Kultura

Sąd Najwyższy kontra prawa artystów

George-Harrison-This-Song

W ostatnich miesiącach Sąd Najwyższy wydał dwa orzeczenia, które mogą w bardzo istotny sposób pogorszyć warunki wynagradzania artystów.

Już jakiś czas trwa koszmarna passa trudnych do wyjaśnienia wyroków dotyczących artystów wydawanych przez Wydział III Sadu Najwyższego.

Najnowsza sprawa ma swój początek w kontroli ZUS w szczecińskim Zamku Książąt Pomorskich. Zakwestionowane zostały wówczas umowy o dzieło podpisane w 2009 przez skrzypaczkę zatrudnioną do zagrania koncertu z orkiestrą. Kolejny wyrok, będący efektem tej samej kontroli, dotyczył umów o dzieło podpisanych przez aktorów, konferansjera, tłumacza, osobę prowadząca warsztaty z tańca oraz muzyków. W zgodnej opinii sędziów w obydwu tych sprawach wykonujący zlecona pracę nie wnieśli istotnego twórczego wkładu w efekt końcowy, w związku z czym wykorzystanie ryczałtowego odpisu przychodu z tytułu praw autorskich jest nieuzasadnione. Według sędziów wykonali oni pracę o charakterze powtarzalnym, pod nadzorem dyrygenta, w związku z czym ich odpowiedzialność polegała na jedynie na dochowaniu należytej staranności.

Tym samym stworzona została równoległa rzeczywistość prawna. Obowiązujący art. 85 Ustawy o prawie autorskim stwierdza bowiem klarownie:

1. Każde artystyczne wykonanie utworu lub dzieła sztuki ludowej pozostaje pod ochroną niezależnie od jego wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia.

2. Artystycznymi wykonaniami, w rozumieniu ust. 1, są w szczególności: działania aktorów, recytatorów, dyrygentów, instrumentalistów, wokalistów, tancerzy i mimów oraz innych osób w sposób twórczy przyczyniających się do powstania wykonania.

Jak widać ustawodawca przewidział możliwość wystąpienia tego typu wątpliwości, wskazując na bardzo szerokie zastosowanie kategorii artysty-wykonawcy, co jednak nie przeszkodziło sędziom Wydziału III Izby Pracy, Ubezpieczeń Społecznych i Spraw Publicznych bardziej zaufać swojej intuicji z zakresu teorii sztuki.

Syndrom sztokholmski [polemika]

Sztuka? Przecież to takie proste

Jestem pewien, że żaden specjalista w dziedzinie prawa i cywilnego nie podpisałby się pod tak kuriozalnym rozstrzygnięciem. Zresztą wystarczyło zapoznać się z omówieniami merytorycznymi dostępnymi na YouTube, żeby zasiać kluczowe wątpliwości na temat złożoności procesu twórczego:

Uznanie pracy artystów-wykonawców, konferansjerów, osób prowadzących warsztaty za pracę inną niż twórcza to przede wszystkim wyraz poważnego problemu polskiego sądownictwa. Nie obwiniam nadmiernie urzędników ZUS, gdyż występując w tym przypadku jako organ kontrolny, będący częścią administracji rządowej, kierowali się inną pragmatyką interpretacyjną, a prowadzone przez nich postępowanie ma prawo być obarczone pewnym błędem. Problem pojawia się, kiedy do gry wchodzą instytucje i osoby mające te błędy naprawiać. Wszystkie instancje niezależnej władzy sądowniczej, do których odwoływał się szczeciński Zamek Książąt Pomorskich, okazały się równie bezradne wobec tego dość oczywistego nieporozumienia i zignorowały obowiązujące przepisy poparte wieloletnią praktyką rozliczania pracy artystów umowami o dzieło.

Zdecydowało o tym kilka czynników.

Po pierwsze właściwość sądów orzekających w zakresie ubezpieczeń społecznych – a zatem ich (nie)zdolność czy (nie)kompetencja do rozpoznania sprawy o konkretnym charakterze.

Po drugie – mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem, które możemy obserwować, gdy przed oblicze sądu trafia sprawa dotycząca szeroko rozumianego pola sztuki. W niewypowiedzianej opinii wielu sędziów jest to materia tak banalna, że w zasadzie wszystko, co się powie na jej temat, może być jakoś prawdziwe. Odwołanie się do tej potocznej mądrości w niektórych przypadkach całkowicie zwalnia z obowiązku gruntownego przebadania sprawy. Są to mocne słowa, ale polecam relację z pierwszego procesu Doroty Nieznalskiej.

Po trzecie – wyrok, o którym tu rozmawiamy, to zwykła prawnicza ignorancja uzbrojona w interpretację zawężającą.

