Łukasz Łachecki: Co czyni przewrót majowy tak ważnym wydarzeniem w historii II RP, że poświęciłeś kilka lat na pracę nad książką na ten temat?
Łukasz Hassliebe: To początkowo rzeczywiście miała być książka o zamachu jako o wydarzeniu nieco wypartym z powszechnej świadomości. Jednak podczas pracy zrozumiałem, że trzeba napisać o całej II RP w okresie przedmajowym, o powstaniu i upadku pierwszej polskiej demokracji. To okres mocno zmitologizowany, od postaci Piłsudskiego i Dmowskiego po nieistniejące w świadomości społecznej pełzające nastroje rewolucyjne w 1918 roku.
Jako publicysta komentujący przede wszystkim bieżącą politykę znajdujesz w tym okresie jakiś klucz do współczesności?
Cały ten okres, a zwłaszcza postać Piłsudskiego, został zawłaszczony przez dwie narracje. Tyle że jest to spór, który toczy się właściwie tylko na prawicy. Ta z kolei dzieli się na endecką i propiłsudczykowską. PiS jest w pewnym sensie – i dużym uproszczeniu – taką neosanacją, tzn. partią, która wierzy w radykalną zmianę społeczną, przełamującą imposybilizm z definicji ułomnej demokracji. Z kolei duża część sceny politycznej, okolic Konfederacji, wprost odwołuje się do tradycji neoendeckich.
Jakie były społeczne okoliczności, w których doszło do przewrotu majowego? Czy trafił na podatny grunt, bo społeczeństwo znajdowało się w kryzysie, który mógłby w jakiś sposób ten moment usprawiedliwiać?
To dosyć zabawne, ponieważ tuż przed przewrotem pojawiły się pierwsze sygnały poprawy koniunktury ekonomicznej. Co zresztą zostało później sprytnie wykorzystane przez sanacyjną propagandę, jak to Marszałek swym czynem uratował kraj przed zgubą – na krótko, rzecz jasna. Przodował w tym m.in. Stefan Starzyński, późniejszy prezydent Warszawy.
Za późno, by powstrzymać zamach?
Mam wrażenie, że polscy czytelnicy nie do końca zdają sobie sprawę, jaką hekatombą gospodarczą dla Polski była I wojna światowa, ponieważ druga była jeszcze straszniejsza. Polska gospodarka zaczęła odbudowywać się do stanu z 1913 roku właściwie dopiero w okolicach zamachu. Wtedy pierwsze wskaźniki ekonomiczne dotyczące wielkości produkcji i zatrudnienia zaczęły osiągać podobny poziom. Przez niemal cały okres przedmajowy II RP była krajem, w którym żyło się gorzej niż pod zaborami.
Nazywam to okresem budowy kapitalizmu bez kapitału. Rodzimi kapitaliści nie chcieli budować fabryk, bo bali się rewolucji i nie mieli środków na inwestowanie. Zagraniczni inwestorzy też obawiali się rewolucji, wojny, a później także niestabilności gospodarczej Polski, która generowała zbyt duże ryzyko. Gdy już decydowali się inwestować, żądali niebotycznych zabezpieczeń, wiedząc, jak bardzo zdesperowana Polska potrzebuje kapitału.
A czego jeszcze brakowało raczkującemu kapitalizmowi II RP?
Rynków zbytu. Około 70 proc. społeczeństwa stanowili chłopi, którzy byli w dużej mierze samowystarczalni. Potrzebowali trochę pieniędzy na podatki, naftę, sól – i to właściwie wszystko. Jeśli zaś mieli dochody ze sprzedaży produktów rolnych, gromadzili je z myślą o zakupie ziemi w ramach wiecznie odkładanej reformy rolnej. Sprzedaż na eksport także była utrudniona, ponieważ był to okres wysokich barier celnych. Do momentu wybuchu wojny naszymi głównymi odbiorcami były kraje zaborcze, które później stały się naszymi wrogami.
