Czytaj dalej

Nie ogarniamy rzygania dupami

Koncert Gangu w Ząbkowicach. Gimbaza polska. Nadchodzące pokolenie, które będzie urządzało ten kraj.

Wyszedł z busa w otoczeniu Kowali, Śliwki i kilku innych, bezimiennych. Mogli równie dobrze być Betonem, Balonem czy Blachą – na jedno by wyszło, bo i tak nawet rąk im nie podali. Były powietrzem. Tacy chłopcy widzą tylko laski z wyraźnym makijażem, po szmince rozpoznają dziewczyny, jak są zrobieni. Z Ząbkowic trochę się przecież jedzie do centrum, a coś po drodze robić trzeba.

Zaraz za przystankiem Śliwka wyczarował skądś wódkę, którą zaczął obdzielać kolegów, ale już nie Julkę i Kamilę, szkoda czystej na ich fazę. Po wypiciu żarty chłopaków jeszcze się wyostrzyły, ale Karol chociaż złapał Julkę za rękę i zaczęła robić się dumna. Kamila została sama z Betono-Blachami i marzyła, żeby Chomik już do nich dołączył.

Niestety koncert trwał już w najlepsze i postanowili dotrzeć pod scenę trikiem „na Józka”. To znaczy krzycząc najgłośniej jak się da: „Józek! Józek! Idziemy!” i torując sobie tym samym drogę. Nie przeszkadzały im oburzenie obcych ludzi: „Kurwa, gdzie się ryjesz?” i pomruki „Co za…”, na które odpowiadali: „Coś się nie podoba? To do Józka!”.

Kiedy stanęli zaraz przed barierkami, Julka pomyślała, że będzie już tylko lepiej. Nie da się przecież zrobić boruty, stojąc w miejscu. Stanie przed Karolem, on ją złapie w pasie, będą się bujać.

Wtedy dopiero spojrzała na scenę. Nie było na niej bandy zwinnych ziomków, jak ci z Ząbkowic, tylko podstarzały koleś w obcisłej koszulce z napisem „Gang Rzeczpospolitej”. Koszulka XL wciśnięta w dżinsowe spodnie z wysokim stanem. Akurat była przerwa między utworami, wykrzyknął: „Tak się bawi, tak się bawi!”, a pod sceną rozległ się równy jak hymn Zagłębia krzyk: „Wielka, Wielka, Wielka Polska!”. „Gdzie idziemy, gdzie idziemy?” – „Gdzie Polacy – nie uchodźcy!”.

Jeden z kolegów, pod sceną, zdjął wtedy bluzkę. Miał tatuaż z wężem, Voldemort podobnym znakiem przywoływał śmierciożerców. Zawtórował mu jeszcze jeden i drugi, co sprawiło, że raz na jakiś czas kropelka potu spadała na nią bezpośrednio z ich klatek piersiowych lub ramion.

Śmierdziało słono-kwaśnym i wódką.

Karol naprawdę robił niezłe wrażenie ze swoją przygarbioną postawą w T-shircie, bez zbędnych wygibasów. Niestety nie miał z Julką żadnego kontaktu. Oczy rozbiegane, wzrok wbity w astralny pył, ciało oddzielone, nie dotykał jej.

To w sumie dziwne, że reszta chłopaków zdjęła koszulki przed G.RP, jak dziewczyny tańczące topless na barze, a najniższy z nich macha spoconym T-shirtem z napisem „Zakaz pedałowania”, prężąc się z szałem w oczach. Brakuje mu tylko róży w zębach. To musi być jakiś rodzaj miłości.

