Kraj

Zapomniany wymiar przemocy domowej

Jeśli nie spełniasz oczekiwań, za bardzo utrudniasz ludzkie życie, wylatujesz z domu i kończysz na ulicy lub w schronisku.

Udomowiliśmy zwierzęta tak dawno, że większość z nas nie jest zdolna do stawiania pytań o  dopuszczalność kontynuowania tego procesu. Traktujemy ten rodzaj relacji jak odwieczną właściwość świata, której nie ma możliwości, a więc i sensu, podważać. Coś normalnego, naturalnego, nie do uniknięcia. Bardziej jak obecność bakterii na skórze niż tatuaż, a więc jak coś biologicznego, a nie jak cechę kultury.

Udomowienie bardzo rzadko poddajemy jakiejkolwiek refleksji. Raczej po prostu je kontynuujemy, powielając określone zachowania. Nie traktujemy ich jak wybór realizacji określonej wizji świata, która ma alternatywę. Część z nas jest świadoma, że niektóre formy relacji z udomowionymi zwierzętami są wątpliwe etycznie lub wręcz patologiczne. Jednak ta świadomość nie prowadzi zwykle do negacji dopuszczalności udomowienia jako takiego. Krytykując te jego formy i praktyki, które aż prosi się nazwać zniewoleniem zwierząt, jak chów przemysłowy lub trzymanie psa na łańcuchu, często za dobry przykład podaje się łagodniejsze formy uzależnienia.

Udomowione zwierzęta to zarówno te, które całe życie spędzają zamknięte na małej przestrzeni, stojąc na betonie lub drucianej kracie, w gęstym odorze wydzielin, gryząc metalowe kraty pośród setek i tysięcy sobie podobnych, jak i te, które drzemią pachnące na miękkich poduszkach w jasnym, przestronnym salonie, znudzone nadmiarem smakołyków i pieszczot. Budowanie takiego kontrastu jest jednak zwodnicze. W obu przypadkach rzeczywiste potrzeby zwierząt pozostają nierozpoznane.

W przypadku tych pierwszych słowo „udomowione” brzmi jak okrutna drwina. Każdy przytomny, bezstronny obserwator przyzna, że w przypadku tzw. zwierząt gospodarskich bardziej pasuje określenie „uwięzione” lub „izolowane”. Większość z nich jest uwikłana w proces chowu przemysłowego. One nie mają wstępu do naszych domów, ani symbolicznie, ani dosłownie. Mogą się w nim pojawić, gdy już je zabijemy i poćwiartujemy. Można by to skwitować tak: trochę za późno na bliskość i rozpoznanie czyjejś wartości.

One nie mają wstępu do naszych domów, ani symbolicznie, ani dosłownie. Mogą się w nim pojawić, gdy już je zabijemy i poćwiartujemy.

Te drugie natomiast, o ile nie są zmuszone do pracy na bandyckich warunkach jako pracownicy ochrony, jak na przykład psy na przydomowych podwórkach, wydeptujące klepisko o średnicy równej zasięgowi łańcucha, mogą mieszkać z nami. Nie odważyłbym się nazwać tego przywilejem, chociaż oczywiście dla części zwierząt oznacza to dobre życie. Jednak wiele tzw. zwierząt towarzyszących bywa nie tylko ofiarami niezrozumienia ich podstawowych potrzeb, ale często także przemocy domowej. To, że w tym pojęciu rzadko zawiera się krzywda zwierząt, jest kolejnym przejawem szowinizmu kultury, w jakiej żyjemy.

Przemoc domowa wobec zwierząt jest powszechna. Kto zliczy kopnięcia, ciosy, decybele krzyku, których psy doświadczają codziennie?

A przypadki duszenia źle dobranym kagańcem, kaleczenia kolczatką, głodzenia lub doprowadzania do chorobliwej otyłości? A zbyt rzadkie lub nieodpowiedzialne wyprowadzanie na spacer, na przykład bez zrozumienia, że rozgrzany asfalt może parzyć łapy? A wszystkie te momenty, kiedy zwierzę czeka we własnych odchodach, aż wróci opiekun?