Jak duża była rola państwa, skoro nie było rynku?
Ogromna, ponieważ państwo miało nie tylko odbudowywać kraj po wojnie, finansować armię, skupować zagraniczne waluty wobec niestabilnej marki polskiej, jak też kredytować przedsiębiorców, ale również płacić różnego rodzaju zapomogi, organizować roboty publiczne. To był megaetatyzm, więc trzeba było drukować pieniądze, co w 1923 roku doprowadziło do hiperinflacji.
Rządzący wówczas Witos chciał etatyzm ukrócić i zwalniać pracowników. Doszło do ogromnej fali strajków, a jesienią 1923 roku do zamieszek, w których zginęło blisko 40 osób, głównie w Krakowie. Witos z miejsca stał się „krwawym Witosem”. Gdy został premierem po raz trzeci, tuż przed zamachem, robotnicy go po prostu nienawidzili. Dodatkowo minister jego rządu, Zdziechowski, chciał już w poprzednim gabinecie zwalniać kolejarzy, którzy stanowili blisko 25 proc. pracowników na etatach państwowych.
Jednak sama nienawiść robotników do Witosa, zachęcającego zresztą Piłsudskiego do stworzenia własnego rządu, nie była chyba jedynym paliwem dla przewrotu?
Część badaczy przekonuje, że winna była dążąca do zwarcia z robotnikami endecja. Ale abstrahując na chwilę od sytuacji ekonomicznej i politycznej, bardzo istotne jest to, że społeczeństwo było wówczas ogromnie przemocowe. W książce poświęcam cały rozdział przemocy, bo to nie było tylko zabójstwo Narutowicza. Strajki i protesty często prowadziły do ofiar wśród robotników. Gdy wojsko w ramach tzw. asystencji sobie nie radziło, strzelało z ostrej amunicji. Ludzie rok w rok czytali o zamachach, pobiciach, zgonach.
Paweł Brykczyński pisał o tej „gotowości na przemoc”, ale okresowi jej pogłębiania po zabójstwie Narutowicza poświęca niewiele uwagi.
Na temat lat 20 jest trochę mniej dokumentów niż tych obejmujących lata 30, wobec czego gdy czytasz o dwudziestoleciu, to większość przykładów pochodzi zwykle z okresu po maju. A gdy czytasz – jest coraz więcej monografii – o okresie przedmajowym, to włos ci jeży na głowie. Bo nie chodzi tylko o przemoc uliczną, ale też polityczną. W sejmie posłowie potrafili bić się między sobą na pięści albo z rewolwerami, bo część to byli żołnierze. Mieliśmy wówczas apogeum pojedynków honorowych, gdzie politycy po prostu do siebie strzelali. To, co się dzieje dziś w polskim Sejmie, to jest przy tym Wersal.
A mniejszości narodowe? Ich sprawa, wraz z kwestią granic, była ciągle żywa.
Część przedstawicieli mniejszości była po prostu wroga Polsce. Niemcy przez lata byli obywatelami Cesarstwa, a tu nagle znaleźli się na polskich terenach. Ukraińcy mieli dwa państwa – Zachodnioukraińską i Ukraińską Republikę Ludową – i to jeszcze zanim my mieliśmy swoje. Zwłaszcza nacjonaliści nie mogli się pogodzić z ogromną przegraną w tym historycznym kole fortuny. Jednocześnie Ukraina również była terenem ogromnej wręcz przemocy, w latach 1917-1920 zamordowano tam 100 tys. Żydów. Na wschodzie II RP trwała prawdziwa wojna hybrydowa. Ukraińcy i Białorusini przy pomocy bolszewików wpadali jak zielone ludziki, rabowali, zabijali, napadali na pociągi…
Te przemocowe zachowania przenikały do polityki. W kontekście wydarzeń wewnętrznych i zewnętrznych ujawnia się jeszcze jedna teza, chyba kluczowa, którą chciałem zawrzeć w książce: że zamach i pucz były wówczas normalnym rozwiązaniem.
