Russell Hoban, Riddley Walker, przeł. Piotr Siemion, Art Rage 2026

W sam muj DzieńImienia, jakem skończył ja rokuf 12, ruszyłem ja z dzidom wrenku na szpicy po chodu i ubiłem dzika, coto chyba był ostatni dzik na Krajnych Wzgużach, takczy siak dzikuf ode dawna w ogóle aniwidu, tensie dopiero pszy trafił, a wiencej ich tesz jusz nie ma cosie spodziewać.
I tak będzie cały czas?! Tak! Z jednym małym wyjątkiem. Tłumacz radzi, żeby pierwsze parę stron przeczytać sobie na głos, ale ja tego nie zrobiłam. I naprawdę bardzo szybko ten język – to prawda, czasem się potkniemy, ale częściej zachwycą nas słowne koncepty – przestaje być barierą, staje się atrakcją. I niejedyną – wtedy byłoby to na dłuższą metę pewno nieznośne. Gdyby przerobić ten tekst na zwykły, choćby anachroniczny język, taki jak bywa stosowany w powieściach historycznych, to nadal byłaby to intrygująca i wspaniała opowieść. I byłoby to usprawiedliwione poziomem opisywanej cywilizacji na wczesnym, dla nas poprzednim, poziomie rozwoju.
Jest jednak wręcz przeciwnie – to język przyszłości. Jest rok Nr. 2347, N.R. znaczy Naszej Rachuby. Nie wiemy, czy odliczanie zaczęło się od razu po katastrofie, która zniszczyła naszą cywilizację i prawie wszystko na Ziemi. W każdym razie od Złych Czasów i wielkiej Psze Miany minęło ponad dwa tysiące lat. Ludzkość zaczynała od prawie od zera, dysponując językiem, który w dużej mierze do niczego nie pasował, został zgruchotany tak, jak wszystko wokół, chociaż zachował trochę dawnych terminów, które zmieniły lub straciły znaczenie, ale tkwią w nim jak jakieś skamieliny. Sejfowanie jako zapamiętywanie, pogromowanie jako planowanie. Poza tym – stąd może czytanie na głos jest przydatną radą – to w dużej mierze język kultury oralnej, chociaż pismo już istnieje i swoją opowieść Riddley spisuje.
Powieść Russella Hobana z 1980 roku chyba słusznie, ze względu na jej język i kontekst kulturowy, należałoby uznać za nieprzetłumaczalną, tym większy zatem podziw należy się Piotrowi Siemionowi, który podjął się tego zadnia, a jego dokonanie należałoby chyba nazwać spolszczeniem, a nie tłumaczeniem. We wstępie i posłowiu zdradza nam trochę sekretów swojego warsztatu, ale prawdziwy sekret tkwi w jego wyobraźni, dzięki której dostajemy takie określenia jak WPan Cfany. Jest on symbolem władzy sprzed katastrofy i jest też „szytanem”. To powinno wejść do mowy codziennej!
To WPan Cfany sprawił, korzystając z wiedzy Biktechuf, że Jaśniejący Ludzik o imieniu Adom został rozerwany i nastąpiło wielgie BUM, atomowa apokalipsa. Teraz ludzkość znajduje się we wczesnej epoce żelaza, powoli przechodzi od zbieractwa i łowiectwa do osiadłego rolnictwa. Działa też coś w rodzaju lokalnej władzy centralnej, a wszystko to dzieje się na terenie dawnego hrabstwa Kent, teraz Mała Inglia. Jej kultura i mitologia łączy hagiograficzną legendę o św. Eustachym z próbą opowiedzenia o początkach tego świata i katastrofie założycielskiej; o utraconej potędze – statkach latających w powietrzu oraz pod wodą. I to dla mnie było najciekawsze w tej powieści: mity organizujące kulturę. Ich związki z przeszłością i próby usensownienia teraźniejszości. To, jak obracają się wokół poczucia winy i starają się poradzić sobie z ludzką odpowiedzialnością za to, co się stało.
Z dawnych czasów pozostały tajemnicze świadectwa dawnej potęgi: maszyny wykopywane z ziemi, resztki ruin gotyckiej katedry w Canterbury. Ludzie ze szczątków dawnej wiedzy, trochę jak alchemicy, starają się odtworzyć przepis na produkcję prochu, czyli małe BUM. Riddley zostaje zamieszany w te poszukiwania i walki wokół nich. Mogę wam zdradzić przepis: serce drzewa, żółte kamyki, Sul Łotra uzyskana ze świńskiego nawozu i do tego Numery, czyli proporcje, w jakich składniki muszą zostać połączone.
Riddley ma w tym wszystkim znaczący udział, ale zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa związanego z takim odkryciem. I że czasem mniej mocy to więcej mocy.
Najważniejszą instytucją kultury symbolicznej są Pokazy – przedstawienia kukiełkowe, wzorowane na tradycyjnych angielskich przedstawieniach kukiełkowych z Punchem – złośliwym, brutalnym, garbatym – i jego żoną Judy. Pokazy opowiadają o żywocie Jusego (przetworzony św. Eustachy). Mają one to charakter quasi-religijny i magiczny, a przy okazji przekazują też wiadomości z centrum władzy. Riddley odnajduje starożytną pacynkę, prawdziwego Puncha. Towarzyszy mu ona w drodze, a ostatecznie to jej podporządkuje swoje życie – będzie podróżował z własnymi pokazami służącymi po prostu rozrywce. W świecie Riddley’a Judy jest świnią, ich dziecko prosiaczkiem, którego Punch chce zjeść, jest to brutalne i prostackie, ale nie wymaga nabożnego skupienia i wciąga widzów w interakcję.
