Kraj

Prekariusze na uczelniach

Wobec naukowców państwo polskie zachowuje się jak klasyczny Janusz biznesu: żąda od nich „badań na światowym poziomie”, ale chce płacić za nie grosze. Za moment na uprawianie nauki będą mogli sobie pozwolić tylko ci, którzy są bogaci z domu – oraz ci, którzy dorabiają, zamiast robić badania.

W listopadzie zostałem profesorem w Polskiej Akademii Nauk. Moja profesorska pensja wynosi 3300 zł brutto miesięcznie, co przekłada się na 2574 zł spływające co miesiąc na konto.

Wrzuciłem tę informację na Facebooka z komentarzem, że pensja jest dokładnie taka sama, jak kasjera w Lidlu, bo widziałem ogłoszenie, że takiego szukają.

Wytłumaczono mi szybko, że padłem ofiarą zabiegu marketingowego, bo w praktyce supermarkety nie zatrudniają na pełen etat i dlatego faktycznie zarabia się tam mniej.

Dörre: Prekariat jest tak stary jak kapitalizm

W sumie jednak w przeliczeniu na godziny państwo polskie wycenia pracę naukowca – i to już nie początkującego – na tyle samo, na ile kapitalista wycenia godzinę pracy kasjera.

Tak, wiem, że moja praca ma pewne przewagi: mogę mieć stopień naukowy na wizytówce i sam reguluję czas pracy, chociaż umowa o pracę zobowiązuje mnie do przepracowania naukowo 40 godzin tygodniowo. W odróżnieniu od kasjera mogę wyjść do toalety, kiedy tylko chcę. Te wszystkie zalety nie przybliżają mnie jednak do zapłacenia rachunków.

Moi koledzy na uniwersytecie zarabiają nieco więcej: według fanpage’u „Apel o podwyżki w szkolnictwie wyższym” jako profesor uczelniany zarabiałbym na uniwersytecie minimum 5275 zł brutto, czyli 3742 na rękę. W PAN pensje są niższe, co można uzasadnić tym, że nie musimy prowadzić dydaktyki. W praktyce jednak jedni i drudzy dostają niewiele.

Wyjaśnijmy: nie mam nic przeciwko temu, żeby kasjerzy zarabiali dużo. Przeciwnie: uważam, że zarabiają za mało. Nie żalę się też na to, że nie starcza mi na życie.

Interesuje mnie jednak ekonomia polityczna pracy naukowej w Polsce. Co proponuje nasze państwo naukowcom? Czego oczekuje w zamian? Na ile kształt tej umowy zdradza realne, a nie deklarowane preferencje i wartości naszej wspólnoty? I wreszcie: na ile praca naukowca w Polsce niepostrzeżenie staje się klasowym przywilejem?

Nadzorować i nie nagradzać

Naukowcy w Polsce zawsze mieli niskie pensje, chociaż nie zawsze było tak źle, jak dziś. Profesor-senior w moim zakładzie wspominał ostatnio, że kiedy sam został docentem w 1980 roku, jego pensja była odrobinę wyższa od średniej krajowej. To oznacza, że PRL płacił naukowcom relatywnie lepiej niż III RP. Według GUS w grudniu 2017 roku średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wynosiło 4973 zł, a więc zarabiam – jako profesor – blisko 1700 zł mniej.

Za te pieniądze kierownicy polityki naukowej w Polsce oczekują prowadzenia badań na światowym poziomie – przez co rozumieją np. publikowanie w najlepszych światowych czasopismach w swojej dziedzinie. (Kwestia tego, czym są „badania na światowym poziomie”, jest złożona i zostawmy ją tu na boku; zgódźmy się, że wymaga to czasu, wysiłku i pieniędzy.)

Gdula: Gorzej niż dziadostwo

W 2007 roku ówczesna ministra nauki w rządzie PO-PSL, prof. Barbara Kudrycka, rozpoczęła reformę nauki w Polsce. Sprowadzała się ona do propozycji złożonej naukowcom: „wy będziecie prowadzić badania na światowym poziomie, a my wam będziemy za to lepiej płacić — może nie jak na świecie, bo jednak jesteśmy w Polsce, ale przynajmniej w sposób nie urągający ludzkiej godności”.

W retoryce i w praktyce reformy naukowcy traktowani jednak byli jak lenie i nieroby, których trzeba nieustannie bodźcować, dyscyplinować i nadzorować – ponieważ inaczej będą tylko markować pracę. W tym celu zmieniono zasady zatrudniania, wprowadzając umowy terminowe, regularne oceny dorobku oraz wycenę pracy naukowców w punktach. Rząd rozwinął też system grantowy, który przez kilka lat (potem to mocno ograniczono, o czym powiem nieco więcej niżej) umożliwiał pozyskanie znaczącego dodatku do pensji.

Czytelnika może bardzo trafnie uderzyć w tym systemie nierównowaga pomiędzy rozbudową systemu nadzoru i kontroli oraz zerową pozytywną motywacją do pracy.

