Kraj

Stawiszyński: Jak przebiegle próbuję niszczyć polski Kościół

Co szczęśliwie zdemaskował Filip Memches.

Jakiś czas temu wziął mnie na swój ortodoksyjny celownik publicysta „Rzeczpospolitej” Filip Memches. W tekście o przewrotnym tytule Tęsknię za komunistami wspomniał nasz wspólny występ w programie Hala Odlotów w TVP Kultura i wyraził przekonanie, że mój nieśmiały głos sympatii pod adresem papieża Franciszka oraz teologii horyzontalnej – który spotkał się z aprobatą również obecnego w studio dominikanina Tomasza Dostatniego – jest w istocie przebiegłym działaniem o charakterze dywersyjnym. Idzie tu bowiem nie o żaden „dialog wierzących z niewierzącymi”, a o zniszczenie Kościoła świętego czy może w ogóle cywilizacji białego człowieka, a następnie odtańczenie na tych zbezczeszczonych zwłokach perwersyjnego, bluźnierczego tańca, którego monstrualną ohydę mógłby adekwatnie wyrazić co najwyżej Howard Philips Lovecraft.

Cóż, w zasadzie rozumiem oburzenie Memchesa. On przyszedł do tego programu, żeby się bić („Do boju, do boju, do boju!”), tymczasem wszyscy spokojnie rozmawiali sobie przy herbacie i jego groźne pohukiwania oraz inne zachowania dominacyjno-rywalizacyjne nie zrobiły na nikim większego wrażenia. Okazało się więc, że nici z ustawki, a bejzbola trzeba schować za pazuchę, zanim się go jeszcze na dobre wyszarpnęło. Jednym słowem – porażka, której gorzki smak osłodzić można ewentualnie jakimś obelżywym okrzykiem z oddali, podającym w zasadniczą wątpliwość morale oraz intencje członków drużyny uznawanej za przeciwną.

Ta postawa nieustającej gotowości do siłowej konfrontacji (by nie sięgać po bardziej kolokwialne określenia) jest w polskich sporach o religię, religijność oraz ich wpływ na sferę publiczną właściwie modelowa. I niekoniecznie występuje wyłącznie po jednej stronie, bo – o czym pisał niedawno Jarosław Makowski, a dawniej Bohdan Chwedeńczuk w tekście o drażliwości religijnej – istnieją również tacy niewierzący, którzy w sposób godny krzyżowców prowadzą swoją emocjonalną krucjatę przeciw znienawidzonemu wrogowi.

To jednak, zgodzimy się chyba, raczej margines, naddatek natomiast tego rodzaju zarzutów kierowanych pod adresem niewierzących przez przedstawicieli i zwolenników Kościoła katolickiego bierze się u tych ostatnich, mam wrażenie, najczęściej ze skrajnego przewrażliwienia i niezdolności do przyjęcia, a nawet wysłuchania najdrobniejszych choćby słów krytyki. Niczym klasycznie narcystyczny podmiot polski Kościół i spora część aktywnych w sferze publicznej katolickich publicystów doznają głębinowej frustracji i dezintegracji, kiedy tylko zetkną się z jakąkolwiek przeszkodą powstrzymującą rwący strumień ich ekspansywnego libido.

W tym sensie nie ma i być nie może żadnej realnej dyskusji pomiędzy polskim Kościołem a niewierzącymi, dyskusja bowiem zakłada w punkcie wyjścia gotowość do wzięcia w nawias swoich przekonań, zakłada więc jakąś elementarną elastyczność zaangażowanych w nią stron, które, przystępując do dyskusji, przyjmują – przynajmniej na chwilę – że mogą z niej wyjść gruntownie odmienione.

Tymczasem nie o dyskusję tutaj przecież chodzi, nie o wspólne wypracowywanie adekwatnego obrazu świata, nie o odnalezienie jakiejś wspólnej płaszczyzny, na której zarówno ten, który w swoim życiu odczytuje znaki działania transcendencji, jak i ten, któremu taka idea wydaje się najwyżej ponurym dowcipem, mogliby się spotkać i wzajemnie zrozumieć. Chodzi natomiast wyłącznie o zastosowanie takiej skutecznej strategii perswazyjnej, która jak najszybciej doprowadzi do uległości maksymalną liczbę tych, którzy nie złożyli jeszcze hołdu ośrodkowemu totemowi i którzy na domiar złego ośmielają się absolutny charakter totemu podawać w wątpliwość.

Wiecznie gotowy do zwarcia i walki, skupiony wokół kilku plemiennych symboli, niezdolny do jakiejkolwiek krytycznej refleksji, zamknięty w pysznym przeświadczeniu o swojej wyjątkowości i prawdziwości, przypisujący sobie moralne prawo do poniżania i obrażania wszystkich, którzy nie chcą podporządkować się jego niepohamowanej żądzy władzy.

Możesz próbować się z przedstawicielami takiego Kościoła porozumieć, ale prawdopodobnie nic konstruktywnego z tego nie wyniknie.

A mogłoby przecież, gdyby uświadomić sobie kilka zasadniczych oczywistości, które wszakże wyznawcy totemicznego katolicyzmu starannie ignorują, a może wręcz wypierają ze świadomości. Zostawiając już na boku wszystkie banały o świeckiej demokracji, której prawna rzeczywistość tworzona jest w oparciu o racjonalizm i naturalizm – czyli przekonanie, że twierdzenia i decyzje trzeba uzasadniać, a ładem, który nas interesuje jest ład rodem z „tego świata”, nie zaś „nie z tego” – istnieje pewna raczej bezsporna egzystencjalna łączność pomiędzy niewierzącymi i wierzącymi, pomiędzy mną a Filipem Memchesem, a także pomiędzy na przykład Jerzym Urbanem i biskupem Hoserem. Tym samym skądinąd biskupem, który niedawno – ku powszechnej uciesze – ogłosił, że niewierzących myślałby obciążać specjalnym podatkiem, winni są bowiem Kościołowi jakieś finansowe zadośćuczynienie za niechęć do zginania kolan przed jego boskim majestatem.