Podobne podejście obserwowaliśmy kilka lat temu, kiedy była szefowa ZUS, Rzeczniczka Ubezpieczonych Aleksandra Wiktorow, komentując postulaty artystów dotyczące rozpoczęcia prac nad dedykowanym systemem ubezpieczeń społecznych, dziwiła się, że można nie mieć opłaconych składek ZUS.

Iwański: Jak wyjaśnić postulaty artystów zblazowanym ministrom?

Ten protekcjonalny i lekceważący rodzaj myślenia był właściwy w sumie całej elicie politycznej. Sędziowie w tym wymiarze nie różnią się od reszty elit.

Co bardzo ciekawe, jedynie w przypadku tłumacza wykonującego tłumaczenie z opracowaniem dokumentacji muzycznej sędziowie uznali, że jednak umowa o dzieło jest na miejscu. Wiadomo, dokumenty, papier, języki obce – poważniejsza sprawa.

Co dalej?

Zastanówmy się, jakie są skutki mają oba wyroki. Pierwszym, który artyści bardzo odczują, będzie odejście od stosowania umów o dzieło z ryczałtowym odliczeniem kosztów uzyskania przychodu w wielu instytucjach. Jakość umów podpisywanych przez artystów już w tym momencie jest bardzo niska, a możliwości ich negocjowania raczej ograniczone, o czym pisałem raptem kilka dni temu.

Skutki takich wyroków widoczne są bardzo szybko, bo zlecający prace artystom to zwykle instytucje publiczne. Szeroko komentowany wyrok SN jest dla tych instytucji zachętą, by wystawiać od teraz artystom zdecydowanie mniej korzystne umowy. Dla wystawiającego umowę rzecz w sumie jest bez znaczenia – suma brutto zostanie po prostu inaczej rozliczona. W przypadku artysty oznacza to jednak zdecydowanie mniejszy zarobek „na rękę”.

Czy artyści boją się dobrej zmiany?

Wyroki SN to również częściowe zrealizowanie ambicji o zlikwidowaniu odpisu 50% kosztów uzysku dla artystów. Podejścia do zniesienia tego dedykowanego sposobu rozliczenia robił chyba każdy układ polityczny w ostatnich kilkunastu latach, jednak na taki rodzaj wsparcia ze strony sądownictwa żaden z nich nie mógł liczyć.

Smutne jest też to, że wielu poszkodowanych ostatnimi decyzjami SN będzie w najbliższym czasie brać udział w demonstracjach w obronie praworządności, niezawisłości sadów etc. Podobnie zresztą, jak brali udział w ulicznej manifestowaniu poparcia dla Trybunału Konstytucyjnego, który wydał kuriozalne orzeczenie w sprawie zgodności z Konstytucją artykułu o ochronie uczuć religijnych. Warto zadać to pytanie: czy ludzie sztuki w ogóle mają dostęp do uczciwego, albo chociaż czytającego obowiązujące przepisy sądu?

Iwański: Podręczny słownik zwrotów prekarnych

Bio

Mikołaj Iwański

| Ekonomista
Mikołaj Iwański – doktor nauk ekonomicznych, absolwent filozofii Uniwersytetu Adama Mickiewicza. Kierownik Zakładu Historii i Teorii Sztuki, Wydział Malarstwa i Nowych Mediów na Akademii Sztuki w Szczecinie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Bardzo emocjonalny tekst, a w istocie problem rozbija się o wadliwe skonstruowanie umowy i jej warunki, które faktycznie nie odpowiadają istocie umowy o dzieło.

Umowa nie dotyczyła "jednorazowego wykonania określonego utworu", lecz "udziału w próbach i koncercie". Czyli przedmiotem nie był rezultat (jak powinno być w umowie o dzieło), lecz działanie (co ewidentnie podpada pod zlecenie). Również kwestia "podporządkowania się dyrygentowi" nie dotyczy zagadnień teorii muzyki lecz ustalonego przez strony sposobu oceny wywiązania się z umowy. Muzycy rozliczani byli z wykonywania poleceń dyrygenta, a nie z indywidualnego efektu pracy (czyli "ostatecznego kształtu dzieła"). Należy pamiętać, że "dzieło" odnosi się do Kodeksu Cywilnego i nie jest to to samo co "utwór" w rozumieniu ustawy o prawie autorskim.

Upraszczając: Jeśli strony umawiają się, że w określonym miejscu i czasie wykonawca wykona na grzebieniu utwór "Wlazł kotek" we własnej interpretacji opartej na indywidualnej wiedzy i umiejętnościach przekazując majątkowe prawa autorskie zamawiającemu, to mamy umowę o dzieło i ZUS nie ma podstaw jej kwestionować. Jeśli jednak strony umawiają się, że 13 czerwca 2017 r. od godziny 8.15 do 10.30 wykonawca będzie grał na grzebieniu zgodnie z poleceniami zlecającego (lub jego przedstawiciela), to mamy zlecenie.