Inaczej niż dziś.
Tak. Dla niektórych czytelników może być szokiem, ale wedle niektórych źródeł o zamachu mówili też Władysław Sikorski czy kochany przez prawicę Tadeusz Rozwadowski, który potem walczył w zamachu majowym. Piłsudski raz po raz indagowany był, kiedy wreszcie przeprowadzi zamach. Zresztą cała prawica o nim myślała. To było „ekstraordynaryjne”, ale leżące na stole rozwiązanie. Dlatego po zamachu wszystko szybko wróciło do normalności – w pewnym sensie przejmowanie władzy w ten sposób było wówczas zagnieżdżone w europejskim uniwersum politycznym. Rataj wspomina, że owa zamachowa atmosfera była wręcz nie do zniesienia.
To porozmawiajmy o samym wydarzeniu ekstraordynaryjnym. Mówiłeś, że pamięć o zamachu jest mocno zmitologizowana.
Owszem, na czele z postacią samego Piłsudskiego. Po pierwsze przekonanie o tym, że Piłsudski był ojcem polskiej niepodległości, jest mitem. On 16 miesięcy był w dość wygodnym więzieniu w myśliwskim pałacyku, kompletnie odcięty od informacji w kraju. A gdy przyjechał 11 listopada, wolność leżała na ulicy. Gdyby umarł w więzieniu, to Polska i tak byłaby niepodległa. Ale w pewnym sensie był i ojcem polskiej demokracji, i jej grabarzem.
To czym polegało jego „ojcostwo”?
W 1918 roku groziła nam wojna domowa. Wszyscy wielcy politycy tego okresu już się na siebie nasadzali, a Piłsudski był jedyną postacią, która spajała naród – właśnie dlatego, że był z dala od kraju. Celowo przez trzy lata przebywał w Sulejówku, a gdy wrócił, wszyscy wierzyli, że dziadek nas uratuje – czyli zrobi to samo, co wcześniej.
Warto pamiętać, że w 1918 roku Piłsudski przeszedł „test pierścienia”, jak u Tolkiena: został dyktatorem i jako dyktator dobrowolnie oddał władzę Sejmowi, zdominowanemu przez wrogą mu prawicę. Między innymi dlatego był przekonany, że w 1926 roku, nie chcąc robić zamachu, ale jedynie ograniczyć polską demokrację, też ów test przejdzie. Ale to była już inna Polska i inny Piłsudski.
Oderwany od rzeczywistości ojciec odesłany do Sulejówka postanawia przykręcić śrubę demokracji. Co mogło pójść nie tak?
Piłsudski coraz bardziej zniechęcał się do demokracji. Wbrew mitom jeszcze przed majem nie wyzywał Sejmu publicznie, ale w prywatnych relacjach ciągle porównywał go do smrodu. O ile zniechęcenie się do demokracji przez zwykłego obywatela następuje ze względu na sytuację ogólną, to Piłsudski się zniechęcił, bo po prostu przegrywał wybory. Miał swoich kandydatów w kilku ugrupowaniach, ale popierane przez niego dwie kresowe partie, pełne głośnych nazwisk, dostały około 1 proc. i nie weszły do Sejmu. Do tego zdradził go Witos, przechodząc na stronę endecji.
Wściekłość Piłsudskiego na demokrację sprawiła, że postanowił zbudować państwo w państwie – czyli armię, która byłaby poza kontrolą polityczną. W ten sposób mógłby potem oddziaływać na Sejm.
Kiedy pojawiła się ta chęć? Po wyborach, po zabójstwie Narutowicza?
