Świat

Morozov: Więcej polityki, nie „internetu”!

Jeśli Internet jest wszędzie, polityki nie ma nigdzie. Evgeny Morozov odpowiada Saschy Lobo.

Cyfrowe rozczarowania to dla mnie nic nowego, więc rozumiem cri de coeur Saschy. Moje własne zgłębianie sieci, podobnie jak Saschy, rozpoczęło się od nieskrępowanego entuzjazmu i nadziei związanych z obietnicą demokratyzacji. Być może byłem nawet bardziej naiwny, jako że zawsze widziałem potencjał nowych technologii w politycznym kontekście regionu, z którego pochodzę ‒ czyli byłego bloku sowieckiego, a w szczególności Białorusi. I srogo się zawiodłem.

Moje rozczarowanie rozpoczęło się w okolicach 2007 roku. Od tego czasu doszło też do mnie, że wyrzekanie się cyberoptymizmu ma dwie fazy, a nie każdy przechodzi obie. Pierwsza faza jest całkiem banalna: przyjmujesz najnowsze empiryczne dowody i dokonujesz rewizji swoich poprzednich poglądów w ramach zastanego uniwersum intelektualnego. Dochodzisz do nowych wniosków, ale nie kwestionujesz samego przedmiotu swoich badań. W ten sposób niektórzy zostają wegetarianami lub zaczynają sprzeciwiać się energii atomowej, a gdy pojawią się nowe argumenty mogą zmienić zdanie lub jeszcze mocniej trwać przy swoim. Nie muszą natomiast definiować na nowo tego, co oznacza „mięso” czy „energia atomowa” za każdym razem, gdy zapoznają się z nowymi danymi. Po prostu opowiadają się po jednej lub drugiej stronie w debacie, której ramy zostały już wyznaczone.

Dlatego więc to w drugiej fazie dokonuje się ponowne przemyślenie cyfrowej dialektyki. Tu już nie zmienia się po prostu stron, lecz odkrywa nowe wymiary rzeczywistości, odrzucając stare jako nic nieznaczące zjawy. Dochodzi do zmiany paradygmatu, radykalnie zmieniającej czyjś obraz świata, niszczącej jakąkolwiek pewność, którą wcześniej przypisywaliśmy związkom, przedmiotom i tematom naszej analizy. Odkryć, że Ziemia porusza się wokół Słońca – a nie odwrotnie – lub że nie potrzebujemy „eteru” i „flogistonu”, by wyjaśniać zjawiska fizyczne – to właśnie zmiany paradygmatu.

Cyberagnostycyzm zamiast cyberpesymizmu

Dla uproszczenia: nazwijmy pierwszą fazę korektą empiryczną, a drugą korektą ontologiczną. Dlaczego tak? Cóż, nie chodzi jedynie o poprawkę dotyczącą czyjejś pozycji czy poglądów, ale też o to, by zapytać, czy przedmiot naszych badań rzeczywiście istnieje i czy udało się nam tak poszatkować postrzeganą przez nas rzeczywistość, by najlepiej rzucić nań światło. „Czy mięso istnieje?” – nie jest być może najlepszym pytaniem, ale „czy istnieje eter?” było niegdyś pytaniem bardzo potrzebnym.

Wiele intelektualnej pracy w ostatnich latach dotyczyło właśnie tego, że „Internet”, przez duże „I”, jest jak eter, nie jak mięso. I choć trwa wiele innych dyskusji, jak ta, czy „Internet” jest dobry czy zły dla demokracji, powinniśmy się jak najbardziej przyłożyć do pracy nad takim poszatkowaniem rzeczywistości, byśmy mieli pewność, że lepiej tego zrobić nie mogliśmy – i nie ma lepszego sposobu, by rzucić światło na przedmiot naszych badań. Ja na przykład należę do tych, którzy uważają, że wciąż nie udało nam się dojść do najlepszej możliwej podstawy konceptualnej, która umożliwiłaby opisanie bieżących dylematów.