Kto bogatemu zabroni

„Rząd zwiększył nakłady na naukę. Dobra pogoda dla tych, którzy prowadzą badania na światowym poziomie” — cieszył się wicepremier Gowin w „Radiu Zet” 20 listopada. Jak szybko sprawdziła Agata Szczęśniak z OKO.press, nakłady na naukę wzrosły o ok. 0,02 proc. PKB. Gowin jednak uznał ten wzrost za „znaczący”. We wrześniu zapowiadał: „studia w Polsce będą wreszcie na światowym poziomie (…) Jeśli chcemy, żeby nasze uczelnie kształciły na wysokim poziomie, to nie ma innego wyjścia, trzeba zwiększyć poziom wymagań zarówno na wejściu, w trakcie studiów, jak i na wyjściu”.

Kto chce nam zabrać uniwersytet?

czytaj także

O tym, że nakłady na naukę w Polsce, liczone nawet jako procent PKB, a nie tylko w liczbach bezwzględnych, są u nas żałośnie niskie i stawiają nas w absolutnym ogonie krajów pretendujących do nazwy rozwiniętych, wiadomo nie od dziś i nie ma sensu się na tym rozwodzić. To stała sytuacja w Polsce niezależnie od tego, kto rządzi: nie zrobiła z tym nic Platforma i nie zrobił z tym nic PiS.

W wypowiedziach Gowina interesujące jest jednak co innego: nieustanne opowieści o „badaniach na światowym poziomie” oraz „zwiększonych wymaganiach” (wobec studentów, ale większe wymagania wobec studentów wymagają większej pracy ze strony wykładowców).

Państwo polskie zachowuje się więc jak klasyczny Janusz polskiego biznesu. Chce płacić grosze i mieć za to „światowy poziom”. Część polskiego biznesu już zrozumiała, że rzeczywistość działa na innych zasadach: za małe pieniądze dostaje się kiepski produkt. Do ministra jeszcze nie dotarło.

Gowin namaścił antydemokratyczną Ustawę 2.0

Jak sobie naukowcy radzą? Bardzo różnie. Rodziny dwóch moich przyjaciół utrzymują w większej części lepiej zarabiające żony. Trzeci kolega wybrał wariant ascetyczny: nie ma rodziny i nie zamierza jej mieć. Mieszkanie w Warszawie odziedziczył. Do czwartego nieustannie dopłacają rodzice, chociaż niedawno stuknęła mu czterdziestka. Kupili mu mieszkanie, a ostatnio dostał od taty samochód. Wszyscy łapią chałtury.

Naukowcy więc „radzą sobie” – zarabiają gdzie indziej, ewentualnie pracują na dwóch etatach (ja tak robię, a oprócz tego dorabiam dodatkowo pisaniem). Ponieważ doba ma tylko 24 godziny, muszą optymalizować swoją pracę. Grają więc z nadzorcą w kotka i myszkę – kalkulują starannie, ile zrobić i za ile punktów, żeby ich nie wyrzucono. Robią minimum, resztę czasu poświęcając na zarabianie na życie. Większy nadzór, rozliczanie punktów i okresowe oceny wyzwalają kreatywność – ale w grze z nadzorcą, a nie w pracy naukowej.

Nie ma w tym systemie ani cienia wzajemnego zaufania, ani nawet śladu racjonalności. Państwo polskie wydało pewnie około kilkuset tysięcy złotych — zaczynając od kosztu samych studiów i stypendiów, które dostawałem jako zdolny student – żebym 23 lata później został profesorem. Następnie te pieniądze beztrosko Rzeczpospolita wyrzuca na śmietnik, zmuszając mnie do zarabiania na życie w sposób, który w ogóle stopni naukowych nie wymaga. Powtórzę: mam z czego żyć i nie narzekam na swoje życie, ale takie marnotrawstwo naprawdę nie ma sensu.

Radzimy sobie

„Przecież możecie sobie dorobić” – tak zwykle wygląda reakcja na utyskiwania naukowców, że mało zarabiają.

Oczywiście, że możemy. I dorabiamy. W praktyce jednak staje się to coraz trudniejsze:
– dobrą dekadę temu skończył się wyż demograficzny i boom na uczelnie prywatne, w których można było dorobić;
– wprowadzono rozróżnienie na pierwszy etat naukowy i kolejne – dziś naukowiec ma wartość dla uczelni wtedy, kiedy pracuje na pierwszym etacie, bo wówczas jego dorobek i stopień liczy się w ocenie uczelni
– w 2015 roku radykalnie ograniczono możliwości dorabiania do pensji z grantów. W tej chwili kierownik grantu może dostać za to ekstra około tysiąca złotych brutto miesięcznie – o ile dobrze interpretuję regulacje. (Wyjątkiem od tej zasady jest sytuacja, w której kierownik przejdzie na etat w całości finansowany z grantu; wtedy maksymalna pensja wynosi 10 tys. złotych brutto pracodawcy, tzw. brutto brutto, co przekłada się na ok. 6 tys. złotych na rękę miesięcznie; szczegóły można znaleźć na stronach Narodowego Centrum Nauki.)

Dodajmy, że grant nie jest prezentem ani nagrodą za dobre sprawowanie. Formalnie rzecz biorąc dostaje się go na badania prowadzone dodatkowo – poza tymi, do których naukowiec zobowiązany jest w trakcie pracy etatowej.