Sam wywód sądu dotyczący "odtwórczości" wydaje się faktycznie dość nieszczęsny, nie jest on jednak najistotniejszy dla sprawy.

Piotr Paszkowski, adw.

to nie do końca tak. problemem jest to, że mamy trzy akty prawne odwołujące się do określonej sfery (w uproszczeniu sztuki/twórczości) - ustawę o prawie autorskim i prawach pokrewnych, kodeks cywilny i ustawę o podatku dochodowym od osób fizycznych. Każdy z tych aktów regulując w jakiejś części tę samą sferę używa różnych pojęć albo co gorsza, tych samych pojęć w nieco innym znaczeniu. Istotny winien być kontekst użycia i cel określonej relacji. Dzieło z kc tylko czasem będzie dziełem w pr. aut. Dzieło z pr. aut. często ma dużo więcej cech zlecenia (czyli, w dużym uproszczeniu "antonimu" dzieła na gruncie kc). Istotą regulacji upd os.fiz. było natomiast wprowadzenie ulgi dla artystów, czyli twórców (zwykle twórców dzieła, ale nie tylko, często także wykonawców).
Dowolność posługiwania się terminologią prawniczą przez ustawodawcę jest źródłem tego problemu, a wadliwa konstrukcja umów.
no i, tak całkiem kolokwialnie, sorry, ale kto chodzi na koncerty wie, że ten sam utwór pod batutą różnych dyrygentów lub nawet pod batutą tego samego dyrygenta, ale z różnym składem "aparatu wykonawczego" brzmi zupełnie inaczej... (tyle w temacie rezultatu, kierownictwa i podporządkowania 😉 ).
Zatem przywołane orzeczenia SN są nietrafne.

A jakby to było w naszym przypadku - mam kwartet smyczkowy (oczywiście bez dyrygenta), w zasadzie każda z nas gra co innego, a część naszych utworów to samodzielna aranżacja (na bank nikt inny nigdy tego nie zagra, bo osobiście je piszę, ze słuchu i tylko dla nas). Zarabiamy okazjonalnie na pojedynczych graniach typu śluby, firmówki, wernisaże itp. Dla mnie to typowa dziełówka, ale czy na pewno? Pytam, bo chciałabym zabezpieczać granie przez useme, bo np. takie firmy często życzą sobie fakturę, a i dla nas to dodatkowa gwarancja wypłacenia wynagrodzenia. Ale teraz te sądy zaczęły kombinować i już zgłupiałam 🙁

Dziękuję! W końcu ktoś przedstawił oś sporu co do istoty, nie poprzez pryzmat emocji a problemu wykładni umów.

Piotr Paszkowski, adw.

dwie korekty do autokorekty komentarza powyżej:
1) Istotny winien być kontekst użycia i cel określonej regulacji.
2) Dowolność posługiwania się terminologią prawniczą przez ustawodawcę jest źródłem tego problemu, a nie wadliwa konstrukcja umów.

Warto zauważyć, że Sąd przychylił się jednak do uznania jednego wyjątku i uznał tłumaczenie za umowę o dzieło.

Ale na marginesie jest kwestia istotniejsza: umowę o dzieło tak czy inaczej należy zlikwidować, bo to dziwny twór. Wszystkie umowy należy jednakowo ozusować.

Ufam ze postulat " likwidacji" umow o dzielo to w rzeczywistosci postulat zniesia roznicy w ozusowaniu umow o dzielo i umow zlecenia. Bo przeciez istnienie kategorii cywilistycznej umow o dzielo w prawie cywilnym jest sensowne, bo inny jest cywilnoprawny rezim odpowiedzialnosci zwiazany z umowa o dzielo i zkeceniem

Autor oburza sie bo nie rozumie, ze dzielo w znaczeniu kc wymaga substratu, a ozusowanie zakeży od kwalifikacji, czy w konkretnym wypadku mamy do czynienia z umową o dzieło czy zkecenia, w rozumieniu kodeksu cywilnego. Tyle, ze SN w uzasadnieniu jednego z omawianych orzeczeń wdal sie w oceny co jest tworczoscia a co nie, gdy wystarczyloby pozostanie na gruncie cywilistyki i nie wplatywanie w to problemow ochrony wlasnosci intelektualnej oraz prawa autorskiego. Bo ochronie tych ostatnich podlega tworczosc w znaczeniu artystycznym i naukowym. Tyle, ze spor nie dotyczyl tych kwestii. Sn sam winien krytyce jaką na siebie ściąga, bo źle uzasadnia.
http://krytykapolityczna.pl/kultura/sad-najwyzszy-kontra-prawa-artystow/