Weźmy choćby jedno założenie z eseju Saschy, które traktuje on jak pewnik.

Dlaczego uważamy, że Internet to trwałe i spójne medium z jasno określonymi właściwościami, które służą do porównań z innymi mediami?

Czy te właściwości określają prawa fizyki czy raczej ugody między korporacjami i lobbingowe potyczki dotyczące standardów technologicznych? A jeśli są wynikiem tych potyczek, które mają nierzadko przypadkowe i nietrwałe wyniki – a które po prostu mogliśmy przegrać, bo, nie oszukujmy się, korporacje są dziś potężniejsze niż obywatele i obywatelki – to czy niewinnie posługując się określeniem „medium”, nie ukrywamy faktu porażki rozwiązań innych niż korporacyjne? Czy przypadkiem nie wmawiamy sobie, że porażka inwestycji w krytyczną infrastrukturę informacyjną jest po prostu naturalną koleją rzeczy i właściwością medium znanego jako „Internet”? I kogo właściwie próbujemy oszukać?

Esej Saschy pokazuje, że udało mu się przebyć jedynie połowę drogi. Zmiana jego namiętności to raczej kwestia empirii, nie ontologii. Zamienił swój cyberoptymizm na cyberpesymizm. Odrzucił przy tym także determinizm, który mówi, że wszystko, co ma związek z nowymi technologiami, jest w gruncie rzeczy dobre dla demokracji, debaty intelektualnej i emancypacji. To, z czego nie zdają sobie sprawy krytycy Saschy, to fakt, że przejście na te pozycje nie oznacza uznania z automatu, że wszystko, co ma związek z nowymi technologiami, jest z gruntu złe.

Jest więc być może lepsze określenie na taką zmianę niż jedynie cyberpesymizm: cyberagnostycyzm. Jako ideologia wyróżniałby się on tym, że odrzuca pewne i jednoznaczne poglądy na polityczne konsekwencje technologii cyfrowych. A powód tego odrzucenia jest prosty: narzędzia nie prowadzą polityki. To systemy – zbudowane z narzędzi, ideologii, rynkowych motywacji i prawa – mają swoją politykę. Widziana z tej perspektywy rezygnacja z cyberoptymizmu oznaczałaby, że to nie technologia sprawia Saschy problem, lecz fakt, że technologia jest używana na różne odrażające sposoby przez ponury sojusz szpiegów z Waszyngtonu i spekulantów z Doliny Krzemowej.

Odrębny byt „Internetu”

Gdyby Sascha sformułował swoją krytykę w ten sposób – przyklasnąłbym mu jako pierwszy. Ale w swoim przejściu na cyberagnostycyzm Sascha ujawnił, że cierpi na inną intelektualną słabość. Coś, co nazywam netocentryzmem. A tylko gdy pożegnamy netocentryzm, możemy myśleć o faktycznej zmianie paradygmatu, zdolnej zatrząść ontolologicznymi fundamentami, na których się opieramy. Netocentryzm to, mówiąc w skrócie, przekonanie, że istnieje pewna spójna logika tego, co dzieje się w sferze cyfrowej. Samo przeświadczenie, że taka sfera (nazywana też „rzeczywistością online” czy „cyberprzestrzenią”) istnieje, jest jednym z podstawowych dogmatów netocentryzmu.

Gdy wierzymy w istnienie sfery cyfrowej, musimy też wierzyć w rządzącą nią logikę, a z tą jest jak z logiką rynku: jest zbyt skomplikowana dla nas, maluczkich, byśmy mogli ją pojąć.

Nasza opłakana sytuacja technopolityczna wynika wprost z naszej opłakanej sytuacji intelektualnej. Netocentryzm jest winny temu, że w większości krajów Zachodu poniechaliśmy proaktywnej polityki przemysłowej, z uwzględnieniem krytycznej infrastruktury informacyjnej, ponieważ zbyt wielu z nas uwierzyło, że wszystko zostanie uregulowane przez „Internet” – tak, jak miało zostać uregulowane przez rynek – gdy ten będzie łączyć świat. Tyle że to połączenie nie odbywa się na neutralnych warunkach. Kabelki można połączyć na różne sposoby, ale ten dominujący obecnie może na dłuższą metę okazać się szkodliwy dla kondycji demokracji.