Sedno sprawy nie polega jednak na tym, że naukowcy „mogą dorobić” oraz że „poradzą sobie”. Poradzą sobie i radzą. Jest jednak hipokryzją oczekiwanie, że efektem tego „radzenia” będzie uprawianie nauki na światowym poziomie. Jeśli zatrudniamy kogoś na serio do pracy naukowej – wtedy płacimy mu (jej) na serio, czyli tyle, żeby mógł (mogła) się z tej pracy utrzymać. Pracowałem w różnych biednych krajach, w tym dużo biedniejszych od Polski, i w większości jakoś znajdowały się pieniądze, żeby płacić swoim profesorom tyle, aby mogli utrzymać się na poziomie przynajmniej niższej klasy średniej. Polska tego nie robi i raczej nie zrobi, co pokazuje realne – a nie deklarowane – priorytety rozwojowe naszego kraju.

Badaj mniej, zarobisz więcej

Oczywiście nie wszyscy naukowcy w Polsce zarabiają mało. W czerwcu 2017 roku prof. Jan Tadeusz Duda, ojciec prezydenta Andrzeja Dudy opublikował swoje oświadczenie majątkowe. Jego dochody pochodziły z pracy na dwóch etatach – w AGH w Krakowie oraz PWSZ w Tarnowie – oraz emerytury i diety radnego sejmiku wojewódzkiego. Miał też dochody z tytułu praw autorskich. W sumie zarobił 434 tys. złotych rocznie, czyli ok. 36 tys. złotych miesięcznie. „No tak wyszło… Pracuję jako profesor na dwóch uczelniach, mam sporo zajęć, uczestniczę w naukowych grantach, zdecydowałem się pobierać emeryturę. Może i wyszło dużo, ale nadal z żoną jesteśmy ubodzy duchem” – skomentował prof. Jan Duda.

Dochody prof. Dudy byłyby zacne pod każdą szerokością geograficzną, w Polsce sytuują go zapewne w górnym 0,01 proc. najlepiej zarabiających. Wypada złożyć mu gratulacje. Przytaczam jego przykład, ponieważ jest pouczający: można w świecie uniwersyteckim żyć na wysokiej stopie jeśli a) jest się na szczycie hierarchii akademickiej (nawet prowincjonalnej) oraz b) posiada się kilka źródeł dochodu, w tym związanych z pracą społeczną (np. dieta radnego, chociaż w tym wypadku to tylko 28 tys. złotych).

Prezentacja w PowerPoincie? Powinni tego zabronić

czytaj także

Nikt, jak się zdaje, nie zadał prof. Dudzie pytania, ile czasu po tych wszystkich aktywnościach dydaktycznych i społecznych zostaje mu na pracę badawczą.

Morał: naukowiec może zarobić na godne życie, ale wówczas, gdy nie zajmuje się badaniami. Poświęcanie im czasu przynosi netto stratę finansową, bo u nas płaci się za wszystko inne – w tym za dydaktykę oraz różne aktywności społeczne. Najbardziej opłacalną strategią – i jedyną pozwalającą żyć godziwie – jest więc wypełnianie formalnych zobowiązań pozwalających się rozliczyć z „pracy naukowej” (nie da się w tym wypadku uniknąć ironicznego cudzysłowu) przy jak najniższym wydatku czasu.

Urzędnicy w ministerstwie rzecz jasna o tej kalkulacji wiedzą. Stąd nieustające majstrowanie przy formalnych wymaganiach, które trzeba spełnić, żeby się utrzymać w naukowej pracy. Urzędnicy – co być może jest właściwe dla ich zawodu – uważają, że można zmusić naukowców do pracy za pomocą formalnych kryteriów, np. odgórnie nakazując im rozliczać się co roku z odpowiedniej liczby punktów za publikacje w czasopismach znajdujących się na odpowiednich listach ministerialnych. Naukowcy oczywiście grają z tym systemem, próbując zdobyć punkty jak najniższym kosztem.

Hobby dla bogatych?

W styczniu 2018 roku wicepremier Gowin zapowiedział podwyżki w nauce – wynagrodzenia mają być powiązane ze średnią krajową, przy czym minimalna stawka dla zatrudnionego na uczelni (nie w PAN) profesora zwyczajnego, czyli tzw. belwederskiego, wyniesie 150 proc. średniej krajowej. Zobaczymy, co z tych obietnic zostanie. Na razie rząd PiS obniżył wynagrodzenia wielu naukowcom – nawet o kilkanaście tysięcy rocznie – utrudniając im korzystanie z ulgi podatkowej dla twórców. Nie rozwiąże to problemu, ale zmniejszy presję na dorabianie.

Nauka? Praca jak każda inna!

Sytuacja pracowników nauki, zwłaszcza tych młodszych i zatrudnionych na zlecenie – a tych jest proporcjonalnie coraz więcej – jest na całym świecie fatalna. Pod koniec 2017 roku „Los Angeles Times” opublikował historię doktoranta na Uniwersytecie Kalifornijskim, który mieszka na ulicy, bo nie stać go na pokój. Rok wcześniej „the Guardian” opisał z kolei historię wykładowcy w Wielkiej Brytanii, który – żeby przeżyć – wykonywał pięć różnych prac w ciągu tygodnia, wliczając w to pracę śmieciarza. We wrześniu 2017 roku ten sam dziennik cytował amerykańską wykładowczynię, która dorabiała jako prostytutka. „Pomyślałam: miałam już jednorazowe przygody erotyczne (ang. one-night stands), czy to takie straszne? I nie było takie straszne” – mówiła brytyjskiej gazecie. Boi się tylko, że kiedyś trafi na swojego studenta. Z akademickiej biedy żartował zarówno „the Onion”, jak i „ASZdziennik”. Mimo to z pensji naukowca na uniwersytecie można tam wyżyć – różnica pomiędzy nami i nimi jest pod tym względem ogromna.