Siemion podkreśla, że czasy powieściowe to epoka prawie jaskiniowa. I że jest to dystans czasowy, który może być dla nas trudny do pokonania. Ja chyba jestem bardziej kulturową relatywistką. Wybór Riddley’a, żeby zamiast robić BUM, obok kultury mitologicznej tworzyć świecką, jest dla mnie współczesny i zrozumiały. Jest przeciwieństwem dzisiejszych WPanów Cfanych, którzy robią różne BUM, a potem pokazują się z krzyżami namalowanymi na czołach.
Ian McEwan, Co możemy wiedzieć, przeł. Andrzej Szulc, Albatros 2026

Dwunastego maja 2119 roku wypłynąłem nocnym promem z Port Marbolborough i następnego dnia po południu zszedłem na położony niedaleko Maentworg-under-Sea mały pirs, obsługujący Bibliotekę Bodlejańską w Snowdonii.
I tym razem też jest już po atomowej oraz klimatycznej katastrofie. Wszytko zaczęło się od agresji Rosji wobec Ukrainy i różnych lokalnych konfliktów, w których wykorzystywano broń jądrową. Indie i Pakistan, Iran – okazało się, że już ją ma. W końcu Rosjanie chcieli zaatakować Stany Zjednoczone, ale bomba wpadła im do Atlantyku, powodując ogromne tsunami. Do tego doszły zawirowania klimatyczne, w efekcie których poziom wody się podniósł, zniknęło kilka ważnych metropolii, a Wyspy Brytyjskie zamieniły się w archipelag, gdzie między wyspami podróżuje się łodziami i promami. Ludzi na świecie jest o połowę mniej.
Czyli jeden ważny temat – współczesnych lęków – załatwiony.
Profesor Metcalfe w słynnej Bibliotece Bodlejańskiej w Oxfordzie poszukuje materiałów do swojej pracy – zajmuje się latami 1990-2030, a konkretnie pewnym Wielkim Poetą i jego żoną Vivien, a jeszcze konkretniej wieńcem sonetów, który napisał dla niej w jednym egzemplarzu i ofiarował w dniu urodzin. (Wieniec sonetów to taka forma wersyfikacji, gdzie ostatni wers pierwszego staje się pierwszym drugiego i tak dalej, a ostatni sonet, piętnasty, składa się z pierwszych wersów poprzednich czternastu).
Oryginał zaginął, lecz kilka osób podczas urodzinowej kolacji wysłuchało jego recytacji i wiersz przeszedł do legendy – podobno był o miłości i przyrodzie. Genialny.
Czyli jest skarb i jego poszukiwanie – będzie trwało do ostatniej kartki książki. Materiałów nie brakuje, bo wszystko, co było w sieci (również maile, SMS-y, wpisy na Facebooku) ocalało, ocalały też dzienniki poety i jego żony oraz inne dokumenty. Może gdzieś znajdzie się jakaś wskazówka? Znajdzie się, czytelnik odkryje ją dość szybko, bohater później. I wyruszy na poszukiwanie skarbu.
Metcalfe kocha te dawne czasy, kiedy obok okrucieństwa i głupoty istniała żywa energia i cudowna różnorodność. Czyli nostalgia za dawnymi, znaczy naszymi, czasami.
Sto lat później jest bezpieczniej, ale nudniej. Chociaż chyba nie aż tak nudno. Światowym centrum jest Lagos, Stany rozpadły się i rządzą tam prywatne armie i gangsterzy, strach jechać. Wysepki Brytyjskie jednak trwają w marazmie, rządzone przez oligarchiczne pseudodemokratyczne władze. AI zostało znacjonalizowane i poddane kontroli. Humanistyka i poeci nikogo nie interesują, filolodzy i historycy wegetują gdzieś na marginesie akademii. Studenci to półanalfabeci, zbyt głupi, żeby dostać się na kierunki, gdzie uprawia się prawdziwą naukę.
Czyli niby ironia, ale też załamywanie rąk nad upadkiem Wielkiej Humanistyki.
Metcalfe wie prawie wszystko o małżeństwie poety, urodzinowej kolacji i wierszu. Ale okazuje się – kiedy cofniemy się do naszych czasów – że wszystko było inaczej.
Czyli prawda historyczna to tylko domysły. Historyczne i hermeneutyczne metody badania przeszłości są zawodne. Chociaż ostatecznie się sprawdziły, bo to z odnalezionych dokumentów jednak dowiadujemy się, co się wydarzyło naprawdę w 2014 roku w czasie słynnej kolacji urodzinowej oraz wcześniej. Będzie wszystko, co trzeba, żeby zainteresować czytelników: miłość, romanse, zdrady, rodzinne dramaty, psychologia i dylematy, a nawet zbrodnia.
Styl elegancki, czasem wysoki, wszystko okraszone cytatami z największych angielskich poetów. Przyjemnie się czyta, a autor sprawnie dozuje napięcie i zwroty akcji. Jednym słowem – czytadło dla Kulturalnej Publiczności.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.