Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Kocmos, czyli kwintesencja dzikości w skali mikro

Skąd na Mazowszu gwara pomorska? Gwara kociewska używana była na terenach Pomorza Gdańskiego, gdzie ludność lokalna mieszała się z przybywającymi od XVI wieku na tereny Żuław Wiślanych osadnikami olęderskimi. W kolejnych stuleciach Olędrzy migrowali w górę Wisły, zasiedlając tereny dzisiejszego Urzecza.

ObserwujObserwujesz
Daniel Petryczkiewicz
Walka

Przy północnym skraju Łąk Soleckich woda rozchodzi się na trzy strony: dwa ramiona rzeki okalają Łąki Soleckie, zaś na wschód prowadzi rów melioracyjny. Przechodzi on betonowym przepustem pod piaszczystą wydmą i po kilkunastu metrach rozlewa się w niewielkiej wydmowej dolince, która w podłożu musi mieć spore warstwy gliny, co powoduje, że woda stoi tutaj prawie zawsze. To jeden z najstabilniejszych jej rezerwuarów w okolicy. Niestety ta stabilność jest mocno nadwyrężana przez opadające wody podziemne. To skutek braku śniegu w zimie, niestabilnych opadów, rosnących temperatur, ale też postępującej zabudowy tego obszaru. Chciałem napisać, że przez pięć lat widziałem to miejsce suche tylko raz, w 2024 roku, ale niestety – Bagno za Wydmami wyschło zupełnie także w 2025 roku.

Czytaj także Patriotyczna partyzantka rzeczna – bo suche jest bezbronne Katarzyna Przyborska rozmawia z Danielem Petryczkiewiczem

Z ziemi sterczą kikuty rachitycznych, choć całkiem wiekowych brzózek, tworząc klasyczny torfowiskowy krajobraz. Torf został tu osuszony podczas wielkiego odwadniania całej okolicy w latach powojennych oraz w czasie boomu budowlanego w pobliskim Wierzbnie i Czarnowie. Woda jednak wróciła, a specyficzny mikroklimat miejsca powoduje, że może stagnować, dzięki czemu tworzy się tu ciekawy, mokradłowy ekosystem.

Dolinka ma 400 metrów w obwodzie. Wygląda jak dół wytopiskowy między wydmami, w którym po zakończeniu ostatniego glacjału dogorywał potężny blok lodu. Miejscowi nazywają ją Kocmos. Tę nazwę usłyszałem po raz pierwszy od pana Cezarego Żeglińskiego, mieszkańca okolicy i autora monografii wsi Czarnów. Dziwna nazwa tego miejsca pocho¬dzi ponoć od rośliny, która miała tutaj rosnąć. Nie znajduję jej jednak w żadnym spisie botanicznym. Wszystkie wyszukiwarki uparcie sugerują mi literówkę, zmieniając „kocmos” na „kosmos”. Pan Cezary upiera się przy swoim:

– Tubylcy mówili o nim „kocmos”. Ja pamiętam, że to była jakaś roślina. Niestety dziś nie mogę nigdzie potwierdzić tej informacji. Natomiast w gwarze kociewskiej słowo „kocmos” oznaczało coś niechlujnego, zaniedbanego, dzikiego – wyjaśnia mi, kiedy spotykamy się w jego domu na Czarnowie. Wypisz, wymaluj – tak właśnie wygląda Bagno za Wydmami!

Skąd jednak pomorska gwara na Mazowszu? Gwara kociewska używana była na terenach Pomorza Gdańskiego, gdzie ludność lokalna mieszała się z przybywającymi od XVI wieku na tereny Żuław Wiślanych osadnikami olęderskimi. Jak już wcześniej wspominałem, w kolejnych stuleciach Olędrzy migrowali w górę Wisły, zasiedlając tereny dzisiejszego Urzecza. W 1854 roku założono w dolinie rzeki cztery kolonie olęderskie: wspomniany już Szulec (dziś Solec), Nowy Szymanów, Wypęk (dziś część wsi Baniocha) i Goździak. Sami osadnicy pochodzili z tradycyjnych nadwiślańskich wsi olęderskich: Kępy Wilanowskiej, Kępy Okrzewskiej, Dąbrowy i Skierd. Słowa migrowały widocznie wraz z ludźmi i kiełkowały tam, gdzie ci się osiedlali. W dokumentach założycielskich wsi Czarnów pojawia się nazwa Kosmaty Ług – było to jedno z okolicznych pastwisk oddanych na wyłączne użytkowanie kolonistom-założycielom wsi. Słowo „ług” w staropolskim języku oznaczało bagno albo mokradło. Przypadek? Nie sądzę.