Z punktu widzenia rozwiązań przemysłowych „Internet” jest jedynie przedłużeniem tej samej neoliberalnej propagandy, którą znamy dzięki „there’s no alternative”. Tyle że alternatywa oczywiście istnieje. Ale nie widzimy jej dokładnie dlatego, że „Internet”, podobnie jak „Rynek” przez wielkie „R”, jawi się nam jako odrębny byt, rządzący się swoimi prawami i prawidłowościami, których nie sposób przewidzieć ani pojąć, ale do których niezmiennie należy się dostosować.

W pewnym sensie zgoda na to, żeby przez dwadzieścia lat debatować o „Internecie”, była zgodą na to, by nie mówić o wielu innych istotnych sprawach, jak publiczna infrastruktura do zarządzania informacjami czy stworzenie identyfikatorów internetowych, które nie byłyby zależne od portali społecznościowych. Te dyskusje wydawały się nam niepotrzebne, bo „Internet” uważano za zbyt skomplikowany, by dało się nim zarządzać. Zbyt skomplikowany, autonomiczny, „poza kontrolą” – by przywołać tytuł książki Kevina Kelly’ego z początków lat 90. Należało go więc zostawić samemu sobie, z nadzieją, że sam rozwiąże swoje problemy.

Ludzkość trapi z pewnością kolejna plaga, lecz nie taka, o jakiej pisze Sascha. Ta, którą widzę, dotyczy tego jak technologiczno-epistemologiczny aparat, który ze złego nawyku nazywamy wciąż internetem, wymazuje wszystko, co było przed nim – przepisując historię tak, że wszystkie wcześniejsze technologie i protokoły są częścią wielkiej narracji „największego wynalazku w dziejach”. Udaje, że istnieje tylko jeden sposób na utrzymywanie infrastruktury informatycznej – zakodowany w programowych hasłach w rodzaju „neutralności sieci” – podczas gdy korporacje informatyczne mają interesy tak bezlitosne, jak te z Wall Street, a prezentują się nam jako usłużni aniołowie stróże, naprawiający świat klik za klikiem. Wskutek tego nasza wyobraźnia dotycząca tego, jak zorganizować swoje relacje z technologią doznaje skrajnej atrofii – nie dziwi więc, ze nie jesteśmy w stanie przemyśleć technologicznej agendy na nowo, tak aby służyła wreszcie sprawiedliwości, deliberacji i prywatności.

Na nowo zaufać polityce

Sascha rozumie, choć nie rozwija tego w swoim tekście, że gdy wszystko staje się coraz bardziej połączone – wszystkie te malutkie sensory i modemy – „Internet” będzie wszędzie. A jeśli ktoś rozumie, że tezy o „Internecie” to niekończące się ćwiczenie w sprowadzaniu wszystkiego do maksymalnie oczyszczonych form, to wie też, że to, co było wcześniej sporne i polityczne, będzie się musiało zmienić w bezsporne technologiczne zmienne, zachowujące się pod dyktando logiki „Internetu”. I nietrudno zgadnąć, co nas wówczas czeka – koniec polityki w ogóle, świat, gdzie jedynym motorem jakiejkolwiek regulacji będzie wola promowania „innowacyjności” (zgrabny eufemizm na interesy Doliny Krzemowej), a nie ambitnych społecznych czy politycznych planów. Jeśli „Internet” jest wszędzie, polityki nie ma nigdzie.

Sprzeciwianie się „Internetowi” – jeśli przez „Internet” rozumiemy szukanie treści, nawiązywanie kontaktów, dostęp do e-booków – jest wsteczne i niepotrzebne. Tu akurat Sascha ma rację, szczególnie pod koniec swojego eseju.