Kolejnym mitem jest to, że Piłsudski po śmierci Narutowicza zmienił się nie do poznania i pod wpływem szoku postanowił przystąpić do walki z prawicą przez podporządkowanie sobie armii. Tymczasem wtedy jeszcze był przekonany, że generał niepodlegający żadnej demokratycznej kontroli to błąd, a przez pół roku po zabójstwie Narutowicza pracował jako szef sztabu z premierem Sikorskim. Był gotowy, by prezydent go kontrolował, to się zmieniło z czasem. Później nastąpiła walka o wojsko, bo to ono było dla Piłsudskiego najważniejsze, nie demokracja. Chodził w tym swoim błękitno-szarym mundurze, bo rzeczywiście był bardziej wojskowym, niż politykiem.
Słynne hasło „bić kurwy i złodziei, mości hrabio”, wypowiedziane do późniejszego premiera Skrzyńskiego tuż przed zamachem majowym, prawica może uznawać za świetny bon mot, ale ono raczej pokazuje pustkę intelektualną po stronie Piłsudskiego.
A co z socjalizmem? Wysiadł czy nie wysiadł? Może jedną nogą został w tramwaju…
Piłsudski nigdy nie był socjalistą. Używał socjalizmu jako platformy do niepodległości. Sam pisał, że Marks go nudzi, wiele takich osób było w PPS – zwłaszcza, o ironio, w PPS Frakcji Rewolucyjnej. Dla nich marksizm był może nie tyle za trudny, ile nie objaśniał świata. Piłsudski i jego najbliżsi z PPS to byli tacy trochę pogrobowcy powstania styczniowego, co sprawiało, że nie miał on żadnej koncepcji państwa, poza tym, że musi być niepodległe i z silną armią. Co nie zmienia faktu, że z całą pewnością nie chciał zrobić zbrojnego zamachu.
To co się stało, że się… nie udało? Co chciał przeprowadzić?
Zbrojną demonstrację: wejść na czele wojska, usiąść w sztabie generalnym w Pałacu Saskim, odwołać rząd i pokazać bardzo chybotliwej większości sejmowej, że to on jest tutaj głównym rozgrywającym. Patrząc przez pryzmat analogii historycznych, był to trochę taki marsz na Rzym, który wymknął się spod kontroli.
A nie było obaw, że Narodowa Demokracja zrobi własny marsz na Rzym? Piłsudski politycznie przegrywał wszystko, ale endecy byli silni, mieli poparcie w społeczeństwie.
Przytoczę najsłynniejszy cytat Dmowskiego na ten temat: „Gdybyśmy mieli człowieka posiadającego wartość Mussoliniego, gdybyśmy umieli wytworzyć choć połowę organizacji w rodzaju faszystowskiej, która nie byłaby w najmniejszej mierze ani towarzystwem wzajemnej adoracji, ani mafią, chętnie bym się zgodził na dyktaturę w Polsce”. Mówił to pół roku przed zamachem majowym.
Prawica śniła zatem mokry sen o tym, że w razie czego może wziąć władzę, tyle że nie miała do tego ludzi ani poparcia w armii. Jeszcze w okresie przedmajowym mieliśmy mnóstwo organizacji faszystowskich, ale to była farsa, więcej gadali niż robili. To różnica mindsetu i umiejętności. Podczas gdy włoscy faszyści wywodzili się po części z elitarnych jednostek, Polacy od operetkowego Pękosławskiego rzucali szyszkami w drzewa w lesie. Na dodatek duża część prawicowej wierchuszki była jednak demokratyczna.
Demokratyczna, a jednak na dyktaturę „chętnie by się zgodziła”.
Tyle że Dmowski właściwie był na uboczu, siedział w Chludowie i odciął się od polityki. Jak wspomina w swoich znakomitych Dziennikach endek Zdanowski, Dmowski wierzył w wielką rewolucją socjalistyczną, która pogrąży Europę. Jak widać, spisek lewactwa wiecznie żywy. Rządził Stanisław Grabski, rządził Stanisław Głąbiński, chadek Korfanty robił kolejne biznesy. Dominowali politycy endecji galicyjskiej, a oni też byli wychowani w duchu Austro-Węgier i pod tym względem dosyć podobni do PPSD, czyli takiego PPS z Galicji.
