Kultura

Kto chce się pozbyć Apu?

Widzieliście już, jak grupa amerykańskich komików i południowoazjatyckich aktorów rozprawia się z legendarną postacią serialu Simpsonowie – sklepikarzem Apu?

Czy da się coś kochać, a zarazem tego nienawidzić? Nie w Internecie. Przynajmniej takie wrażenie można odnieść podczas lektury komentarzy do nowego filmu dokumentalnego Michaela Melamedoffa Problem z Apu, który ukazuje amerykańskiego komika Hariego Kondabolu, syna indyjskich imigrantów, próbującego wyrównać rachunki z indyjskim właścicielem sklepu wielobranżowego Kwik-E-Mart, Apu Nahasapeemapetilonem ze słynnych Simpsonów. I z jego akcentem…

Pięćdziesięciominutowy dokument odsłania związane z uwielbianą postacią specyficzne doświadczenia pewnej grupy osób, o których większość widzów nie miała dotąd pojęcia. Wbija on tym samym szpilę w społeczeństwo większościowe.

Žižek: Ostateczna prawda o Świętym Mikołaju

Simpsonowie nabijają się z każdego, ty przewrażliwiona brązowa mimozo, pozostaję fanem” – tak z grubsza można podsumować negatywne reakcje ludzi, którzy najprawdopodobniej nie obejrzeli nawet filmu, a komikowi radzą, aby przestał oglądać serial. Kondabolu jest jednak świadomy, że żyjemy w czasach, gdy ludzie odczuwają potrzebę wyrażania opinii nawet w kwestiach, w których brak im podstawowej wiedzy. Dlatego też od razu informuje swoich urażonych krytyków, że od dawna jest fanem Simpsonów, w których docenia upolitycznienie i inteligentny dowcip. Wie, że serial nie oszczędza nikogo, a Apu jest jednym z najbardziej rezolutnych mieszkańców Springfield, z którego twórcy z biegiem lat zrobili całkiem wielowymiarową postać.

Ten piekielny akcent

Jednocześnie jest jednak przekonany, że w świadomości społecznej Amerykanów zakonserwował się trochę inny obrazek. Film Problem z Apu otwiera scena z niedawnego stand-upu Kondabolu, kiedy to ktoś z publiczności wykrzykuje: „Dziękujemy, zapraszamy ponownie!”. Pomimo, że w przeciągu 28 lat nadawania serialu Apu wypowiedział tę frazę zaledwie osiem razy, cytat można określić już mianem kultowego. Kondabolu towarzyszył on przez całe życie. Urodzony w 1982 roku, doświadczał debiutu najsłynniejszej kreskówki jako dziecko, dla którego Apu był jedynym Hindusem na szklanym ekranie – w początkach lat dziewięćdziesiątych nie było gwiazd jak Aziz Ansari, Mindy Kaling czy Russell Peters. Cała południowoazjatycka społeczność miała jednego szczwanego i służalczego sprzedawcę ze śmieszną wymową. Przez całe dzieciństwo ciągnęło się za nim to nie tylko oklepane powiedzonko, ale i żarty w zdeformowanej angielszczyźnie, choć jako rodowity mieszkaniec Queens sam nie miał żadnego obcego akcentu.

 

Według Kondabolu to właśnie charakterystyczna wymowa stała się rozpoznawczą, przykuwającą uwagę Amerykanów, cechą Apu. Mimo że riposty sklepikarza bywają dowcipne, główna puenta spoczywa zazwyczaj w ich językowej niedoskonałości. W filmie można zobaczyć archiwalne wywiady z dubbingującym Apu białym aktorem Hankiem Azarią, który otrzymał od producentów zamówienie na „jak najbardziej obraźliwy głos”. W odpowiedzi na tę prośbę stworzył kreację, która odniosła natychmiastowy sukces. Rok temu, w podcaście Cracked, producent i scenarzysta pierwszego odcinka z Apu Mike Reiss oświadczył, że w scenariuszu istniał wyłącznie „sprzedawca”, dodatkowo opisany ołówkiem jako „nie Hindus”, co w zamierzeniu miało wykluczyć skrajną stereotypizację. Nie planowano wmontowania tej postaci na stałe w fabułę, a pierwotnie otrzymała tylko jedną kwestię: „Należy się trzydzieści pięć centów”. Czytając tekst, Azaria użył jednak typowego „hinduskiego” głosu rozśmieszając tym do łez grupę białych facetów. I tak na świecie pojawił się Apu.

Ironią pobrzmiewa fakt, iż inspirację dla Azarii stanowił Hrundi V. Bakshi, postać z komedii Przyjęcie (1968) grana przez Petera Sellersa. Z Sellersem chciał raz współpracować reżyser nagradzanej indyjskiej „trylogii o Apu“ Satjádžit Ráj (właśnie po bohaterze tego filmowego dzieła odziedziczył imię właściciel Kwik-E-Martu). Obejrzawszy Przyjęcie, w którym Sellers tworzy karykaturalną postać, paradując pod warstwą brązowego podkładu, reżyser natychmiast zrezygnował z planowanej współpracy.

