Czytaj dalej, Jaś Kapela

Kłopotliwe nawyki Harveya Weinsteina i sieć wsparcia gwałcicieli

Fot. Thomas Hawk/Flickr.com

Jak to możliwe, że ktoś przez blisko trzydzieści lat regularnie gwałci kobiety i prawie nikt się tym nie interesuje? Dlaczego nie zajęli się tym wcześniej jacyś sprytni detektywi, których tak dobrze znamy z hollywoodzkich filmów?


Są takie historie, że nawet jeśli wiecie, jak się skończą, to śledzicie je jednocześnie z fascynacją i niedowierzaniem. Czytając Złap i ukręć łeb. Szpiedzy, kłamstwa i zmowa milczenia wokół gwałcicieli Ronana Farrowa, tak właśnie się czułem. Przez chwilę – gdzieś w połowie książki – byłem prawie gotów uwierzyć, że Harveyowi Weinsteinowi wszystko ujdzie na sucho. Wszystko, czyli lata bezkarnego gwałcenia i molestowania kobiet. Choć wypływały kolejne obciążające go fakty i ofiary, Weinstein triumfował: „Zmusiłem ich [szefów NBC, redakcji, dla której pracował Farrow – red.] do ukręcenia łba tej pieprzonej historii. Tylko mnie tutaj cokolwiek uda się doprowadzić do końca”.

Ale zacznijmy od początku. Ronan Farrow był jednym z dziennikarzy, którzy przyczynili się do ujawnienia drapieżnych manier hollywoodzkiego producenta filmowego. Wszyscy znamy tę historię, ale Farrow opisuje kulisy swojej pracy, dzięki czemu dowiadujemy się, jak trudno było mu zebrać materiał. Namówienie kolejnych kobiet, żeby nie tylko zmierzyły się ze swoją traumą, ale również stawiły czoła potężnemu człowiekowi, którego skłonność do przemocy znały z doświadczenia, a gniewu mogły być pewne, to już niebagatelne zadania. Tymczasem był to dopiero początek trudności, jakie stanęły przed dziennikarzem.

Choć udało mu się znaleźć kobiety gotowe wystąpić przed kamerą pod swoim nazwiskiem, aby opowiedzieć o tym, co zrobił im Weinstein, jego macierzysta redakcja kilkakrotnie kazała mu zawiesić pracę nad reportażem. I to mimo że zdobył nagranie z prowokacji prokuratury, na którym producent przyznaje się do molestowania modelki Amby Gutierrez i komentuje to słowami: „Taki mam nawyk”. Szefowie nie chcą, żeby kontynuował temat.

Oczywiście już sam fakt, że dziennikarz musi docierać do nagrania, które zrobiła prokuratura, a które następnie zgodziła się zniszczyć, gdy sprawa została umorzona, pomimo solidnych obciążających dowodów, daje do myślenia. Jakie wpływy trzeba mieć, żeby w mocy prawa niszczyć dowody przestępstwa? Weinstein nie potrafił uwierzyć, że dziennikarzowi udało się uzyskać te materiały: „Masz kopię nagrania zniszczonego przez prokuratora okręgowego – pytał z niedowierzaniem. – Nagrania, które zostało zniszczone?”.

Weinsteinowi pomagał między innymi były burmistrz Nowego Jorku Rudolph Giuliani. Słynny szeryf przepracował dla niego tyle godzin, że aż doszło do sporu o faktury. Na obronę producenta Pulp Fiction szły grube miliony. Oprócz adwokackich gwiazd opłacać trzeba było też prasę, żeby szkalowała kobiety, które próbowały opowiedzieć, co im zrobił. Setki tysięcy dolarów kosztowała także obsługa agentów firm detektywistycznych, które śledziły ofiary Weinsteina, i dziennikarzy gotowych ich wysłuchać. Kto bogatemu zabroni?

Jest wyrok w sprawie Harveya Weinsteina

Skoro stać cię na wynajęcie agentki, która stanie się najlepszą przyjaciółką osoby, którą zgwałciłeś, żebyś był na bieżąco z tym, co planuje powiedzieć prasie i napisać w książce (o której zresztą też tutaj pisałem), dlaczego by tego nie zrobić? Dlaczego by nie wynająć swojego prywatnego Mossadu, skoro można? W końcu byli pracownicy służb też mają prawo sobie dorobić, więc nie powinien zniechęcać nas fakt, że metody, których używają, nie zawsze są legalne. W końcu to służby, więc takie już mają nawyki.

Dlaczego by nie wydzwaniać do znajomych, którzy akurat są też dyrektorami koncernów medialnych, żeby się upewnić, że ukręcili sprawom łeb? Harvey Weinstein najwyraźniej nie widział ku temu powodów. Trudno mu się dziwić. Ostatecznie stawką było jego życie na wolności. Z rozmów z nim wynika, że uważał wszystkie swoje gwałty za konsensualny seks, więc nie bardzo rozumiał, czemu teraz byłe kochanki chcą mu zniszczyć życie. Co nie przeszkadzało mu niszczyć życia kolejnych kobiet, żeby tylko tego nie próbowały.

Odważna Rose McGowan

Niestety udawało mu się to robić zdecydowanie zbyt długo i skutecznie. Oczernianie ofiar było jedną z metodą, inną było płacenie im za ich historie. Czasem robiła to firma Weinsteina, czasem zaprzyjaźnione media, które kupowały prawa do opowieści, żeby nigdy ich nie publikować. Na ukrywanie ciemnej strony Hollywood szły setki, jeśli nie miliony dolarów.