I ty możesz zostać gwiazdą prekariatu!

czytaj także

Podobnie jak na Zachodzie, praca polskich naukowców ulega postępującej prekaryzacji. Dobrze płatnych miejsc pracy jest niewiele i znajdują się one blisko szczytu akademickiej hierarchii. Żeby w zawodzie przetrwać na tyle długo, aby się do nich dostać, potrzebny jest kapitał – nie tylko kapitał kulturowy, wyniesiony z inteligenckiego domu, ale zupełnie zwykły kapitał finansowy. W Polsce takim kapitałem może być mieszkanie po babci w Warszawie albo bogaci rodzice. Za moment praca naukowa stanie się klasowym przywilejem. Jeżeli w dalszym ciągu zarobki naukowca będą zbliżać się do płacy minimalnej, to na uprawianie nauki będzie stać tylko ludzi bogatych z domu.

Na ten trend nakłada się absurdalna i szkodliwa hipokryzja naszego państwa – które chętnie mówi, że Polska ma się stać „społeczeństwem opartym na wiedzy”, ale nie jest w stanie pojąć, że za wiedzę na światowym poziomie trzeba zapłacić. Naprawdę zaskakujące nie jest to, że polscy naukowcy nie są w pierwszej światowej lidze. Zaskakujące jest to, że w ogóle coś robią.

Bio

Adam Leszczyński

| Dziennikarz, publicysta, reporter
Członek zespołu „Krytyki Politycznej”, w latach 1994-2017 współpracownik, dziennikarz, a potem publicysta „Gazety Wyborczej”, współzałożyciel portalu OKO.press. Autor dwóch książek reporterskich: "Naznaczeni. Afryka i AIDS" (2003) oraz "Zbawcy mórz" (2014), dwukrotnie nominowany do Nagrody im. Beaty Pawlak za reportaże. W Wydawnictwie Krytyki Politycznej ukazały się jego książki "Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych" 1943–1980 (2013) i "Eksperymenty na biednych" (2016).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Przepraszam, ale tekst jest także dowodem na to, jak bardzo oderwani od rzeczywistości bywają tzw. ludzie nauki. Jeśli się zarabia choćby te 2,5 tys. złotych, to żyjąc skromnie, można się spokojnie utrzymać – nie ma potrzeby, żeby komuś dokładali do życia rodzice, chyba że chodzi o życie „na odpowiednim poziomie”.

    Sama jestem doktorantką i odczułam pozytywne skutki reformy, bo moje stypendium naukowe (na które ciężko pracuję) w tym roku się podwoiło i zarabiam tyle, ile profesorowie z artykułu (a rodzice nie dokładają, bo od lat nie żyją). Pracy naukowej, po uzyskaniu stopnia, nie planuję – nie dlatego, że zarabia się mało, ale dlatego, że to środowisko jest totalnie zepsute. Nie liczą się w nim zdrowe, pozytywne więzi międzyludzkie, nie liczy się indywidualna praca, tylko układy i układziki (czyli: manipulowanie albo schlebianie tym, którzy mogą się do czegoś przydać) oraz bezkompromisowe parcie do sukcesu. System grantów, punktów itd. z jednej strony faktycznie motywuje do pracy wysokiej jakości (czyli: wysoko punktowanej), ale okropnie wypacza charaktery. Żeby zajmować się nauką i dydaktyką uczciwie, przykładając się także do tego, z czego punktów nie ma (studenci!), to faktycznie trzeba być bogatym z domu.

  2. Panie Redaktorze, bardzo dziękuję za ten artykuł. Sama prawda…ale za tę mizerię w dużej mierze odpowiedzialne jest samo środowisko naukowe. Uczelnia jest układem feudalnym, z perspektywy adiunkta wygląda to tak, że pracownicy samodzielni w tym profesorowie mają swoje lobby a równocześnie posiadają najsilniejszy, najmocniej wybrzmiewający głos. Gdy jednak staną się habilitowania (popularnie określenie: „witaj w klubie”) zanika obowiązek solidaryzmu społecznego ze wszystkimi pracownikami naukowymi. Bardzo to smutny feudalny relikt.

  3. W jednym nie ma Pan Gospodarz racji: odkąd sięgam pamięcią, a jestem nieco starszy, nauka zawsze i wszędzie była w Polsce działalnością sponsorowaną przez rodzinę naukowca. Ja się do ośrodka akademickiego przeniosłem tylko dzięki wsparciu rodziny (wykształcenie średnie). Sam, jako profesor uniwersytetu, nie jestem w stanie zapewnić takiego startu i takiego wsparcia finansowego moim dzieciom. Mnóstwo zdolnych ludzi z tzw, prowincji albo zostało na tej prowincji, albo wyjechało z kraju z tej prostej przyczyny, że na pracę naukową w ośrodku akademickim zwyczajnie nie było ich stać. TO jest ogromny problem polskiej nauki, zupełnie niedostrzegany przez ministerstwo, od Kudryckiej po Gowina.