 

Hari Kondabolu nie chciał odgrywać roli samotnego rzecznika całej społeczności, więc do udziału w filmie zaprosił interesującą grupę południowoazjatyckich aktorów i komików (wspomnianych już Petersa i Ansariego uzupełniają Kal Penn, Aasif Mandavi, Aparna Nancherla, Hasan Minhaj, Sakina Jaffrey i Utkarsh Ambudkar), którzy opowiedzieli przed kamerą, jak Apu zaważył na ich biografiach. Poza inspirowaniem szykan w życiu prywatnym, komplikował im karierę na castingach, gdzie żądanie „akcentu Apu” pojawia się wystarczająco często, aby ta biała interpretacja hinduskiego głosu w filmach i serialach pozostawała wciąż żywa. Nawet jeśli, w imię zasad, współpracy odmówi jeden aktor, zawsze znajdą się inni, którzy nie mają z czego zapłacić rachunków. Akcent jako jedna z cech postaci jest w porządku, ale stosowanie go jako automatycznej puenty generuje banalne i irytujące karykatury.

Nowa brązowa Ameryka

„Apu odzwierciedlał to, jak widziała nas Ameryka”– Kondabolu zwraca uwagę na brak szacunku, z jakim konfrontowana była pierwsza generacja hinduskich imigrantów, których wymowa była często zbliżona do tej znanej z serialu. Wywiad z jego rodzicami demaskuje w tej kwestii różnicę pokoleniową. Chociaż i im przeszkadzała ta medialna karykatura będąca idealną pożywką dla uprzedzeń, wstrzymywali się od protestów, pragnąc przede wszystkim gładko asymilować się w Ameryce. W swoim stand-upie Homecoming King komik Hasan Minhaj wspomina rasistowskie ataki na jego rodzinę po 11 września. Stojąc przed zdemolowanym i rozkradzionym samochodem, jego ojciec powtarzał wówczas: „Takie rzeczy działy się wcześniej i będą się działy, są ceną za mieszkanie w tym kraju”. Właśnie wtedy Minhaj zaczął powątpiewać, czy znoszenie rasizmu, wyzwisk i przemocy, nie mówiąc już o odczuwaniu wdzięczności, rzeczywiście ma sens. Rodzice Kondabolu również zauważają, że dysponując poczuciem własnej wartości i kapitałem, ich syn nie musi już w milczeniu zaciskać zębów.

 

Stąd też zaangażowanie komika w propagację humoru typu „punching up” i sprzeciw wobec ośmieszania grup marginalizowanych. W wymownej scenie wywiadu ze scenarzystą i producentem Simpsonów Daną Gouldem dochodzi do porównania Apu z panem Burnsem. Gould pyta Kondabolu, czy uważa Burnsa za podobnie jednowymiarową postać. Ten wyjaśnia, że Burns jest karykaturą bogatego maniaka, reprezentanta dużej grupy obdarzonej realną mocą, o której właściciel sklepiku mógłby tylko pomarzyć. Po zmieszaniu rozmówcy można poznać, że ma on trudności ze zrozumieniem wpływu, jaki na życie prawdziwych ludzi może mieć popularność postaci z kreskówki.

Gould przyznaje w pewnym momencie, że Apu bawi głównie białych Amerykanów i wymyślono go jako rozrywkę dla konkretnego (i bardzo licznego) segmentu publiczności. Z filmu dowiadujemy się, że sami twórcy odnieśli się do problematycznej kwestii, prezentując nieszablonowego bratanka Apu. W stopniowym budowaniu kompleksowej postaci Kondabolu nie dopatruje się jednak jakiegoś oświecenia autorów. Według niego, uświadomili sobie po prostu, że znaczna część płacących widzów pragnie zobaczyć wierniejszy obraz samych siebie, przez co prytimitywna stereotypizacja przestała się już opłacać. Dosłownie. O tej zmianie kulturowej Minhaj mówi żartobliwie jako o „nowej brązowej Ameryce”.

Przytyk do społeczeństwa większościowego

W panelu dyskusyjnym po projekcji filmu Kondabulu opowiada o wizerunku, który mieli w głowach funkcjonariusze deportacyjni po 11 września. Uniemożliwiał on widzenie w zatrzymanych pełnowartościowych osób – zamiast nich byli tylko terroryści i Apu. Problem nie tkwi bynajmniej w konkretnym serialu, ale w powszchnym zjawisku reprezentacji, które zachodzi, gdy nie macie wpływu na to, jak wasza społeczność ukazywana jest w mediach. Ironiczną kropką nad i jest w filmie nieobecność dubbera Apu – Azaria – który, obawiając się, że reżyser zmanipuluje wywiad, aby postawić go w złym świetle, wolał całkowicie zrezygnować z uczestnictwa. Takim przywilejem Hindusi nie dysponowali.

