Felieton

Warzecha, uchodźca z Piaseczna

Próbuję sobie wyobrazić, jak to jest mieszkać w mieście, gdzie panoszą się terroryści.

W swojej nie tak znowu długiej karierze publicysty miałem wątpliwą przyjemność zostać nazwany przez pana Łukasza Warzechę pajacem i szmatą. Oraz zablokował mnie na Twitterze. Być może dla mojego dobra, żebym nie musiał czytać tych ksenofobicznych głupot. Choć pewnie raczej dla swojego spokoju, żeby się nie musiał denerwować, gdy ktoś mu zwraca uwagę, że pisze nienawistne kłamstwa. Szybki wywiad wśród niereprezentatywnej grupy znajomych wskazuje, że pan Warzecha bany rozdaje hojnie. Najwyraźniej nie lubi się konfrontować z poglądami i faktami, z którymi nie jest mu po drodze. Pewnie dlatego też odmówił dyskutowania ze mną o uchodźcach w Polskim Radiu 24. A może bał się, że wypomnę mu, że sam jest uchodźcą ekonomicznym z Piaseczna i odbiera pracę w stolicy prawdziwym warszawiakom?

Jakoś go rozumiem, bo jego życie musi być wyjątkowo ciężkie. Na przykład rowerzyści to według niego terroryści. Na Twitterze zastanawia się retorycznie: „Ciekawe, ile jeszcze będą się panoszyć ci terroryści pedalarze”. Trudno jednak nie zauważyć, że jest to refleksja podszyta rozpaczą. Warzecha, przy wszelkich ograniczeniach intelektualnych, musi sobie zdawać sprawę, że rowerzyście nie znikną z Warszawy ani dziś, ani jutro. Jest więc przerażony, bo wie, że z nimi nie wygra. I oni będę tu już zawsze, a zapewne z czasem będzie ich jeszcze więcej. Naprawdę ciekawi mnie, jak to jest poruszać się po mieście ze świadomością, że co chwila mijają cię ludzie na rowerach i nigdy nie możesz mieć pewności, któremu z nich przyjdzie nagła ochota urżnąć ci łeb maczetą albo wysadzić się w pobliżu twojego auta.

Terrorystami według Warzechy są również związkowcy. Natomiast prawdziwi terroryści nie mają w Warszawie czego szukać, bo według Warzechy życie tutaj jest co najmniej równie niebezpieczne jak w Iraku, Syrii czy Afganistanie. Miasto w ruinie, nieustająco palące się mosty i tęcze. Cytuję: „To wszystko ma jedną zasadniczą zaletę. Jeśli gdzieś tam siedzą jacyś terroryści, którym mogło przyjść do głowy, że fajnie by było zrobić w tym mieście w Polsce jakiś zamach, to przecież muszą się teraz pukać w głowę. – Ty, Muhammad, zwariowałeś? Po co my się tam mamy pchać z bombą i coś im tam wysadzać? Im nic nie trzeba wysadzać. Ty zobacz, przecież tam jest codziennie tak, jakbyśmy im zamach robili. My się tu przygotujemy, pojedziemy tam, podłożymy bombę, bomba wybuchnie i nawet nikt nie zauważy”.

Rzeczywiście w Warszawie żyje się jak na wojnie. Co potwierdzi każdy, kto próbował rano dojechać do centrum. Nie dość, że Puławska zakorkowana, to jeszcze wszędzie ci pedalarze, tylko czekający, żeby zwykłym mieszkańcom ucinać głowy. A jak nie wierzysz, spytaj dowolnego powstańca warszawskiego. W porównaniu z rządami HGW administracja Führera była przyjazna mieszkańcom. Za Hitlera nie jeździły po Warszawie masy krytyczne. Państwo Islamskie też by na to nie pozwoliło. „Warszawa – miasto dla biegaczy, rolkarzy, pedalarzy. Zwykli mieszkańcy niech panią HGW pocałują w tyłek”. Zakładam, że Warzecha nie chce całować HGW, więc może niech emigruje gdzieś, gdzie nie ma problemów z biegaczami, rolkarzami oraz innymi pedalarzami?

Próbuję sobie wyobrazić, jak to jest być Łukaszem Warzechą. Mieszkać w mieście, gdzie panoszą się terroryści, a życie jest takie trudne, że gdyby nawet codziennie wybuchały tu bomby, to nikt by nie zauważył. Musi to być przerażające. Nie zdziwiłbym się, gdyby Warzecha cierpiał na jakiś rodzaj zespołu stresu pourazowego. Ostatecznie lata życia na froncie w płonącym mieście, gdzie wrogiem jest każdy rowerzysta, muszą się odbić na psychice człowieka. Może dlatego publicysta jest taki agresywny? Po prostu cierpi na nieleczoną traumę wojenną.