    Ponadto bardzo celnie Gospodarz zauważa, że im więcej się ktoś poświęca Nauce a nie chałturzeniu w dydaktyce lub jakichś prywatnych gabinetach, kancelariach, w tym bardziej obdartej koszuli chodzi. To potem nie dziwmy się, że w świecie polskiej nauki nie widać, a w Polsce widać głównie naukowych celebrytów, czyli przewodniczących i członków różnych komisji i akademii, którzy namaszczają, opiniują, wyznaczają kierunki.

  4. Warty lektury text. Pomija charakter „wladczy” uniwersyteckiej hierarchii,nie opartej u nas o jakosc mentorow. Ale to znany i inny jeszcze temat kleski polskich uniwersytetow . To text tez o Polsce,nie tylko nauce.

  5. Szanowny Panie Profesorze,
    to miłe z jaką troską pisze Pan o problemach polskiej nauki (i praktycznie z całym Pana artykułem się zgadzam). Niemniej, jeśli ma Pan liczbę cytowań na poziomie asystenta z tytułem magistra (według Google Scholar) oraz przez cały rok pisze Pan do trzech publikacji (2013 r.) a są lata bez namacalnych efektów Pana pracy (np. lata 2016, 2014, 2011, 2010, 2009, 2008, 2007, itd.), to rozumiem że pisząc Pan o markowaniu pracy pisze Pan także o sobie? Jeśli dane są nieprawdziwe, proszę zaktualizować swój profil na Google Scholar (to z tego miejsca czerpałem informacje o Pana publikacjach). Pozdrawiam.

    1. Kwoty, ktore podaje autor tez sa wziete z sufitu. W chwili obecnej jestem kierownikiem w grancie NCN i mam dodatek do pensji z tego tytulu 4000 zl brutto (Sonata BIS 6).

    2. Google Scholar nie obejmuje wszystkiego. Szczegolnie w jezykach innych niz angielski. Poza tym ilosc publikacji i cytowan to jest kiepska miara jakosci badan. Artykul jest o pensjach a nie o strategii zarzadzania pracownikami. Tez ciekawy temat, ale na osobny artykul. W tym kontekscie to brzmi jak podwazanie autorytetu rozmowcy zamiast jego argumentow.

    3. Szanowny Panie, z przyjemnością informuję Pana, że liczba cytowań moich książek i artykułów w Google Scholar zupełnie, ale zupełnie mnie nie obchodzi. Pozdrawiam!

      1. Hehe, dobre. No to już znamy odpowiedź na pytanie, dlaczego kasjerka zarabia więcej niż profesor. Bo po prostu jej praca jest więcej warta dla społeczeństwa niż pierdzistołka, którego nikt nie czyta.

    4. Przygotowanie i opublikowanie jednego poważnego artykułu może być pracą na lata. A liczba publikacji większa od trzech rocznie powinna spowodować wątpliwości co do samodzielności czy stopnia zaangażowania.

      Powyższy komentarz jest przykładem „ilościowizmu” – dominującego obecnie podejścia do nauki, w myśl którego jedynym jej celem nauki jest produkcja papieru. Ilościowizm jest bezpośrednią przyczyną takich patologii, jak drapieżne czasopisma czy konferencje. Hamuje także rozwój naukowy przez przymuszanie do czytania coraz większej liczby coraz bardziej niedojrzałych prac. Największe spustoszenie ilościowizm zaprowadza jednak w głowach doktorantów, których od samego początku (bo od samego początku oczekuje się od nich produkcji publikacji, chociaż wiadomo, że cokolwiek sensownego są w stanie opublikować dopiero po dwóch latach) kształtuje postawę „nieważne co byleby punkty się zgadzały”.

      W komentarzu pojawia się także inna choroba nauki – cytowanizm, który stara się wymusić na naukowcach pracę w modnych tematach, bo wtedy będą mieli szansę na dużo cytowań, co przełoży się na dużego H.

      Ilościowizm i cytowanizm są zmorą nauki, nie tylko w Polsce, która niestety bardzo głęboko zainfekowała umysły osób nią zarządzających. Bo oferuje banalne (zrozumiałe i proste w liczeniu) wskaźniki.

  6. I tu właśnie widać piękno wolnego rynku. Kasjer bez doświadczenia w prywatnym sklepie (warto wspomnieć, że jest to BARDZO ważne stanowisko) zarabia tyle, ile profesor po wielu latach pracy w bardzo mocno kontrolowanej przez państwo edukacji.

  7. Przeraza mnie to jak przebiega ta dyskusja. Powinnismy krzyczec, ze pozwala sie na erozje polskiej nauki; na zepchniecie na zawsze Polski do roli rezerwuaru taniej sily roboczej. Zamiast tego ton brzmi jak: „… nie narzekam, ale nie za bardzo starcza mi na życie.”. W najlepszym wypadku widac przejawy syndrom sztokholmskiego. Sytuacja wymaga demonstracji pod sejmem i to takich powaznych; lacznie z paleniem opon, obrzucaniem jajkami, calodobowym dyzurem pod palacem prezydenckim.

    Ascetyczne życie to nie jest nic strasznego jak za tym idzie szacunek spoleczenstwa. Tylko naukowcow się w ogole nie szanuje, bo wiadomo jakie są wrtosci „chrzescijanskie”. Ponad to, jeżeli placa schodzi ponizej kosztow reprodukcji (odchownie co najmniej dwojki dzieci o takim samym wyksztalceniu), a zeszla dużo ponizej, to katastrofa jest nie do unikniecia. Po prostu nie będzie się prowadzic badan na jakimkolwiek poziomie. Uczelnie beda się zajmowac wydawaniem dyplomow z kosmetologii. Z paroma wyjatkami. Jeszcze nie jest tak zle, ale za 2 dekady już będzie.