Jak na ironię, to właśnie zamach majowy był katalizatorem polskiego faszyzmu. Prawica zrozumiała wówczas, że rządzi jednak pałka i karabin, a nie większość sejmowa. Po stronie endeckiej nastąpiła ogromna zmiana. Powstał polski faszyzm, już zdecydowanie bardziej przemocowy, którego konsekwencją był ONR w latach 30. Natomiast przed tymi zmianami do przeprowadzenia zamachu trzeba było ludzi, którzy myśleli raczej browningiem, niż ustawami. A takich ludzi miała wówczas lewica.
Jak definiowana? Chodzi o partie, PPS, komunistów, czy bardziej robotników?
PPS. Wielu może to zdziwić, ale PPS była bardziej przemocowa od komunistów przedwojennych, którzy mieli bardziej polityczne polecenia z Moskwy, na przykład aktów sabotażu. Nie byli jednak tak silni. PPS była zresztą partią legalną, zaś komunistów ciągle ścigała i rozbijała policja. Byli jeszcze lewicowi ludowcy z PSL Wyzwolenie – momentami nawet bardziej propiłsudczykowscy, niż PPS, ale w zamachu nie odegrali większej roli, poza kilkoma swymi posłami – pułkownikami marszałka, który umieścił ich na listach partyjnych.
Jakie są główne argumenty za tym, że zamach był raczej nieplanowaną, improwizowaną i chaotyczną operacją specjalną, niż drobiazgowym planem Piłsudskiego?
Najlepiej o tym świadczy sam przebieg zamachu, na który część żołnierzy przyszła bez hełmów, bo była ściągana na gwałt. Orkiestra, część z orderami, szła do bitwy. Był moment, że nie mieli nawet map sztabowych. Wszystko odbywało się w ogromnym pośpiechu, bez odpowiedniej komunikacji, szerszego planu. Wojska ściągano po nocy, wysyłając po nie taksówki z posłańcami. Spiskowcy nawet na czas demonstracji zapomnieli zabezpieczyć kluczową cytadelę czy obsadzić dworce. Wbrew mitom w Rembertowie był tylko jeden oddział ułanów – nota bene na co dzień jego żołnierze chronili Sulejówek.
Dowodów jest o wiele więcej. Piłsudski po spotkaniu z Wojciechowskim na moście Poniatowskiego był załamany. Tych załamań miał zresztą wiele. Wbrew legendzie to nie był człowiek, który zawsze nad sobą panował, w chwilach grozy dochodziło do kryzysów.
Jak wyglądało poparcie dla poszczególnych stronnictw politycznych w chwili przewrotu? Wiadomo, że endecja i sympatycy Piasta byli przeciwko. Czy PPS poparł zamach od razu?
To kolejny mit. Owszem, masy i robotnicy poparli przewrót, i to w całej Polsce. Natomiast sama wierchuszka PPS nie do końca. Oni już wiedzieli, że Piłsudski od dawna nie jest ich człowiekiem. Na XIX kongresie PPS Feliks Perl powiedział: „Nie chcemy robić z Piłsudskiego lewicowego Mussoliniego”. O poparciu zadecydował prawdopodobnie Daszyński. Ale jeżeli cała twoja polityczna baza, czyli robotnicy i związki zawodowe, chwytają za broń i uważają, że to jest rewolucja, to nie możesz stać z boku. Wierchuszka PPS nie miała wyboru.
Po takich kluczowych wydarzeniach, zwłaszcza z perspektywy 100 lat, powstają alternatywne wersje historii. Zamach oczywiście mógł przebiec inaczej – co uważają na ten temat historycy, jakie są alternatywne wyjścia z maja 1926?