Kątem oka wyhaczyła Chomika, który podszedł do Kamili i zrobił dokładnie to, co powinien Karol, ale nie mógł, bo zamienił się w żołnierza G.RP – pocałował swoją dziewczynę i objął ją pasie. Później gadali sobie coś na ucho. W tle leciał tekst, który miał być śmieszny, ale nie był: „Kiedy przyjdzie Wielka Polska, / Nikt nie będzie śmiać się z wąsa”. Chomik w pewnym momencie schylił się w stronę Kamili jeszcze bardziej i zaczął robić jej, tak się przynajmniej wydawało Julce, malinkę. Tym bardziej, że airmaksiara odchyliła, ruchem znanym z reklamy szamponu z odżywką, głowę do tyłu. Karol ma dziewiętnaście lat i zachowuje się tak, jakby nie kumał, że Julka potrzebuje, żeby publicznie jej dotykał albo chociaż złapał za rękę. O to przecież chodzi.

Kiedy zespół zapowiedział piosenkę pt. Suki z drogi, Julka zadecydowała, że przebije się znowu przez tłum i pójdzie do toi toia. W drugą stronę powinno być łatwiej. Rzecz jasna nie pójdzie do kibla sama, tylko z Kamilą. Po drodze minęła kilku znajomych, większość w jej wieku. Nie przypuszczała, że zespół jest taki popularny, ale może to po prostu dni „Wątroby Hut­niczej” (ojciec tak nazywał dni Dąbrowy Górniczej) i dlatego. Nawet jakieś starsze panie w kapeluszach przeciwsłonecznych podrygiwały do tekstu „Szanujcie matki, / Pierdolcie cichodajki, / One wam kupują buty z najki, a nie z bajki, / Głupie szmaty mają za dużo hajsu do wydania, / Ale taka nie dołoży ci nawet do mieszkania, / Jebaj taką dupę, / Jebaj jej dupę i hajs, / Ona zrobi ci z życia nie polski bigos, a niemiecki szajs”.

– A gdzie masz Usziego?
– Pod sceną.
– Chomik też został?
– No.

Chwilę pomilczały, aż usłyszały jakieś hasło ze sceny i zaczęły się śmiać.

– Masz pożyczyć błyszczyk? Zostawiłam swój w domu.
– Jasne, masz.

Spojrzały na watę cukrową.

– Obleśny ten koleś z G.RP.
– Ja już Biebera wolę. Ile ten niby-raper ma lat? Czterdzieści?
– Dziwnie gada, sepleni i w ogóle. Gruby jest.
– A pół Ząbkowic się przed nim rozebrało.
– Idziemy na watę?

Julka wysłała esemesa do Karola, a Kamila do Chomika nie. I tak sam do niej zadzwoni po koncercie. Ostatecznie stwierdziły, że kupią sobie jeszcze piwo z sokiem malinowym na pół. W sumie to dni miasta, wypiją sobie gdzieś na uboczu i nikt się nie kapnie. Kolejki i taki upał, że nikt nawet nie wpadłby na sprawdzanie dowodów.

Usiadły na murku i piły: dwa łyki, zmiana, dwa łyki. Zaczęła się rozmowa o Oliwce i że pewnie jakby z nimi była, to też by na G.RP nie wytrzymała. „Dasz mi jeszcze raz błyszczyk?” Później ustawiały w kolejności od „najmniej lamowego” do „najbardziej lamowego” chłopaków z Ząbkowic. Karol był u Kamili wysoko, co Julka sobie dobrze zapamiętała. Wyżej dała tylko Sulika, który jej samej w ogóle się nie podobał, bo powtarzał cały czas „i teges”. To nawet śmieszne. Przychodzi Sulik do lekarza i teges. Kamila tak się śmiała, że zapomniała znowu poprosić Julkę o błyszczyk. Wyglądała przez to nawet ładnie, nie świeciła się cała.

W tle dotarł do nich tekst, z którego zrozumiały: „Rzygać dupami, / Co nie potrafią składać origami, / Moja królowa mi się składa jak chce, / Na plecach nosi tatuaże «G.RP», / Tatuaże «G.RP»”.

– Myślisz, że to jest serio?
– Na komórce sprawdzę tekst. Chwila.

Kamila wrzuciła w tym czasie kubek po piwie do kosza.