Kto liczy urazy podczas z pozoru niewinnej zabawy? Rzadko mówi się choćby o bardzo licznych przypadkach kontuzji podczas treningów i zawodów agility. Zachęca się do ćwiczeń zwierzęta, które nie mają do nich predyspozycji, ani fizycznych, ani psychicznych. Jest duże prawdopodobieństwo, że naderwą ścięgno, połamią kości, a przynajmniej doznają niepotrzebnego stresu.

A zaniedbanie opieki weterynaryjnej? Czy odmowa prawa do profilaktyki i leczenia nie jest formą przemocy? Wiele zwierząt mieszkających w domach ludzi ma nieleczone problemy z zębami, skórą, sierścią. Ludzie trzymają w domach zwierzęta bez refleksji, że wymagają one stałej pielęgnacji.

No i jeszcze długa lista lęków, których nie próbuje się zrozumieć i którym nie próbuje się zapobiec w procesie wychowania zwierzęcia, a które potem tak bardzo denerwują i przeszkadzają. Zwierzęta są nagminnie i dotkliwie karane za zachowania, za które w dużej mierze odpowiadają ludzie. Ludzcy ignoranci, którzy rzadko zasługują na miano opiekuna lub opiekunki.

Nie będę próbował tworzyć kompletnego wykazu aktów przemocy domowej wobec zwierząt. Wystarczy tych kilka przykładów, które każdy potwierdzi i zrozumie. Dodam tylko jedną myśl: udomowienie bardzo często bywa warunkowe. Jeśli nie spełniasz oczekiwań, za bardzo utrudniasz ludzkie życie, przestajesz być zwierzęciem towarzyszącym. Wylatujesz z domu i kończysz na ulicy lub w schronisku. Nie nadajesz się, by być częścią wspólnoty. Niczemu nie jesteś winny, ale skazują cię na najgorsze.

Niewielu teoretyków relacji człowieka z resztą zwierząt decyduje się na głoszenie postulatu całkowitego odejścia od udomowienia. Ci, którzy to robią, nie znajdują wielu zwolenników. Pośród tych, którzy kiedykolwiek zastanawiali się nad tego typu problemami, większość wydaje się przekonana, że są możliwe powszechne i jednocześnie nieopresyjne relacje międzygatunkowe ze zwierzętami, które udomowiliśmy. Czym innym jest jednak pytanie, czy są możliwe, a czym innym, czy są możliwe powszechnie.

W pierwszym przypadku odpowiedź jest oczywista. Relacje ze zwierzętami mogą być głębokie, pełne troski i zrozumienia. To niepowtarzalna forma kontaktu i komunikacji, wymiana pozytywnych emocji o wielkim natężeniu. I kawał wiedzy o świecie – coś jakby zaglądać w jego unikalny wymiar. Nie da się go wiernie oddać opisem literackim i pewnie długo jeszcze nie da się go symulować żadną technologią.

Odpowiedź na pytanie, czy może się to stać normą społeczną, nie jest już tak oczywista. Przeciwnicy udomowienia mówią: koszty, jakie ponoszą dziesiątki milionów źle traktowanych zwierząt towarzyszących, są zbyt wielkie. Ich zdaniem powinniśmy poświęcić ten rodzaj relacji, przestać rozmnażać te zwierzęta, bo w większości jesteśmy trwale niezdolni do międzygatunkowego partnerstwa.

To przytłaczająca myśl, że w imię zapobiegania złu powinniśmy dążyć do odosobnienia. Jakbyśmy byli nierokującymi recydywistami.

Tezę, że nimi jesteśmy, uprawdopodabnia niestety stan relacji międzyludzkich.

***

Dariusz Gzyradziałacz społeczny, publicysta, weganin. Kontakt: http://gzyra.net

EBOOKI-KRYTYKA-POLITYCZNA

**Dziennik Opinii nr 247/2016 (1447)

Bio

Darek Gzyra

| Działacz społeczny, artysta, weganin
Działacz społeczny, publicysta, artysta, weganin, doktorant w Instytucie Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie. Jeden z założycieli Stowarzyszenia Empatia.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!