Wojciechowski z Witosem mogli po prostu uciec samolotem do Poznania. Aż do 14 maja, zanim zaczęto strzelać do lądujących samolotów, lotnisko mokotowskie były w rękach rządu. Gdyby odlecieli, co było i jest standardem ewakuacyjnym, prawdopodobnie wybuchłaby wojna domowa. W Poznaniu przejawiały się silne tendencje separatystyczne i to wojska poznańskie, nie łowickie – jako łowiczanin mówię to z bólem serca – najlepiej się biły po stronie rządowej. Bardzo trudno byłoby przekonać poznaniaków do jakiejkolwiek ugodowości.
Z kolei druga strona, czyli właściwie wszystkie tereny za Wisłą, poparłaby Piłsudskiego. Kraj stanąłby w ogniu. Rosjanie i Niemcy mogliby wejść pod pozorem zabezpieczenia praw swoich mniejszości. Mam wrażenie, że oceniając kapitulację strony rządowej nie zawsze się na to patrzy. W tym sensie to Piłsudski, chcąc ratować kraj, postawił go na skraju katastrofy.
Jest jeszcze scenariusz, w którym Piłsudski przegrywa ze stroną rządową.
Wbrew mitom to nie strajki spowodowały, że wygrał – bo strajk ogólnopolski trzeba zawczasu przygotować – tylko lokalne oddziały wojskowe, które przejęły węzeł kolejowy Łódź i Częstochowa i przy pomocy kolejarzy wysadzały i rozkręcały tory. Ale dosłownie kilku godzin brakowało, aby drugi transport poznański przebił się z Ożarowa na lotnisko mokotowskie. Generał Żymierski, zamiast kierować kolejne oddziały do walki, czekał na wszystkie na raz i się spóźnił. Pojawiają się sugestie, że mógł celowo sabotować pomoc, bo miał już na głowię aferę dotyczącą zakupu masek przeciwgazowych, która złamała mu później karierę i doprowadziła do przejścia na stronę komunistów.
Czy Wojciechowski i Witos mieli świadomość, że właśnie od ich decyzji zależy, czy staniemy na progu wojny domowej, i dlatego zrezygnowali z ewakuacji?
Nie chcieli uciekać, ponieważ widzieli, że to wpłynie na morale, honor odgrywał wówczas istotną rolę. Poza tym cała warszawska ulica – nie tyle miasto, nie wszyscy wyborcy, ale właśnie ulica – była za Piłsudskim. Co ciekawe, gdy Wojciechowski podpisał rezygnację, a Rataj po raz drugi został tymczasowym prezydentem, do Wilanowa dotarli wreszcie oficerowie od drugiego i trzeciego transportu poznańskiego. Te wojska mogły zdobywać Warszawę. Ale Rataj powiedział „nie”. Mam wrażenie, że w nim też zaszła zmiana. Widział, że ta demokracja, w której sam był marszałkiem Sejmu, nie jest w stanie dowieźć tego, co obiecuje. Uznał więc, Piłsudski powinien mieć szansę rządzenia.
Skoro zamach był rozwiązaniem leżącym na stole, to czy bilans przewrotu, ponad 370 ofiar śmiertelnych, jest wyjątkowo krwawy? Choćby na tle podobnych wydarzeń.
Jeśli masz na myśli krwawość rozpatrywaną pod kątem ofiar wśród żołnierzy, to raczej nie. Gdy patrzysz na straty poszczególnych kompanii wojskowych, to ofiary pojawiały się najczęściej wtedy, kiedy dochodziło do jakiejś idiotycznej szarży. Były za to spore straty po stronie cywilów, najczęściej z powodu gapiostwa i przede wszystkim kluczowej roli strzelców chowających się po oknach i dachach, oraz odpowiedzi na ich strzały. To byli tzw. gołębiarze. Gdy czytasz o cywilach w zamachu, masz wrażenie powtarzalności pewnych scen z powstania warszawskiego. Co chyba najciekawsze, to liczba tych ofiar zupełnie nie wstrząsnęła polską pamięcią historyczną.