– „Rzygać dupami”, takie hasło.
– Powaga?

Zaraz po tym zrobiły sobie selfi na murku i dodały status „Nie ogarniamy rzygania dupami” – w obliczu wyzwania. Zero lajków. Chyba wszystkim ten tekst się podoba. Odświeżyły fejsa, każda z osobna kilka razy, ale dalej nic. Piętnaście minut.

– Kasujemy?
– Tak. To byłoby lepsze na snapa bez napisu, ale już trudno.

Zaraz po tym pipnął mesendżerem Chomik: „Gdzie?”. Musiał wymięknąć, nie nadawał się do obijania pod sceną ze spoconymi chłopakami. Mogliby jego chomikowatość zgnieść. Dotarł do murku, przytulił Airmax i powiedział do Julki:

– Słuchaj… Karolowi odpierdala. Nie idź do niego teraz. Wrzucił coś.

Wtedy Julka się wkurzyła. Jakiś Chomik jej mówi, czy ma iść albo nie iść do swojego chłopaka (btw nawet nie odpowiedział na jej esemesa, ale oni nie muszą tego wiedzieć). Próbowała więc zgrywać taką, co jej to nic nie robi.

– Nie pierwszy i nie ostatni raz. Co za różnica?
– No jest różnica. Ma pianę w kącikach ust, powaga.

Zaczął się śmiać, a Julka nie. Nie może ośmieszać jej chłopaka.

– Jak bokser – dorzuciła Kamila i złapała się zaraz po tym za usta, żeby zatamować śmiech.
– Odwalcie się od Karola, niech sobie wrzuca, co chce. To jego sprawa. A wyzywanie go od psa to przegięcie.

Obróciła się na pięcie.

– Julka… sorry, przecież nie o to mi chodziło, wiesz. Oliwka po prostu by nie chciała. Ona mówiła, że Karolowi odpierdala, jak…

Przesadził.

– Nie chciałaby też, żebyś chodził z Kamilą! A to robisz! Nara!

Zostawiła ich na murku i poszła. Koniec. Znalazł się strażnik Teksasu kolejny, Chomikman. Bez kitu. Chłopak pewnie na nią czeka, nawet jak sobie coś wrzucił, to tym bardziej wolałaby przy nim być. Tak to zostanie ze swoimi koleżkami, którzy zaraz narobią wokół niego hałasu i ich zgarną pały. Boże, żeby tylko nie spotkała jakiejś ciotki, nauczycielki, mamy. „Cześć. To mój chłopak. Karol. Ślini się, bo ma taką chorobę, która sprawia, że nie może ruszać szczęką. To taki chwilowy paraliż. Zaraz przejdzie”.

Zanim zdążyła opracować jakikolwiek plan, wpadła na Karola. Nie wyglądał jak bokser, był zwyczajny, tylko trochę bardziej czerwony na twarzy i… nie miał koszulki. O nie. To chyba gorsze niż ślinotok, bo z daleka widać. Trudno. Wielka miłość nie wybiera.

– Przejdziemy się?

Udawała, że nie wie o dragach, a on, że nie ma żadnej fazy. Chciała się przejść, i to daleko, żeby nikt ich nie spotkał z tą jego gołą klatką w środku miasta.

– Tak. Nie jest ci zimno?
– Spociłem się jak świnia. Ale koncert zajebisty.
– Mhm.

Poszli aż za „Zieloną”, gdzie ucichły dźwięki festynu, i gdzieś tak po pół godziny marszu włożył tę cholerną koszulkę. Wtedy Julka uznała, że mogliby właściwie zawrócić, bo już robi się 21.30. Nie dodała, że stary jej kazał być o 22.00, olała to, wróci, jak chce. Ten jeden raz. Na spacerze najpierw był miły, a później powiedział, że chciałby, żeby się kroili w tym lasku. Głupio się jej zrobiło, bo przecież tak tutaj, teraz, bez przesady. Zaczęła się śmiać i próbowała jakoś zmienić temat.