Wątek rośliny o zaskakującej nazwie wrócił do mnie niespodziewanie wraz z lekturą książki Drzewa Ayi Kōdy. W rozdziale o wrodzonych wadach drzew, zwanych po japońsku ate, pojawiają się w tle soczyście kolorowe – czerwone, fioletowe i purpurowe – kwiaty kosmosu, inaczej zwane onętkami (Cosmos cav). Zastygłem w bezruchu nad kartami tej wspaniałej książki. Czyżby Żeglińskiemu chodziło o te właśnie rośliny, a literówka była jakimś lokalnym zniekształceniem? Onętek (lub ponętka) to kwiat z rodziny astrowatych – niebywale kolorowy i chętnie sadzony w ogrodach, ale rosnący też półdziko.

Przeszukuję szybko internet i natrafiam na kolejny trop w stołecznej „Wyborczej”. Okazuje się, że onętek/kosmos ma lokalną nazwę, która brzmi… warszawianka. Pod artykułem mnóstwo jest komentarzy, które potwierdzają zwyczajową nazwę kolorowego kwiatu. Miejska legenda głosi, że wzięła się ona od obrazu, który ukazał się pierwszym powracającym do zrujnowanej Warszawy mieszkańcom – były to kolorowe kwiaty rosnące na gruzach stolicy. Legenda botaniki, Roman Kobendza, badający między innymi roślinność ruderalną Warszawy i innych miast Polski, pisał tak w jednym z referatów: „Flora ruin wykazuje związek z uprawami miejskimi, świadczyć o tym mogą gatunki roślin ozdobnych jak: nagietek lekarski (Calendula officinalis L.), ponętka (Cosmos bipinnata L.), mietelnik żakula (Kochia scoparia Schrad.)”.

Kocmos to kwintesencja dzikości w skali mikro. Spróbuj zejść z piaszczystej ścieżki, która okala mokradło od zachodu, i wejść w mokre chaszcze! Mimo że znam to miejsce całkiem dobrze, to nie zliczę, ile razy utopiłem tutaj kalosze, a raz – w zimie – nawet wysokie po pas wodery. Kiedy sadzono na okolicznych wydmach sosny, zaorano teren osuszonego wtedy torfowiska. To powoduje, że jego dno jest bardzo nieregularne i cały czas się zmienia. Tu się wypłyca, tam pogłębia. Bywa też grząskie. Na płyciznach cały czas widać ślady orki. Kiedy spadnie trochę śniegu, a później przychodzi odwilż, to po południowej stronie skiby wytapia się on szybko, a po północnej zalega. Przy czym zalega naprawdę długo i mokradło jest mokre cały rok, mimo suszy dookoła. Woda spływa do niecki przez piasek wydm do osuszonego torfowiska. Doceniają to bardzo mieszkańcy okolicy. To na Kosmatym Ługu widziałem pierwszy raz łosie. Rezyduje tu czapla siwa, stado saren, rodzina dzików. Na okalającej wydmy sośninie gnieżdżą się kruki. Wodą zarządza tutejsza rodzina bobrów.

Czytaj także Jak w majestacie prawa niszczy się przyrodę w Polsce Daniel Petryczkiewicz

Pamiętam wczesny letni wieczór, kiedy szukałem ochłody w tym mokrym ekosystemie. Takie miejsca działają jak klimatyzatory – tyle że są w całości napędzane słońcem i wodą. Nie potrzebują wtyczki do prądu i nie spalają paliw kopalnych, emitując dwutlenek węgla. Zachodzące słońce przecinało świat poziomymi kolumnami światła. Turzyce sięgały mi ramion, kiedy stałem po uda w wodzie. Liście karłowatych wierzb były tak jaskrawo zielone, jakby ktoś podkręcił ich nasycenie w Photoshopie.

Daniel Petryczkiewicz "Mała historia znikania. Opowieść o Rzece" okładka

Obserwowałem pod słońce szalony taniec muszek – unosiły się w słupach ciepłego powietrza w jakimś niesłyszalnym dla mnie rytmie Ziemi. Lipcowy wieczór pulsował bzyczeniem, brzęczeniem i chlupotaniem. Nagle spomiędzy nóg bezszelestnie wypłynął mi zaskroniec. Jego zgrabne ciało rysowało na ciemnej tafli wody ogon komety, a jasne plamki za skroniami lśniły złotem w zachodzącym słońcu. Patrzyłem na to jak zaczarowany.

Latamy na końce świata, żeby szukać egzotyki, nieznanego, dzikości. A ta dzieje się tu – pod naszymi stopami, wokoło, na wyciągnięcie ręki.

**

Fragment książki Mała historia znikania. Opowieść o rzece, która ukazała się w Wydawnictwie Krytyki Politycznej.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x