Felieton

Czekając na atak dronów, myślę o Polsce

Stan naszego państwa może prowadzić do wielu niebezpiecznych wypadków, a ten z udziałem posła Kaczmarka nie jest wcale najgorszy.

Czekając na atak dronów, myślę o Polsce, ale nie mam nawet jak spowodować stłuczki, bo nie prowadzę auta. Nawet wiemy już, jakie drony kupimy, choć przetarg jeszcze nie został ogłoszony. Ogłoszona została za to nagonka na wiceministra obrony gen. Waldemara Skrzypczaka, który wysłał list do gen. Shmaya Avieli, dyrektora generalnego w resorcie obrony Izraela, w którym pisze, jakie drony której firmy MON chciałby kupić.

Nic dziwnego, że w obronie ministra stanęli internauci: „Ciekawe, czy któryś z krytyków widział, jak gen. Skrzypczak prowadzi ćwiczenia takiej dywizji pancernej? (…) Facet nie tylko porucznków, ale szeregowców znał z imienia. On do nich nie wołał po stopniach, tylko po imionach!!! Zobaczyłem wtedy, co znaczy oddany dowódca”. Nic dziwnego, że tak oddany dowódca chce dla swoich żołnierzy wszystkiego, co najlepsze. A wiadomo, jak to jest z tymi przetargami. O wynikach decyduje najniższa cena. Zamiast najlepszych dronów, dostaniemy najtańsze. Trudno się z takimi tanimi dronami zaprzyjaźnić i wołać je po imieniu (np. „Do nogi, Azor!”). Nie sposób być im oddanym.

Dlatego rozumiem agenta Tomka, który spowodował stłuczkę na rondzie Zesłańców Syberyjskich, a potem tłumaczył: „Zapatrzyłem się, zamyśliłem, zagapiłem. Bo dzisiejsze wydarzenia polityczne, o tak ogromnej skali korupcji w naszym kraju, spowodowały, że bardzo o tym myślałem. O stanie naszego państwa. I ten obraz był tak przerażający, że dojeżdżając do świateł uderzyłem w tył samochodu”. Stan naszego państwa może prowadzić do wielu niebezpiecznych wypadków, a ten z udziałem posła Kaczmarka i jego porsche cayenne nie jest wcale najgorszy.

Zresztą nie tylko naszego, ale też na przykład Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Jak przyznał niedawno senator Lindsey Graham, amerykańskie drony zabiły już prawie pięć tysięcy osób (nie licząc ofiar w Iraku i Afganistanie) w państwach, z którymi USA nie są w stanie wojny. A może są? Senator mówił, że to jest wojna, więc choć nienawidzi, gdy giną niewinni ludzie, to jednak przy okazji udało się zabić paru ważnych członków Al-Kaidy. Czy to aby nie ta sama organizacja, której lider Osama współpracował z CIA przy szkoleniu i dostarczaniu broni mudżahedinom? Cóż, wspólna praca często sprawia, że ludzie przestają się lubić.

Nasz minister obrony też zresztą pojechał w 1986 do Afganistanu, żeby przyłączyć się do mudżahedinów. Chyba go nie przyjęli, więc może z tej goryczy zapisał się do PiS. Choć z kariery mudżahedina nic nie wyszło (wyobraźmy sobie naszego ministra jako ważnego członka Al-Kaidy, jak siedzi w jakiejś jaskini, a przed wejściem ma tablicę z napisem „strefa zdeamerykanizowana”), to przynajmniej może sobie kupić drony. Rację ma zespół Boys, gdy śpiewa: „Hej, hej, hej, to nie USA”, trudno jednak nie odnieść wrażenia, że chcielibyśmy ciągle być tym 51 stanem.  

Naśladowanie USA przeważnie wychodzi nam kiepsko, ale pod przynajmniej jednym względem udaje się nam Stany gonić: liczby osób osadzonych w zakładach karnych. USA ze 701 uwięzionymi na 100 000 mieszkańców są oczywiście pierwsze, a my z 222 dopiero na pozycji 63, ale zawsze możemy się cieszyć, że ponad dwukrotnie wyprzedzamy Kambodżę czy Zimbabwe. Może po prostu stać nas na więcej zakładów karnych i na to, żeby siedzieli w nich pijani rowerzyści i palacze marihuany. Co prawda miesięcznie utrzymanie więźnia kosztuje nas 2,5 tysiąca złotych. Ale przecież nie można ich tak po prostu zwolnić i dać im te pieniądze, żeby się sami za nie utrzymywali i nie grzeszyli więcej, bo wtedy wszyscy zaczęliby jeździć po pijaku na rowerze i nikt by już nie pracował. Co w sumie może nie byłoby takie złe, jak się nad tym zastanowić. Za dużo pracujemy, za mało jeździmy po pijaku na rowerze.

Jakież zatem było moje zdziwienie, że gdy na jedynce GW ukazał się artykuł obwieszczający: „Ponad 10 tys. osób powinno opuścić w sobotę więzienia”. Mieli wyjść właśnie pijani rowerzyści i drobni złodziejaszkowie, gdyż podwyższono kwotę, do której kradzież nie jest przestępstwem, tylko wykroczeniem. Teraz można już kraść towar wart do 400 złotych i nie zostać przestępcą. No, chyba że trafimy na wrednego biegłego, które zna inny cennik niż my. Miało wyjść 10 tysięcy, wyszło 1464 osób. Nieduża to strata dla polskiego systemu więziennictwa – ponoć na odbycie wyroków czeka kolejne 30 tysięcy osób. Czeka aktywnie, nie zgłaszając się do zakładów karnych.

A już się bałem, że pójdziemy w ślad Szwecji, która gnębiona kryzysem zamyka więzienia. Nas jednak kryzys się nie ima, więc raczej większe szanse mają propozycje, żeby rynek więzienny zderegulować. Wtedy naprawdę bylibyśmy jak Stany, gdzie „w trosce o portfele przedsiębiorców amerykańscy politycy podpisują z nimi umowy gwarantujące wypełnienie więzień na ustalonym poziomie albo płacenie za puste miejsca”. Puste miejsca są najgorsze. Z pustego nawet Salomon nie naleje. No, chyba że będzie miał drony.

Bio

Jaś Kapela

| Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista, aktywista. Autor trzech książek z wierszami („Reklama”, „Życie na gorąco”, „Modlitwy dla opornych”), powieści („Stosunek seksualny nie istnieje”, „Janusz Hrystus”, „Dobry troll”) i zbioru felietonów „Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu”. W 2018 roku ukazała się jego najnowsza książka, „Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać”. Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun Serii Literackiej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.