszy wynik niż tegoroczny rezultat Biedronia. Ani dla ich formacji, ani dla nich samych jako indywidualnych polityków z własnymi karierami nie był to koniec świata. PSL zawsze przekraczał próg wyborczy w wyborach do Sejmu i był zdolny reprezentować w nim interesy swoich wyborców. Wybory prezydenckie były obowiązkowym punktem programu na politycznej drodze, ponieważ partia, która chce niezależnie istnieć, musi w nich niezależnie startować. Ale nie był to punkt, wokół którego ogniskowały się wielkie oczekiwania.

SLD jest, podobnie jak PSL, dobrze zinstytucjonalizowaną partią (mam nadzieję, że z czasem będzie to też można powiedzieć o Lewicy). Nie powinno być więc rzeczą niemożliwą, aby co pięć lat znaleźć kogoś, kto zawiesi na kołku własny narcyzm i okaże dojrzałość niezbędną do kandydowania, bez wielkich oczekiwań co do wyniku, w poczuciu odpowiedzialności za kolektyw, którego jest częścią.

Kolektyw taki musi być zdolny nie tylko do udźwignięcia kampanii, ale także zamortyzowania poczucia porażki. Jeśli tak będzie, to lewica przetrwa. Oby do czasów, gdy znów będzie zdolna zająć miejsce jednego z biegunów politycznego podziału w Polsce.

Co zostaje z kampanii?

Szczerze wątpię, by w obecnych warunkach jakiś inny kandydat Lewicy uzyskał znacząco lepszy wynik. Możliwe, że gdyby to była kandydatka, a nie kandydat, to jakaś część wyborców, którzy zracjonalizowali sobie przeniesienie głosu na kandydata PO niewystawieniem przez Lewicę kobiety, zostałaby przy Lewicy.

Lewica ma się z czego cieszyć

Równie możliwe jednak, że po prostu znaleźliby inną opowieść dla swojego wyboru – w akcie wyborczym częściej, niż myślimy, kolejność jest taka, że najpierw podejmujemy decyzję, a potem znajdujemy sobie powód. Toteż wątpię, by hipotetyczny inny kandydat czy hipotetyczna lepsza kampania pozwoliły osiągnąć w tych warunkach więcej, niż udało się to Biedroniowi i jego ekipie.

Dla przyszłości lewicy (i Lewicy) duże znaczenie ma to, co wydarzyło się w kampanii. Warto podkreślić, że kampania Biedronia miała dobry początek i świetną końcówkę oraz zdecydowanie nieudany środek. Przed pandemią (i, co kluczowe, w sytuacji znacznego osłabienia podziału PO-PiS) Biedroniowi zdarzało się dochodzić w sondażach do 13%.

Jednak w marcu i kwietniu, w czasie ogólnokrajowego zamknięcia, komunikaty kandydata rażąco rozmijały się z emocjami wyborców. Zaś po wymianie kandydatki PO na kandydata podział PO-PiS doznał galwanizacji i nie było już szansy na odbicie. Pozostało tylko dawanie świadectwa i reprezentowanie ważnych dla tożsamości Lewicy wartości.

Po co lewicy te wybory?

Trzy wydarzenia z końcówki kampanii wyborczej warto zapamiętać, bo to one będą kształtować pamięć instytucjonalną lewicy i od nich zależy uznanie się lewicy w jestestwie swoim.

Przede wszystkim – konferencja matek osób LGBT pod pałacem prezydenckim, na czele z Heleną Biedroń. Ten obraz zobaczyła cała Polska. Zadaniem lewicy jest, aby Polska nie mogła tego obrazu zapomnieć tak długo, aż staniemy się krajem, gdzie takie konferencje nie będą już potrzebne.

Równie ważne było klarowne opowiedzenie się przez Biedronia i czołowe postacie lewicy po stronie ludzkich wartości w momencie próby, jakim było ułaskawienie Jana Śpiewaka. Mimo że Śpiewak nie szczędził w przeszłości Biedroniowi i Lewicy cierpkich słów (i znając jego temperament, z pewnością nie odmówi sobie tego w przyszłości), to był moment, w którym trzeba było jasno się opowiedzieć, cierpliwie znosząc poszturchiwania i nieprzychylne komentarze ze strony liberalnej.

Na koniec wreszcie warto docenić potencjał momentu, gdy polityczni rekieterzy „obozu demokratycznego” domagali się od Biedronia deklaracji w sprawie poparcia ich kandydata w drugiej turze jeszcze przed rozstrzygnięciem pierwszej. Biedroń cierpliwie wytrzymał ostrzał, mimo manipulowania i podkręcania jego wypowiedzi przez nieżyczliwych dziennikarzy.

Przy okazji cała lewica powtórzyła ważną lekcję – sympatia liberalnych mediów trwa tak długo, jak długo lewica jest niegroźna i niesamodzielna. Podmiotowa, prowadząca własną grę lewica nie ma i nie będzie miała w mediach lekko. Starsi politycy SLD to pamiętają, młodsi politycy Lewicy właśnie to sobie przypomnieli.

Kandydowanie w wyborach prezydenckich to nie była rola życia Roberta Biedronia jako polityka. Była to jednak doniosła rola. Biedroń przeprowadził lewicę przez bardzo trudny okres i zasiał ziarna, które – dobrze pielęgnowane – mogą jeszcze dać jej nowe życie.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Adam Ostolski

| Socjolog, publicysta
Socjolog, publicysta, adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. W nauce reprezentuje perspektywę teorii krytycznej, łączącej badanie społeczeństwa z zaangażowaniem w jego zmianę. Członek redakcji "Green European Journal". W Krytyce Politycznej od początku.