 

Pięćdziesięciominutowy dokument odsłania związane z uwielbianą postacią specyficzne doświadczenia pewnej grupy osób, o których większość widzów nie miała dotąd pojęcia. Jest to przytyk do społeczeństwa większościowego, na który mniejszość pozwala sobie zyskawszy poczucie własnej wartości i zakorzenienia w miejscu, w którym poprzednie pokolenie czuło się jak gość. Nie chodzi tu o próbę ocenzurowania, czy wyeliminowania Apu podejmowaną w imieniu politycznej poprawności. Skoro jednak, jak twierdzą internetowi przeciwnicy społecznej sprawiedliwości, świętości nie istnieją, krytyka powinna dotykać wszystkiego. Akurat gigant pod tytułem Simpsonowie z tego powodu zbytnio nie ucierpi.

**
Tekst ukazał się pierwotnie w magazynie internetowym A2larm. Z czeskiego przełożyła Katarzyna Jurczak.

Bio

Slavoj Žižek

| Filozof, marksista, krytyk kultury

Słoweński socjolog, filozof, marksista, psychoanalityk i krytyk kultury. Jest profesorem Instytutu Socjologii Uniwersytetu w Ljubljanie, wykłada także w European Graduate School i na uniwersytetach amerykańskich. Jego książka Revolution at the Gates (2002), której polskie wydanie pt. Rewolucja u bram ukazało się w Wydawnictwie Krytyki Politycznej w 2006 roku (drugie wydanie, 2007), wywołało najgłośniejszą w ostatnich latach debatę publiczną na temat zagranicznej książki wydanej w Polsce. Jest również autorem W obronie przegranych spraw (2009), Kruchego absolutu (2009) i Od tragedii do farsy (2011).

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Z dużego miasta

A ja nie rozumiem tego całego oszukiwania. Moja rodzina jest wielowyznaniowa: są katolicy, ateiści, świadkowie Jehowy, luteranie i nawet jeden buddysta. I co? I nic.

Może już czas, żebym przestał gadać.
- fakt

Po pierwsze, w przypadku Mikołaja i tych wszystkich rytuałów okołoświątecznych nie mamy o czynienia z żadną "niepierwszoosobowa wiarą", to jest najwyklejsza poza i zabawa. Porównanie tego do młynków modlitewnych jest kompletnie bezsensowne. Po drugie, akcja filmu "Życie jest piekne" nie toczy sie w Auschwitz. Co do fabuły to dodam, że w niczym Benigniego nie uchroniłoby - a nawet wprost przeciwnie - gdyby syn udawał zabawę, ten drastyczny zwrot akcji zrujnowałby zresztą ten i tak średni film. Po trzecie, śmiech z puszki nie występuje w żadnych filmach komediowych, fabularyzowanych serialach ani też w serialach animowanych. Znajdują zastosowanie jedynie w sitcomach, więc ma to dużo większy związek z "odtrętwieniem" teatralnej formy niż zarażaniem śmiechem, choć nie twierdzę że to ostatnie nie ma znaczenia. Podsumowując, nie przesadzajmu, zwykłe naditerpretacje udające błyskotliwe myśli, jak zwykle u Żiżka.

W wypowiedzi Żiżka nie chodzi przecież o przyporządkowanie śmiechu z off określonemu gatunkowi telewizyjnemu. Nie chodzi także o analizę alternatywnego zakończenia filmu ŻYCIE JEST PIĘKNE. Nie chodzi nawet o clou tej wypowiedzi, które trudno jest jednoznacznie określić. Chodzi o to, że istnieje w naszym życiu zbiorowym pewien porządek ogólników, który ustanawia jednostkową widzialność rzeczy. A niektórzy z nas widzą rzeczywistość wyłącznie z żabiej perspektywy. Tam małostkowość, bezduszność, kompleksy i frustracja zniekształcają obraz świata.

Odnosnie swietego Mikolaja, to chodzi o male dzieci. I w ich przypadku to może faktycznie wiara, nie poza. W kazdym razie tak mi sie wydawalo. Nam się coś na tym enginie autentycznie zdarzyło. Odgrywalismy dla córki spektakl z Mikołajem, bo fajny. A ona z przejęciem wierzyła, przeżywała żeby nie zapomnieć o ciasteczkach, miała pomysły jakie są odpowiednie i tak dalej i tak co roku, a z każdym rokiem stawało się coraz bardziej jasne że ona nie może w to juz wierzyć. I tak właściwie nie skapnelismy się kiedy przestała, czy od początku po prostu uważała to za świetną formę zabawy. Ale gdy była malutka to przynajmniej my sie sami nabralismy- myslielismy, ze naprawdę wierzy.
A filmu nie widziałem, ale całkiem możliwe. Zizek mocno przekreca. Takie mu wychodzą luźno zdyscyplinowane złote myśli jak z nad piwa.