    Zrozumcie skale problemu. Kierunki które są finansowane prze UE, to kierunki wyznaczone przez „zachodni” przemysl. Wiem, bo sam pracuje przy takim projekcie. Jezeli kiedykolwiek w polsce maja powstac osrodki i instytucje, zdolne do bycia rownorzednym partnerem dla naszych bogatszych przyjaciol, musimy być w stanie wykorzystac kazda okazje do poprawy pozycji polskiej gospodarki. To oznacza innowacje w dziedzinach pominietych przez bogate kraje. Tego typu badania musimy sfinansowac sami, albo we wspolpracy z biedniejszymi krajami, które podzielaja nasze ambicje. Jezeli pozwolimy „upasc” uczelniom, to nie ma na to najmniejszych szans. Odbudowanie tego zajmuje co najmniej 2 pokolenia. Nie ma co liczyc na 40 lat „spokojnych” czasow.

    Ktos może zapytac, a co nas to obchodzi? Nie chce zeby szczytem mozliwosci dla 99% z nas, było wklepywanie cyferek do Excela dla miedzynarodowej firmy. I nie pisze tego metarorycznie. Kto zna „korpo” rzeczywistosc, ten zrozumie.

    1. Całkiem prawdopodobne, że wielu prekariuszy na uczelniach już nie ma siły krzyczeć. Walka o przetrwanie zabiera im zbyt dużo czasu i dostarcza zbyt mało pozytywnych zwrotów.
      Jeśli ty masz siłę – krzycz. Podziękujemy. Ale dopiero wtedy, gdy ten krzyk zmiecie z pokładu co najmniej połowę polskiej feudalnej profesury i kilka rzędów turbo-neoliberalnych naukowych policy-makers.

      1. Rozumiem. Mnie niestety stac tylko na bycie „rewolucjonista z fejsbuka”.

      2. Prekariusze akademiccy nie krzyczą, bo już od lat mamy selekcję negatywną do zawodu. Na atrakcyjności z roku na rok tracą: posada asystenta na uni, studia doktoranckie, studia magisterskie. Moi absolwenci już po licencjacie są w stanie się utrzymać, a każdy kolejny rok na czy przy uczelni to dla nich wymierne straty finansowe. I nie jest tak, że korpo to tylko cyferki w excelu. W korpo czy ogólnie poza akademickim firewallem jest coraz więcej ciekawej, *twórczej* pracy.

    2. Piszesz tak jakby Polska była kiedyś naukową potęgą, krajem innowacyjnym – może tak było w latach 30-tych za sprawą lwowskich matematyków i gdyby nie wojna, PRL to w Polsce byłby dziś silny sektor IT, ale na tle PRL-u, lat 90-tych i tak jest dziś dużo, dużo lepiej.

      Dwa to nie jest tak, że Ci, którzy pracują w zachodnich korporacjach są gorsi, niczego się tam nie uczą zaś spotkanie z rodzimym przedsiębiorcą to prawdziwa intelektualna przygoda, jakaś część rozwoju Polski siłą rzeczy będzie zależeć od inwestycji zagranicznych, napływu kapitału i technologii.

      Większość pracy i to niezależnie od właściciela firmy opiera się na właśnie takich tabelkach w Excelu, które są podstawą księgowości, dystrybucji i w sensie liczb, pewnej biurokracji każda firma wygląda tak samo, ba nawet w firmach innowacyjnych praca kreatywna to pewien margines etatów, który jest obudowany tysiącami pracowitych mrówek. To co różni firmy to właśnie te liczby na końcu.

      Nigdy nie byliśmy krajem bogatszym i nie zostaliśmy nigdzie zepchnięci – jesteśmy tu gdzie jesteśmy i nie jestem pewien, czy pójdziemy do dalej i jest szansa to, żeby Polska stała się krajem bardzo bogatym. Nie bardzo dziś wiadomo co chce uzyskać Morawiecki po za opowiadaniem bajek o polskim samochodzie elektrycznym, gdy umówmy się szansa, że Polska wyprodukuje taki samochód przed światowymi koncernami jest żadna.

      Nie wiem jakie są wartości „chrześcijańskie”, ale chyba nie one są tu problemem, a brak orientacji polskich naukowców na produkt, efekt rynkowy i takie brzydkie słowo zysk.

  8. Nie wiem, skąd kwoty w artykule. Jestem adiunktem z hab. , uczelnia publiczna, brak grantów, 41 lat. Zarabiam 3800 netto (to niespełna 5000 brutto, w tekście są źle policzone koszty). Z dwóch takich pensji stać nas na mieszkanie, 2 wyjazdy zagraniczne rocznie, życie na przyzwoitym poziomie i samodzielne zfinansowanie 2-3 konferencji krajowych. Powinno być nieco inaczej, ale bardziej niż pensja martwią mnie plany likwidacji czasiopism B, błędne koło grantów (dostają ci, kórzy już kiedyś mieli) i coraz większa papierologia na uczelniach przerzucana na pracowników naukowo-dydaktycznych…