Co gorsza wojna, w której bierze udział, może się nigdy nie skończyć. Ostatnio publicysta dzielnie broni Polski przed migrantami. Być może obawia się, że oni również zaczną jeździć na rowerach i już nigdy nie będzie mógł zdążyć do żadnej audycji na czas. Według Warzechy przyjmując uchodźców, stajemy „po stronie potomków Hitlera”, który, jak wiadomo, zasłynął na całym świecie swoim umiłowaniem dla różnych ras i narodowości. Chętnie przyjmował wszystkich uchodzących przed wojną do specjalnie przyszykowanych obozów, gdzie dzięki programom integracyjnym mogli swobodnie realizować swoje zdolności i pasje – bo, jak wiadomo, marzeniem każdego uchodźcy jest trafić do nieba.

Co prawda Hitler nie miał dzieci, ale wiedza ogólna nie jest mocną stroną publicysty, więc możemy mu wybaczyć ten błąd. Zresztą może publicyście chodzi o to, że wszyscy Niemcy to potomkowie Hitlera? Jednak zgodnie z tą logiką Warzecha mógłby być potomkiem szmalcowników i chłopów z Jedwabnego. W sumie jak tak czytam jego teksty, to trudno się oprzeć wrażeniu, że coś w tym jest. Poziom nienawiści i lęku jest chyba podobny do tego, jaki można było spotkać w faszyzujących gazetkach przedwojennej prawicy. Ludzie tonący w Morzu Śródziemnym to jego zdaniem agenci wpływu terrorystów, którzy chcą zmanipulować opinię publiczną, żeby przyjmowała więcej migrantów. W końcu nikt normalny by nie wsiadał na ponton, żeby płynąć przez morze, więc muszą to być co najmniej terroryści albo nawet migranci ekonomiczni. Ci ostatni są może nawet gorsi, bo to potencjalni albo ukryci terroryści. Tak więc na wszelki wypadek nie należy ich wpuszczać do Europy.

Bardzo to sprytne, ale obawiam się, że niewpuszczanie do Europy migrantów może nie wystarczyć.

Ostatecznie terroryści mogą do Europy trafić również przebrani za turrystów albo podszywając się pod bizneSSmanów.

Jeśli mamy pozostać bezpieczni, należałoby zabronić przyjeżdżania do Polski również im. To jednak także nie wystarczy. Wszak zdarzają się już pierwsze przypadki Polaków, którzy decydują się walczyć dla Państwa Islamskiego. Na wszelki wypadek Polaków też należałoby się z Polski pozbyć. Być może wtedy Warzecha poczułby się bezpiecznie. Wojnę można by uznać za skończoną. Wyobrażam sobie, jak chodzi po ruinach opustoszałej Warszawy, w końcu spokojny i szczęśliwy.

Tymczasem walka trwa. Lewica na spółkę z terrorystami podrzuca na plaże martwe dzieci migrantów ekonomicznych, którzy udają uchodźców. Jako przykład Warzecha wskazuje na Aylana Kurdi, którego zdjęcie obiegło świat. Publicysta ma za złe jego ojcu, że zdecydował się uciekać z Turcji, gdzie miał pracę i nie mieszkał w obozie dla uchodźców. W domyśle: nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo. Po prostu chciał sobie wstawić zęby, czego nie mogła mu zapewnić lokalna służba zdrowia. O tym, że zęby chciał sobie wstawić, bo zostały mu wyrwane, gdy przez pięć miesięcy był więziony w areszcie w Kobane, publicysta postanowił już nie wspominać. W końcu pięć miesięcy w areszcie i wyrwane zęby nie czynią jeszcze z nikogo uchodźcy i nie powinny stanowić powodu do opuszczenia kraju. Nie powinno też Abdullahowi Kurdiemu przeszkadzać, że jako mieszkający w Turcji Kurd jest narażony na czystki etniczne, które od pewnego czasu wciela w życie Erdogan.

Nie wierzę, że Warzecha o tym nie wie, bo powołuje się w swoim tekście na Witolda Repetowicza, który pisze o tym regularnie. A jednak manipuluje faktami i przedstawia z nich tylko te, które pasują do jego teorii. Kto tak robi? Potomkowie Goebbelsa?

 

**Dziennik Opinii nr 271/2015 (1055)

Bio

Jaś Kapela

| Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista, aktywista. Autor trzech książek z wierszami („Reklama”, „Życie na gorąco”, „Modlitwy dla opornych”), powieści („Stosunek seksualny nie istnieje”, „Janusz Hrystus”, „Dobry troll”) i zbioru felietonów „Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu”. W 2018 roku ukazała się jego najnowsza książka, „Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać”. Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun Serii Literackiej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.