Szkoda jednak, że nie mówi czegoś, co musi zostać powiedziane: jedyna droga, by wypromować alternatywny sposób docierania do e-booków czy korzystania z wyszukiwarek, bez pośrednictwa pozornie darmowych usług oferowanych przez Dolinę Krzemową, to rozwijanie nowych rozwiązań politycznych, które zaowocują zastrzykiem miliardów dolarów dla publicznej infrastruktury informacyjnej. I to nie takiej, która będzie zarządzana przez te same oligopole, tyle że o europejsko brzmiących nazwach. Raczej takiej, która będzie prowadzona w zdecentralizowany i obywatelski sposób, gdzie obywatele i obywatelki będą właścicielami swoich danych od początku do końca.

To nie cyfrowy optymizm powinniśmy dziś kultywować, lecz optymizm wobec publicznych instytucji i nową wiarę w politykę. Nie do końca popularne hasło w czasach kryzysowej polityki zaciskania pasa.

O ile więc bycie przeciwko „Internetowi” w niczym nie pomaga, to całkiem w porządku, nawet chwalebnie jest być przeciw argumentacji „z powodu Internetu…”, którą tak dobrze posługują się towarzysze Saschy, tak zwani „eksperci od Internetu”. Mówi się nam przecież o przyszłości edukacji, rynku wydawniczego czy opieki zdrowotnej, podając jeden tylko, redukcyjny argument: „z powodu Internetu…”. Z tego powodu mamy zaakceptować kursy on-line, znikanie wysokiej klasy dziennikarstwa, groźbę zniknięcia poważnych wydawców literatury, coraz większe niepokoje związane ze stanem swojego zdrowia. Mówi się nam, że musimy to poświęcić, bo jest z nami „Internet” i nie bierze zakładników. Ten rodzaj argumentacji może i pomaga „ekspertom od Internetu” w odgrywaniu ważnej roli w oczach publiki, ale nie nadaje się do niczego, jeśli potraktować go jako głos w debacie publicznej o ważnych problemach.

Mam więc dla Saschy prostą radę: zamiast wybierać strony w debacie, która traktuje „Internet” jako gotowe i spójne medium – dlaczego by nie pójść dalej i odrzucić „Internet” w całości, jako ideologię zmierzającą do odpolitycznienia debat o rozwiązaniach infrastrukturalnych? Nasz dalece stechnicyzowany świat nie ucierpiałby, gdyby Sascha zdecydował się na ten krok, tak jak świat ekonomii nie cierpi, gdy krytycy i krytyczki neoliberalizmu wykazują, że idea autonomicznego, samoregulującego i wydajnego rynku jest ideologią.

Naszym najbardziej palącym dziś zadaniem nie jest spieranie się o to, czy „Internet” jest dobry czy zły – to absurd. Powinniśmy natomiast zacząć zastanawiać się nad tym, co będzie z naszą infrastrukturą technologiczną – lub jej brakiem – w świecie post-Internetowym. Byłoby świetnie, gdyby Sascha poszedł tą drogą.

przeł. Jakub Dymek

Evgeny Morozov (biał. Jauhien Marozau) – Autor książek „The Net Delusion: The Dark Side of Internet Freedom” i „To Save Everything, Click Here: The Folly of Technological Solutionism”, w których przeprowadza krytykę rozwiązań internetowych, pisząc że wbrew pozorom nie służą one wcale demokratyzacji, oraz stawia tezę, że internet, tak jak o nim mówimy, jest raczej ideologią, niż technologią czy medium. Publikował m.in w „The New York Times”, „The Economist” i „Slate”, był redaktorem „The New Republic”, obecnie pracuje nad doktoratem z historii i socjologii technologii na Uniwersytecie Harvarda.

Przedruk za zgodą autora i redakcji FAZ. Tytuł pochodzi od redakcji.

Czytaj także:

Sascha Lobo, Cyfrowa zniewaga dla ludzkości

Bio

Evgeny Morozov

| Publicysta
Publicysta zajmujący się politycznymi i społecznymi implikacjami nowych technologii.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.