    1. Kazda uczelnia placi inaczej. Koszty zycia diametralnie sie roznia miedzy mistami.

  9. Napiszę na podstawie własnego doświadczenia. Moja pensja w jednostce PANowskiej to najniższa krajowa. Każda dodatkowa złotówka, musi zostać zarobiona z tak zwanych zleceń zewnętrznych. Zakładając, że pracuję minimum 40 godzin tygodniowo (rzeczywisty tygodniowy czas pracy wynosi ok. 100 godzin) muszę dorabiać nadgodziny wykonując badania na zlecenie firm lub innych instytucji. Problem w tym, że nie tak łatwo zdobyć zlecenie. Wbrew pozorom konkurencja na rynku badań naukowych jest olbrzymia. Ponad to należy pamiętać, że każdą dodatkowo zarobioną muszę podzielić się ze swoim instytutem, co w praktyce oznacza, że z 1 złotówki otrzymam ok. 55 groszy premii do swojej pensji. Powszechnym jest również fakt, iż pensja pracownika naukowego jest składana z różnych źródeł takich jak granty, finansowanie statutowe, zlecenia zewnętrzne, projekty badawcze itd.
    „Prowadzenie badań na światowym poziomie” – stwierdzenie warte tyle, co kupa śniegu. Żyjemy w XXI wieku, Polscy naukowcy już od bardzo dawna należą do grupy ekspertów w swoich dziedzinach. To nie sprzęt odgrywa decydującą rolę w „prowadzeniu badań na światowym poziomie”, bo cóż po sprzęcie, jeśli nie ma komu pracować. To naukowcy, ludzie stanowią o poziomie badań i nauki. To dzięki ich determinacji, poświęceniu i wiedzy Polacy znajdują się w czołówce światowej. Naprawdę jesteśmy bardzo zdolni. Jest jednak pewne ale… Otóż są to pensje. Wielu młodych magistrów lub doktorów postanawia wyjechać za granicę w ramach programów stypendialnych, ponieważ TAM mogą oni osiągnąć wysokie dochody (w ostatnim czasie ten trend się zmniejsza). Powstaje pytanie, czy w Polsce można zarabiać 10 tyś. zł miesięcznie pracując naukowo i będąc młodym naukowcem? Oczywiście, że można. W ramach grantów (projektów badawczych) pensja doktoranta, czy młodego doktora może wynosić 10 tyś. złotych. Gdzie więc jest haczyk? Otóż, umowa w ramach studiów doktoranckich czy pozycji post-doc (młody doktor) jest krótkotrwała. Takie etaty po zakończeniu projektu nie muszą być przedłużane i często nie są. Jest kilku „szczęśliwców”, który po studiach III stopnia (i pensji na poziomie 7-10 tyś. zł) otrzymali etat na uczelni (lub w PANie) z pensją na poziomie najniższej krajowej. Spadek o kilka tysięcy nie należy do przyjemnych. Co robić? Będąc częścią Polskiej Nauki i doświadczając tego wszystkiego, nie potrafię odpowiedzieć jednoznacznie. Potrzebna jest zmiana systemowa, a nie łatanie dziur.

  10. W instytucie, w którym pracuję, większość pracowników tylko symuluje pracę; są tacy, którzy od paru lat niczego nie opublikowali. Oczywiście równocześnie zrzędzą, że państwo im za mało wypłaca…

    1. 1. Wojsku. Odpuscic Patrioty za 30 mld. i zejsc z wydatkami na zbrojenia z 2% do 1.5% wymaganego przez NATO.
      2. Zrezygnowac z maksymalnego ograniczenia na stawke rentowa i zrownac wszystkim podatek dochodowy. Obecnie jest durna sytuacja w ktorej czasem „efektywne opodatkowanie” bogatych jest mniejsze niz biednych. Tak w telegraficznym skrocie.
      3. Skoczyc z wyprowadzaniem dochodow do rajow podatkowych. Mozna przy tym obnizyc podatki, zeby pomoc w uszczelnieniu systemu.
      4. Ograniczyc biurokracje w samorzadach. Wydaje sie, ze tam efektywnosc jest dosc marna. Administracja centralna tez jest przerosnieta ale tam zyski z optymalizacji musza isc na podniesienie pensji. Mozliwe, ze w samorzadach tez ale wydaje sie, ze tam jest wieksze pole do manewru.
      5. Nawiazac lepszy kontakt z sektorem prywatnym. Bez sensu, zebu przemysl i „budzet” placil grube pieniadze firmom konsultacyjnym skoro moga zasponsorowac doktoranta. Zreszta, resztki przemyslu z polski mogly byc sklonne do zwiekszenia wydatkow na badania, jezeli panstwo by doplacilo i dalo szanse na znacznie wieksze korzysci. Po czesci to sie dzieje ale na zbyt mala skale. Mozna tez pozyskac firmy z innych krajow, dogadac sie z grupa wyszachradzka no i pozyskac male i srednie firmy. Mozna by je zgromadzic w najrozniejszych stowarzyszeniach. Zeby stac sie czlonkiem stowarzyszenia, trzeba by zaplacic skladke i w zamian dostac szanse na kierowanie srodkow i dostep do wlasnosci intelektualnej. Zeby zredukowac to do sloganu, „Uczelnie motorem postepu!”.

      1. Składki to nie podatki i wiele krajów stosuje progresywny system opodatkowania, ale kwotowy odnośnie składek, dwa ilość tych bogatych podatników jest ograniczona, zaś zmiany formy opodatkowania prędzej będą motorem do przekształcenia działalności w spółki, niż dają realnie jakieś wysokie dochody do budżetu.