Oczywiście nie byłoby to możliwe, gdyby nie sieć wsparcia gwałcicieli. Niektórzy sami mieli coś za uszami, inni po prostu ulegali naciskom ze strony słynnego i wpływowego znajomego. Jedni się bali, inni zostali kupieni. Zapewne byli też tacy, którzy wspierali kolegę ze szczerego przekonania, że nie może być taki zły. Każdy ma gorsze dni i kiepskie nawyki. Niektórzy lubią poezję, inni – gwałcić aktorki. Wszystko można zrozumieć. Ja to oczywiście rozumiem, ale niektórym powinno się odebrać prawo do korzystania z penisa, skoro nie umieją go używać.

Mamrotanie i chichoty, albo historia przemocy

Dlaczego w przypadku Harveya Weinsteina trwało to tak długo? Zadziwiające, jak wiele osób wiedziało o jego drapieżnych nawykach, a jednak nie zrobiło nic, żeby przeszkodzić mu w ich kontynuowaniu. Jak to możliwe, że ktoś przez blisko trzydzieści lat regularnie gwałci kobiety i prawie nikt się tym nie interesuje? Dlaczego nie zajęli się tym wcześniej jacyś sprytni detektywi, których tak dobrze znamy z hollywoodzkich filmów? Czy naprawdę trzeba być synem Mii Farrow i Woody’ego Allena, a nasz ojciec musi molestować naszą siostrę, żebyśmy mieli dość zacięcia, by ujawniać świadectwa ofiar? Czy każdemu z nas muszą kogoś zgwałcić w rodzinie, żebyśmy się na serio przejęli kwestią przemocy wobec kobiet?

Mam nadzieję, że nie, a jednak ilość kłód, jakie są rzucane dziennikarzowi pod nogi, robi wrażenie i trzyma w napięciu. Oczywiście najłatwiej zrzucić winę na dział prawny i ryzyko procesów, ale problem zaczyna się, gdy prawnicy nie są zgodni, a niektórzy wręcz uważają, że to cenzura. Gdy nie możemy wprost zakazać dziennikarzowi zbierania materiałów, zawsze warto zapytać, czy jego zaangażowanie nie szkodzi innym tematom i czy na pewno chce dalej pracować w telewizji.

Klika przemocowów jest potężna: często mają do siebie numery telefonów i ciepłe uczucia. Trochę już o tym wiemy. O przemoc seksualną oskarżany jest nawet prezydent Donald Trump i choć brak decydujących dowodów, to wcale nie jest powiedziane, że nie kryją się w jakimś sejfie. Z pewnością wielu historiom udało się jeszcze ukręcić łeb. Podczas lektury nie sposób się nie zastanawiać, jak to wygląda w Polsce. Trudno mi wierzyć, że jest u nas lepiej niż w USA. Raczej podejrzewam, że wręcz przeciwnie. W naszym małym kraju rynek medialny jest mały, więc groźby, że nigdy już nie znajdzie się pracy, mogą brzmieć tym bardziej realistycznie.

Farrow to wciągający narrator również dlatego, że opisuje całą sytuację z wiedzą, którą posiadł post factum, ale której nie miał, gdy rozgrywały się wydarzenia, więc wychodzi na rozkosznego naiwniaka, który dostaje jakieś dziwne SMS-y, zupełnie nieświadomy, że służą ustalaniu jego lokalizacji, i wzrusza tylko ramionami na sugestie dozorcy, że samochód z dwoma Rosjanami w środku stoi pod jego domem trochę zbyt często.

Poza misternym opisem zepsucia i wzajemnych powiązań elit mamy tu też wzruszające fragmenty. Partnerem Asi Argento, jednej z ofiar Weinsteina, był słynny szef kuchni Anthony Bourdain. Ponoć kontaktujący się partnerzy lub bliscy to przeważnie rzadko dobra wiadomość dla dziennikarzy, jednak ten telefon był wyjątkiem. Bourdain powiedział, że seksualne drapieżnictwo Wein­steina jest czymś obrzydliwym, że „wszyscy” wiedzieli o tym zbyt długo. „Nie jestem człowiekiem religijnym – napisał. – Ale modlę się, żebyście mieli siłę na opublikowanie tego materiału”.

I ja też się modlę, żeby jeszcze wiele redakcji znalazło odwagę, by publikować tego rodzaju materiały. Gdy reportaż Farrowa ukazał się w prasie, po tym jak redakcja NBC ukręciła mu łeb, jego skrzynkę mejlową zalały wiadomości od osób twierdzących, że mają na koncie podobne doświadczenia. Pisali o nadużyciach władzy i układach służących ich zatuszowaniu. Wniosek był jasny: wśród nas jest znacznie więcej takich Harveyów.

Jeśli myślicie, że to już koniec #metoo, to nie macie racji, bo to dopiero początek.

Ronan Farrow, Złap i ukręć łeb. Szpiedzy, kłamstwa i zmowa milczenia wokół gwałcicieli, wyd. Czarne 2020

 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Jaś Kapela

| Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista, aktywista. Autor trzech książek z wierszami („Reklama”, „Życie na gorąco”, „Modlitwy dla opornych”), powieści („Stosunek seksualny nie istnieje”, „Janusz Hrystus”, „Dobry troll”) i zbioru felietonów „Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu”. W 2018 roku ukazała się jego najnowsza książka, „Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać”. Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun Serii Literackiej.