Felieton

Kto się boi poliamorii?

Poliamoria u swych korzeni zakłada otwartość. Jest przeciwieństwem monogamii, która uznaje, że tylko jedna wyznaczona relacja jest słuszna.

Większość z nas zapewne zgodziłaby się z twierdzeniem, że nie należy nikomu wchodzić do łóżka. Przynajmniej jeśli ten ktoś sobie tego nie życzy. No, może nie nikomu. Bo na przykład księżom można. W końcu skoro głoszą pogadanki o celibacie, to sami powinni się do niego stosować. Jednak księża raczej nie promują poliamorii ani nawet o niej nie dyskutują. Skąd więc tyle oburzenia? Nawet wśród lewicy. Kto się boi tego, że można kochać więcej niż jedną osobę? I dlaczego ktoś w ogóle może się tego bać?

„Dlaczego ktoś rozkazuje mi wyobrażać sobie to wstydliwe i smutne lato miłości na tapczanach z Ikei, w imię jakiejś bardzo pokrętnie rozumianej emancypacji? Co mnie, kurwa, obchodzą seksualne neurozy lewicowych działaczek? Czy dwudziestoczteroletni «publicysta» aż tak bardzo musi zadeklarować publicznie jakąkolwiek tożsamość?” – oburza się Jakub Żulczyk, jakby naprawdę ktoś kazał mu sobie wyobrażać poliamoryczny związek z młodymi lewicowymi publicystami i emancypację. Chyba nikt go pistoletem nie zmuszał do czytania artykułu w „Newsweeku”.

Choc być może czegoś jeszcze nie wiem na temat lewicowej aktywności poliamoryczynej. Może rzeczywiście jakaś seksualno-emancypacja bojówka uwięziła go w toi-toiu z numerem tygodnika. Ale jakoś nie sądzę. Trudno również uwierzyć w zapewnienia pisarza, że nic go nie obchodzą seksualne neurozy lewicowych działaczek. Jakby go nie obchodziły, toby o nich nie pisał. Warto też się zastanowić, skąd w autorze sprzeciw wobec deklaracji tożsamości. Czyżby pisarz sam żadnej tożsamości nie posiadał ani nie deklarował? Tyle pytań. Tak mało odpowiedzi.

Oczywiście Żulczykowi zdarza się deklarować, że na przykład ma dziewczynę, i zapewne nie uznaje tego za publiczne deklarowanie swojej tożsamości. Ale co wolno wojewodzie, to nie tobie, młody lewicowy publicysto.

Atakowanie feministek za seksualne rozpasanie jest chyba tak stare jak sam feminizm, więc również nie powinno dziwić. Ale może właśnie dziwić powinno?

W końcu chyba XIX wiek się skończył już jakiś czas temu i można by jakieś nowe zarzuty wobec feministek wymyślić. Ale może nie trzeba, skoro stare ciągle dobrze działają. I lajki lecą.

Do dalszych rozmyślań na ten sam temat natchnęła mnie wymiana zdań na pewnym portalu społecznościowym, z którego użytkownikami postanowiłem się podzielić cytatem z niedawno wydanej przez nas książki Carol Gilligan: „W środowisku wczesnych hominidów przetrwanie dziecka wymagało, by oprócz matki zadbali o nie inni (…) mamy dowody, że bez allorodzicielstwa, czyli zbiorowego wychowywania dzieci, «gatunek ludzki nigdy by nie powstał». Nie mamy zakodowanej w genach rodziny nuklearnej ani wyłącznie matczynej opieki, tylko zdolność wzajemnego zrozumienia i rozszerzoną rodzinę”. Poliamoria może być traktowana jako alternatywa dla rodziny nuklearnej i przesądów o tym, że „chłopak, dziewczyna = normalna rodzina”, dlatego opatrzyłem wspomniany cytat poniekąd żartobliwym komentarzem: „Poliamoria strikes back!”

Oczywiście zbiorowe wychowanie dzieci nie musi być związane z poliamorią. W końcu już dziś mało mamy normalnych rodzin. Ze względu na bardzo słaby stan usług opiekuńczych w Polsce większość rodziców nie poradziłaby sobie bez pomocy rodziny i przyjaciół przy wychowaniu dziecka. Co nie znaczy kolei, że musimy z nimi tworzyć intymne lub seksualne relacje. Ale przecież nie oznacza, że nie możemy tego robić. Choć pewnie nie moglibyśmy, gdyby decydował o tym pisarz Żulczyk.

Żulczyk jednak do Gilliagan się nie odniósł, ale za to pojawili się inni oburzeni. Naczelnym oburzonym był prowadzący fanpejdżu Sztuczne Fiołki, który postanowił zaprotestować przeciwko jakimkolwiek związkom podanego cytatu z poliamorią. Jakby było przeciwko czemu protestować. W końcu dla jednych poliamoria może oznaczać rozszerzoną rodzinę, a dla innych rozpustę. Seksualność jest oczywiście ważnym elementem, ale najważniejsze jest wzajemne porozumienie pomiędzy partnerami i ustalenie rodzaju relacji. Poliamoria u swych korzeni zakłada otwartość, jest przeciwieństwem monogamii, która uznaje, że tylko jedna wyznaczona relacja jest słuszna, a reszta powinna być naznaczone piętnem zdrady lub grzechu.

Ja oczywiście myślę, że nie powinna, ale najwyraźniej jestem w mniejszości, skoro nawet założyciel jednego z bardziej popularnych lewicowcych fanpejdżów uważa poliamorię za szkodliwą modę: „Poliamoria jest zdecydowanie na rękę społeczeństwom skrajnie patriarchalnym (patrz Arabia Saudyjska….)”. Nie wiem, jak można sobie wyobrażać poliamorię w społeczeństwie, gdzie panuje szariat, ale widocznie wiele można, jeśli coś nam jest nie na rękę.

To oczywiście tylko skromna lista, bo wrogów poliamorii jest znacznie więcej. Wpisujcie miasta.

Bio

Jaś Kapela

| Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista, aktywista. Autor trzech książek z wierszami („Reklama”, „Życie na gorąco”, „Modlitwy dla opornych”), powieści („Stosunek seksualny nie istnieje”, „Janusz Hrystus”, „Dobry troll”) i zbioru felietonów „Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu”. W 2018 roku ukazała się jego najnowsza książka, „Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać”. Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun Serii Literackiej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.