Felieton

„Czarnobyl” to najlepszy produkcyjniak w historii filmu

HBO udało się zrobić film o radzieckiej katastrofie nuklearnej z użyciem konwencji radzieckiego właśnie filmu. To jest film o Czarnobylu, który mógłby powstać w Związku Radzieckim, gdyby ten jakimś cudem przetrwał pierestrojkę i postanowił się rozliczyć z trudnymi pytaniami przeszłości.

Historia katastrofy w Czarnobylu nie miała szczęścia do ekranizacji, choć zdarzały się wyjątki. Wbrew opinii, że na urefleksyjnienie zdarzenia o takiej skali potrzeba czasu, te wyjątki miały premierę tuż po awarii. Mam tu na myśli przede wszystkim nakręcone pod koniec lat 80. poetyckie dokumenty Rołłana Sergijenki oraz francusko-radziecką koprodukcję Raspad (Rozpad) Michaiła Bielikowa (1990), która po wejściu na ekrany została odrzucona przez widzów, ale z upływem czasu zyskała status dzieła kultowego.

Rozpad okazał się jednym z ostatnich porządnych ukraińskich filmów fabularnych XX wieku: w ślad za radziecką Ukrainą całkowicie przestał istnieć jej przemysł filmowy. A zagraniczni twórcy interesowali się tematem Czarnobyla tylko okazjonalnie – tu należy wspomnieć przede wszystkim znakomity dokument Pripyat (1999) Nikolausa Geyrhaltera.

Sytuacja się zmieniła dopiero w drugiej dekadzie XXI wieku. Do Czarnobyla wreszcie dotarł globalny przemysł filmowy, co spowodowało pojawienie się kilku międzynarodowych koprodukcji: filmów fabularnych W sobotę Aleksandra Mindadze (2010) i Znieważona ziemia Michale Boganim (2011) czy dokumentalnego Rosyjskiego dzięcioła Chada Gracii (2015). Każdy z tych filmów na swój sposób okazał się porażką.

Szczególnie dotyczy to dokumentu Gracii, bezczelnej kolonialnej fantazji ignoranta, która zatruła globalny odbiór Czarnobyla niczym promieniowanie czarnobylską ziemię. Amerykański Rosyjski dzięcioł był tak skandalicznie zły, że wiadomość o kręconym przez HBO miniserialu Czarnobyl przyjąłem raczej z niepokojem. Ale myliłem się, bo tej produkcji udało się uniknąć niemal wszystkich pułapek, w które wpadły jej poprzedniczki.

To samo, tylko gorzej

Sukces Czarnobyla nie bierze się z tego, że jego twórcom udało się w miarę wiarygodnie i bez większych wpadek odtworzyć świat radzieckiej pierestrojki poprzez atmosferę, kostiumy czy rekwizyty. Ani z tego, że udało im się obejść bez nadmiernego kopania trupa radzieckiego komunizmu; zresztą główne pytanie, które stawia sobie widz – „jaka jest prawdziwa cena kłamstwa” – w niezbyt zawoalowany sposób odnosi się raczej do współczesnego zjawiska „postprawdy”.

Główne osiągnięcie HBO polega na tym, że udało się stworzyć film o radzieckiej katastrofie nuklearnej z użyciem konwencji radzieckiego właśnie filmu. To jest film o Czarnobylu, który mógłby powstać w Związku Radzieckim, gdyby ten jakimś cudem przetrwał pierestrojkę i postanowił się rozliczyć z trudnymi pytaniami przeszłości.

Do tej pory trudno mi uwierzyć, że Czarnobyl zyskał już reputację jednego z najpopularniejszych seriali w historii, chociaż nie kręci się wokół miłosnej historii ani nie kupuje publiczności tandetną opowiastką o indywidualnym heroizmie, który ratuje świat. Miliony widzów z całego globu spędzają pięć godzin przyklejeni do monitorów, obserwując dwóch starszych komunistów w szarych garniturach, którzy wymyślają, jak można naprawić tragiczne skutki wypadku w pracy oraz, przy okazji, uczynić świat lepszym.

W dawnym obozie socjalistycznym bardzo dobrze znamy ten gatunek. Czarnobyl HBO to być może najlepszy produkcyjniak w historii filmu. Najlepszy, bo pozbawiony jakiegokolwiek wymiaru propagandy – w tym propagandy kapitalizmu.

Jestem oczywiście świadom tego, że proponuję nieco uproszczoną wizję serialu, który ma w sobie również elementy takich gatunków jak body horror, thriller czy film szpiegowski. Ale to wszystko nie wyjaśnia, dlaczego to widowisko aż tak zachwyca widzów w roku 2019. Dlaczego jego głównymi bohaterami zostało dwóch szarych aparatczyków? Wystarczy na nich spojrzeć i już można umrzeć z nudów. Dlaczego miałoby nas interesować, jak promieniowanie z Czarnobyla zabiło radziecki komunizm? Czy nie fajniej byłoby zorganizować zbiorową masturbację z powodu upadku muru berlińskiego, tym bardziej że nadchodzi jego kolejna okrągła rocznica?

Otóż kolejny raz się okazuje, że jest coś takiego w tych przeklętych radzieckich latach osiemdziesiątych, co intuicyjnie trafia do współczesnego widza. To „coś” zostało już parę razy zdiagnozowane. Najlepiej to zrobił brytyjski dokumentalista Adam Curtis, opierając się na książce Aleksieja Jurczaka Everything Was Forever, Until It Was No More (Wszystko było wieczne, dopóki się nie skończyło), kulturową historię radzieckiego zastoju.

Zdaniem Curtisa od pewnego czasu żyjemy w świecie, gdzie nikt na serio nie wierzy w prawidłowość otaczającego nas porządku, a jednak ten porządek wydaje się całkowicie bezalternatywny. Wszelkie próby wymyślenia innej drogi są tłumione lub neutralizowane. Po prostu udajemy, że tak musi być wiecznie, ponieważ nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie końca systemu, który i tak nie działa.

W ZSRR lat osiemdziesiątych – i tu już nie czerpię z Curtisa ani Jurczaka, lecz wspomnień bliskich mi osób – dużo łatwiej było wyobrazić sobie koniec świata niż koniec radzieckiego komunizmu. Aż nagle nadszedł Czarnobyl.

Artysta jako medium dla społeczności. Rozmowa z Rafałem Urbackim

Bio

Oleksij Radynski

| Publicysta i filmowiec (Kijów)
Filmowiec dokumentalista, członek zespołu Centrum Badań nad Kulturą Wizualną w Kijowie. W latach 2011-2014 redaktor ukraińskiej edycji pisma Krytyka Polityczna.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.