To znaczy?
Powstanie warszawskie było oczywiście hekatombą. Idziesz po Warszawie i wszędzie masz różne ślady, pomniki. Czy w kluczowych dla zamachu majowego miejscach widziałeś choćby jakąś tablicę? Na placu Trzech Krzyży, gdzie pokotem padło wielu szwoleżerów? Pod Globusem Orbisu między Vitkacem a Bracką, gdzie odbyła się ułańska szarża? Tam, gdzie jest pomnik zwolennika zamachu, Ignacego Daszyńskiego, stał gigantyczny gmach ministerstwa spraw wojskowych, granatami zdobywano pokój po pokoju. I co? Zero informacji.
Zamach majowy jest niewygodny dla wszystkich stron politycznych: nie pasuje endecji, bo przegrała, nie pasuje prawicy piłsudczykowskiej, ponieważ był to jednak zamach stanu i to piłsudczycy strzelali. Nie pasuje lewicy, która potem została oszukana przez Piłsudskiego. Pasuje tylko ludowcom, żeby budować heroiczność Witosa, który w rzeczywistości podczas walk był bierny, zrezygnowany i całkowicie zawierzył rzekomemu geniuszowi Rozwadowskiego.
Jakbyś podsumował to, jak jest pamiętany zamach, w stulecie jego przeprowadzenia?
Mam wrażenie, że dla polskiej opinii publicznej zamach majowy może i był złem, bo zamach na legalnie i demokratycznie wybrane władze zawsze nim jest, ale demokracja w ogóle wtedy nie działała, więc już nie przesadzajmy… Dlatego wszyscy chodzą i składają pod pomnikiem Piłsudskiemu kwiaty, chociaż facet był jednak dyktatorem i stworzył obóz koncentracyjny w Berezie. Za jego czasów torturowano w Brześciu posła Liebermana, który był przeciw zamachowi majowemu, Piłsudczycy odpowiadają też za zgładzenie gen. Zagórskiego. To wszystko zostało niemal całkowicie wyparte z powszechnej pamięci.
O Piłsudskim mało mówi się w sposób przynajmniej trochę zobiektywizowany. A był to z jednej strony człowiek nieprzeciętnych talentów wojskowych i politycznych, który wygrał, bo wzniósł się ponad stricte lewicowe myślenie partii rewolucyjnej, z drugiej – człowiek małostkowy, z obsesją na punkcie własnej wielkości, często po żołniersku wręcz prymitywny, zrzucający winę na innych megaloman, który wierzył, że rozmawia z duchami, a nad jego kołyską pochylił się duch Napoleona. Tak czy inaczej, antypiłsudczykowska prawica nie miała postaci tego formatu. Dmowski to bardziej intelektualista-dyplomata, a generałowie z armii austriackiej nie mieli nawet krzty charyzmy Dziadka.
Pamiętasz Mariana Kowalskiego, kandydata na prezydenta z postendeckiego Ruchu Narodowego? W jego domu reprodukcja portretu Piłsudskiego zajmuje honorowe miejsce. Trudno o lepszy przykład tego, jak zlały się te dwie tradycje, endecka i piłsudczykowska, w kontrze do PRL-u i komunizmu, i jak spór o zamach jest już tylko sporem w prawicowej rodzinie, chociaż przeprowadził go Piłsudski przy pomocy osób o lewicowo-legionowej proweniencji politycznej. W pewnym sensie prawica kształtuje więc pamięć nieswojego dziecka.
**
Galopujący Major (Łukasz Hassliebe) – bloger, publicysta m.in. Krytyki Politycznej, współautor podcastu Sabat Symetrystów w Tok FM, autor książek Pancerna brzoza – słownik prawicowej polszczyzny oraz powieści Przedwojnie. W przygotowaniu jest jego książka o powstaniu i upadku polskiej demokracji w latach 1918-1926.



![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)

Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.