Ta łączność bierze się z naszej fundamentalnej bezradności wobec świata i jego zagadek. Wobec samego faktu istnienia, a także wobec faktu naszej bolesnej, ale niewątpliwej skończoności. Jesteśmy przecież wszyscy w tę rzeczywistość wrzuceni – jak mawiają filozofowie – i na różne sposoby, czasem bardziej systematycznie, a czasem zupełnie po omacku, próbujemy się uporać z wydarzającą się nam, niezależną od naszej woli i, nie da się ukryć, cokolwiek kłopotliwą okolicznością zaistnienia.

Nie wie tego papież Franciszek i nie wie tego Richard Dawkins, choć akurat w tej kwestii tylko ten drugi stara się swoje tezy popierać rzetelną argumentacją. Tak czy owak – w tym egzystencjalnym punkcie wyjścia można by się przecież spotkać. I w gruncie rzeczy tego rodzaju formułę spotkania chciałem w Hali Odlotów zaproponować Filipowi Memchesowi. Tego rodzaju formuła spotkania jest także – jestem przekonany – możliwym początkiem realnego, a nie pozorowanego dialogu pomiędzy niewierzącymi a wierzącymi. Ci ostatni powinni jednak zrozumieć, że ich wiara jest wyborem tak czy inaczej arbitralnym i że nic, co wiemy dzisiaj o świecie, nie musi nas wcale prowadzić do przyjęcia tezy o istnieniu jakiegoś absolutu. Protekcjonalne traktowanie niewierzących jako „wybrakowanych”, albo „definiujących się negatywnie” względem religii to kompletne nieporozumienie. Podobnym wszakże nieporozumieniem jest uważanie wierzących za niebezpiecznych fantastów albo przedstawicieli jakiegoś archaicznego, przedpotopowego świata. W istocie bowiem, żeby do rozmowy w ogóle mogło dojść, obie strony muszą zrezygnować z nadmiernej oczywistości swoich postaw i wyborów. Muszą zobaczyć siebie jako w jakiś sposób bezradnych, słabych, a może nawet – na jakimś poziomie – zwyczajnie przejętych lękiem. Dopiero wtedy ma szansę się pomiędzy nimi pojawić autentyczne poczucie wspólnoty i – last but not least – pokory.

Problem polega jednak na tym, że dominującym językiem katolicyzmu totemicznego pozostaje dyskurs mocy. Sytuacja, w której dysponenci tego dyskursu zapraszani są do realnego dialogu z tymi, którzy odmawiają pokłonienia się przed ich plemiennym atrybutem władzy, bywa dla nich zbyt trudnym do uniesienia egzystencjalnym, psychologicznym i duchowym wyzwaniem. Ci bowiem, którzy w ich przekonaniu albo w pokłonach powinni przyjąć dominację, albo agresywnie stawić im czoło, autoryzując tym samym ofensywne użycie przemocy symbolicznej, nagle zaczynają zachowywać się w sposób, którego protokół wojenny zupełnie nie przewiduje. Wychodzą naprzeciw, proponują dyskusję, nie ulegają wprawdzie, ale i nie reagują lękiem czy agresją. Żadne rytualne barwy ani tańce przedbitewne na nich nie działają. Nie przyjmują już niezawodnych kiedyś argumentów – że „trzeba w coś wierzyć”, że „jeśli Boga nie ma, to wszystko wolno” albo że „Kościół tak czy inaczej jest potrzebny”, nie da się więc ich w ten sposób zneutralizować albo niezauważalnie podporządkować. To musi budzić dezorientację, nie ma się czemu dziwić.

Też, tak jak oni, boję się śmierci, a myśl o konieczności mojego własnego odejścia czy bardziej jeszcze o konieczności nieodwołalnego odejścia moich najbliższych budzi we mnie rozpacz i przerażenie. Też więc, tak jak oni, nie mam pojęcia, jaki – i czy w ogóle jakiś – jest tego wszystkiego sens. Ale zdecydowałem się nie udawać, że jest inaczej, a także nie usuwać własnej niepewności sposobem najprostszym i znanym od zarania dziejów – czyli tropiąc, pouczając i karząc tych, w których dostrzegam tej niepewności ślady i odbicia. Szczerze myślę, że wiecie o czym mówię – Filipie, Tomku, arcybiskupie Hoserze. Spotkajcie się więc ze mną w tym punkcie, zamiast uprawiać agresywne kuglarstwo i potrząsać wojennym totemem, wydając przy tym buńczuczne okrzyki. Na mnie – i nie tylko na mnie – naprawdę w ogóle to nie działa. Dajcie już spokój.

Pogadajmy jak ludzie.

 

**Dziennik Opinii nr 118/2015 (902) 

Bio

Tomasz Stawiszyński

| Eseista, publicysta
Absolwent Instytutu Filozofii UW, eseista, publicysta. W latach 2006-2010 prowadził w TVP Kultura "Studio Alternatywne" i współprowadził "Czytelnię". Był m.in. redaktorem działu kultura w "Dzienniku" oraz szefem działu krajowego i działu publicystyki w "Newsweeku". W Polskim Radiu RDC prowadził audycję "Niedziela Filozofów czyli potyczki z życiem". Autor książki "Potyczki z Freudem. Mity, pokusy i pułapki psychoterapii" (2013).

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.