        Wydatki na obronność 2 procent PKB w naszej sytuacji to dla mnie nie podważalny dogmat, zresztą w tym są i emerytury wojskowe, inne wydatki socjalne, więc to nie jest tak, ze Polska prowadzi jakieś wyjątkowo forsowne zbrojenia – to raczej pewne absolutne minimum.

        Wydaje mi się, że nie ma innej drogi jak przeoranie edukacji i nauki by na siebie zarabiała, produkowała informatyków, inżynierów, a nie cała rzeszę politologów, pedagogów i innych humanistów. Nie domagam się monetyzacji wyższej edukacji i nauki od A do Z, ale jest chyba oczywiste, że dziś pewne proporcje i cele są postawione na głowie.

        1. Bede sie upieral przy ograniczeniu wydatkow na zbrojenia. Nasi potencjalni wrogowie, albo nie maja z nami szans, albo totalnie my nie mamy z nimi szans. Na pewno daloby sie „uszczknac” pare miliardow z wydatkow na zbrojenia i zachowac rozsadny poziom bezpieczenstwa.

          Jezeli chodzi o gromadzenie srodkow z sektora prywatnego to jest jeden z argumentow, ktory podnioslem. To jest jednak rozwiazanie tylko czesciowe. Ludzie z przemyslu mysla tylko kilka lat naprzod. Poza tym, wiekszosc przemyslu, ktory prowadzi badania naukowe, ma centrale poza polska i sa powiazani z innymi uczelniami. Moze Polskie uczelnie moglyby zrobic pewne rzeczy taniej i lepiej, ale rzady bogatszych krajow sporo doplacaja, zeby to ich uczelnie gorowaly. W gre wiec wchodza tylko specificzne badania, ktore moga byc wdrozone prawie natychmiast.

          Jest jeszcze inny problem. Wszystko jest ze mocno powiazane. Inzynieria bazuje na fizyce, chemii, biologii. Te dyscypliny z kolei czerpia garsciami od siebie nawzajem jak rowniez z matematyki. Wszystko jest splecione filozofia (logika, metodologia badan itd.). Te powiazania moga byc jeszcze bardziej dziwaczne. Na przyklad, ja w inzynierii stosowalem metryki wymyslone przez ekonomistow do badania nierownosci w dochodach. Ktos inny stosowal testy statystyczne wymyslone przez socjologow. Wydaje sie, ze dobra nauka idzie w pakiecie – wszystko albo nic. Nie wspominajac juz o rzeczach ulotnych jak rozwoj swiadomosci i moralnosci. Niezbednych jezeli nie chcemy byc spoleczenstwem „specjalistow idiotow”. Argument jest taki: zamkniecie nierentownych wydzialow moze doprowadzic do sytuacji w ktorej te rentowne, takimi juz nie beda.

          Odniose sie jeszcze do produkcji informatykow i inzynierow. Poza pewna grupa informatykow (np. Java, administracja systemow), juz teraz jest spora nadwyzka ludzi z technicznym wyksztalceniem. Czesto pensje sa tak fatalne jak w nauce i szczesliwy ten kto znajdzie prace w branzy. Chyba, ze cos sie zmienilo przez ostatnie 4 lata. Ale nie sadze. Ludzie sie rzucaja na kierunki humanistyczne, bo tam rzeczywiscie jest ta praca i jest nie najgorzej platna. Wszyscy moi znajomi, ktorzy dobrze zarabiaja (powyzej 6k brutto, bez szalu w wielkim miescie), sa wlasnie po kierunkach humanistycznych. Wyjatkiem jest 2 programistow. Powstal w pewnym sensie paradoks. Z racji wiekszych mozliwosci po studiach humanistycznych, konkurencja urosla do absurdlanych poziomow. I chociaz grupa „wygranych” jest spora, przegranych jest jeszcze wiecej. Stad wrazenie, ze w polsce mamy zbyt wielu ludzi z wyksztalceniem hum. To jednak nie prawda. Mamy w Polsce zbyt wielu wyksztalconych ludzi. Dlatego wkurza mnie peryferyjny charakter Polski.

        2. I jak zwykle zapomnialem o czyms. Podsumowanie ostatniego akapitu. Obawiam sie, ze prywatyzacja skonczy sie wlasnie tym, ze bedziemy mieli tylko kilka elitarnych uczelni humanistycznych. Bo te maja najwieksza szanse na przetrwanie na rynku. Poza tym prawdziwe badania w nukach scisly sa zwykle cholernie drogie. Tego sie nie da utrzymac z czesnego. Chodzby nie wiem jak wysokie by bylo. Zreszta nikt nie bedzie placil czesnego, zeby potem dostawac 2.5 na reke.

    2. Zapomnialem jeszcze o tych tajemniczych 120 mld z budzetu. Nie moge dojsc na co to jest. Tak mniej wiecej polowa to skladka czlonkowska EU ale reszta?

  11. Niestety, smutna prawda. Według najnowszego projektu mgr zatrudniony na uczelni ma dostać 75% średniej krajowej, dr 100%. Podwyżka jest, ale czy aż tak duża? Praca mimo wielu zalet, szczególnie jak się ma na karku dodatkowo sporo godzin dydaktyki, wymagająca, z pewnością nie dla każdego. Dodatkowo biurokracja.