– Z czego się śmiejesz?

Nic nie odpowiedziała, bo dziwnie na nią spojrzał.

– No z czego? Się śmiejesz?

Dalej nic.

– Myślisz, że jesteś lepsza, co? Że takie jak ty nic nie muszą?

Złapała go za rękę.

– Karol, co ty mówisz. Przecież cię kocham.

Szli dalej w ciszy. Zobaczyła wtedy w kąciku jego ust trochę śliny, piany.

– Minął miesiąc, a ty jak księżniczka.

Nie wiedziała, co powiedzieć.

– Karol, słuchaj. Ja przecież za tobą cały czas, wiesz o tym…
– No to już.

Jak by się zachowała w takiej sytuacji Oliwka? Julka chciała uciekać, ale nie mogła, bo wtedy Karol by z nią zerwał, albo jeszcze gorzej.

Zaczął ją całować, wsadził rękę w stanik. Dotykał tak, jak się maca jabłka, żeby sprawdzić, czy są odpowiednio twarde.

Poczuła w ustach słodko-słono-kwaśny smak, tak jakby zapach spod sceny zmienił stan skupienia i właśnie wszedł jej do ust razem z językiem Karola. Spróbował włożyć drugą rękę w majtki, ale nie ogarniał nawet guzików w jej spodniach. Szepnął wtedy: „Suczko, pomóż”.

Zaczęło jej się nucić „Moja suka mi się składa tak, jak chce”, powtarzało się w kółko, tym sepleniącym głosem. Postanowiła.

Spierdala stąd. To jest obśliniony bokser, a ona znajduje się w pułapce, trzydzieści minut od lądu.

Biegła ścieżką rowerową. Dzisiaj i tak wszyscy nastukani i nie jeżdżą – nawet oni, zdrowi ludzie. Przypomniało jej się, jak w podstawówce chłopcy czasem udają, że posuwają swoje koleżanki. Łapią je za biodra, przystawiają do ich pośladków, kiedy tylko się nachylą albo odwrócą, żeby coś zebrać z podłogi. Inni malują sobie dłonie kredą i odbijają na ich udach i pośladkach, żeby zaznaczyć terytorium. Czuła się właśnie tak. Napisze do Nowego na fejsie albo go wyrzuci ze znajomych, jeszcze nie wie. Póki co, musi biec. Boże, jak dobrze, że włożyła adidasy na wzór Kamili. Napisze list do producenta.

Słyszała za plecami, jakby krzaki się poruszały i zaraz miały z nich wyskoczyć welocilaptory.

Tyranozaur pewnie jej nie dogoni, idzie powoli, obśliniony tym swoim dziwnym środkiem na obleśność.

Spojrzała na smartfona, chciała zadzwonić do Kamili, żeby wyszli jej z Chomikiem naprzeciw. Była 21.55. Wtedy wjechał w nią rowerzysta z aplikacją Endomondo na ramieniu.

Nie załatwił jej chłopak, który zaraz ją porzuci, tylko Jurek, lat pięćdziesiąt pięć. Tym samym może ją ratując, nie wiadomo.

Fragment powieści Ma być czysto, która ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Zapraszamy na premierę we wtorek, 11 października, godz. 19.00, Księgarnia Moda na czytanie, ul. Bracka 25, Warszawa.

O książce porozmawiają Anna Cieplak, Lidia Ostałowska i Roman Kurkiewicz.

**Dziennik Opinii nr 285/2016 (1485)

Bio

Anna Cieplak

| Animatorka kultury, pisarka
Animatorka kultury, aktywistka miejska, autorka książek "Zaufanie" (2015), "Ma być czysto" (2016). Na co dzień pracuje z dziećmi i młodzieżą (od 2009 w Świetlicy Krytyki Politycznej "Na Granicy" w Cieszynie), nagrodzona za działalność w zakresie kultury przez MKiDN (2014), stypendystka programu "Aktywność obywatelska" (2015).

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.