Kraj

Gowin namaścił antydemokratyczną Ustawę 2.0

Jarosław Gowin. Fot. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Facebook.com

O projektach reformy szkolnictwa wyższego rozmawiamy z przedstawicielami Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej.

Zofia Sikorska: Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego przygotowuje Ustawę 2.0, która ma zreformować uniwersytety. Czy powinniśmy się niepokoić, czy może już bać?

Mateusz Piotrowski: Na pewno trzeba działać, ponieważ wszystkie trzy projekty założeń do tzw. Ustawy 2.0, które zyskały namaszczenie ministra Gowina są antydemokratyczne. Projekty oczywiście różnią się w istotnych szczegółach. Ale można z nich i z wypowiedzi samego ministra Gowina odczytać pewną wspólną i zdecydowanie antydemokratyczną tendencję. Projekt Instytutu Allerhanda głosi wprost, że „nadmierna demokratyzacja ustroju uczelni jest systemem dysfunkcyjnym”. Chyba każdy, kto miał przyjemność zetknąć się z polską akademią przyzna, że jej głównym problemem raczej nie jest nadmiar demokracji i demokratycznej transparentności. By zlikwidować ten rzekomy demokratyczny eksces, autorzy projektów proponują zasadniczo dwie drogi. Chcą skupić władzę w rękach jednostek (w ręku rektora-jedynowładcy lub w ręku niewybieralnego prezydenta uczelni) albo outsourcować ją do kontrolujących uczelnie quasi-biznesowo-politycznych rad powierniczych.

Monika Helak: Kolejną prawdopodobną zmianą jest wprowadzenie w jakiejś formie, być może niepełnej, odpłatności za studia. To jest rzecz, o której fantazjuje minister Gowin. Na nasze szczęście ta zmiana jest dużo trudniejsza do przeprowadzenia ze względu na orzecznictwo sądów, wyroki Trybunału Konstytucyjnego oraz potencjalnie wysoki opór społeczny.

Neoliberalny zamach na naukę

Jaki pomysł ma ministerstwo na odpłatność studiów?

MH: Na ten moment trudno rozstrzygnąć, niemniej kierunek jego myślenia może wyznaczać w tej kwestii projekt zespołu z SWPS. Ich propozycja zakłada wprowadzenie podziału kierunków studiów na trzy kategorie. Pierwsze z nich to kierunki certyfikowane przez MNiSW, czyli takie, których program byłby kształtowany odgórnie. Realizowałyby one wyznaczoną przez ministerstwo misję. Do kolejnej kategorii należą kierunki finansowane z budżetu państwa, definiowane jako mające istotne znaczenie dla nauki, co do których uczelnie decydują zarówno o programach, jak i o certyfikacji. Ostatnia kategoria to kierunki, przy tworzeniu których uczelnie mają całkowitą dowolność, ale pieniądze na ich prowadzenie muszą zapewnić sobie same.

Najważniejszym pytaniem jest to, jak będzie wyglądało decydowanie o przynależności kierunków do konkretnych kategorii. Decyzje mogą mieć charakter polityczny. Mechanizmy, które na pierwszy rzut oka wyglądają niewinnie albo rozsądnie, mają duży potencjał do bycia nadużywanymi.

To znaczy?

MH: Rządzący próbują wprowadzić zmiany w białych rękawiczkach, wykorzystując to, że kwestia jest formalnie skomplikowana, a opinia publiczna nie jest nią zainteresowana, ponieważ nie jest jeszcze świadoma konsekwencji, jakie może przynieść w przyszłości.

Jak pokazać niezainteresowanym niebezpieczeństwo zmian?

MP: Trzeba zbudować konsensus wokół pewnych podstawowych dóbr. Takim dobrem jest autonomia uczelni. Rozsądni liberałowie, rozsądni konserwatyści i rozsądni lewicowcy zgadzają się, co do tego, że muszą istnieć pewne instytucje publiczne, instytucje dobra wspólnego, które nie mogą być zredukowane do roli narzędzi w bezpośredniej walce politycznej. Bo cenę za upolitycznienie uczelni, za złamanie ich autonomii, za ograniczenie wolności badań naukowych i za ograniczenie dostępu do bezpłatnego szkolnictwa zapłacimy wszyscy, jako państwo i jako społeczeństwo. A przede wszystkim zapłacą sami studenci i ich rodziny.

Jednocześnie minister Gowin podkreśla w wypowiedziach, że ustawa ma służyć przede wszystkim studentom.

MP: To tylko deklaracje. Zwróćmy uwagę, jak niewiele miejsca poświęcają studentom i studentkom te projekty. Przykładowo  zespół prof. Kwieka przygotował blisko 150 stron, diagnozy i rekomendacji (nie licząc wprowadzenia). Rozdział dotyczący problemów związanych ściśle ze sprawami studencko-doktoranckimi liczy zaledwie ok. 12 stron. Co prawda w innych modułach znajdziemy również odniesienia do studentów i doktorantów. Ale te regulacje (poza wartym rozważenia postulatem zniesienia studiów doktoranckich funkcjonujących w trybie niestacjonarnym) nie są prostudenckie, dążą do ograniczenia realnego wpływu studentów i doktorantów na ich uczelnie. Zespół Kwieka rekomenduje rezygnację z ustawowej gwarancji 20% udziału przedstawicieli studentów i doktorantów w organach kolegialnych uczelni i wydziałów. Studentki i studenci są więc traktowani nie jako podmiot, który mógłby współkształtować akademię rozumianą jako demokratyczna wspólnota, ale wyłącznie jako przedmiot odgórnego zarządzania i regulacji.

Warto przyjrzeć się bliżej – na konkretnym przykładzie – jak wygląda ta quasi-rynkowa regulacja i zarządzanie członkami akademii, bo pozwoli nam to lepiej uchwycić ideologię stojącą za lansowanymi przez ministra projektami. Minister Gowin chętnie mówi o deregulacji. Nie tak dawno, gdy był jeszcze ministrem w rządzie Platformy Obywatelskiej, Donald Tusk, reklamował go mówiąc, że Gowin ma „pozytywną szajbę na punkcie deregulacji”. Gdy Jarosław Gowin był ministrem sprawiedliwości reformował sądownictwo likwidując sądy, zwłaszcza w pozametropolitalnych ośrodkach. Podobnie gowinowska reforma nauki i szkolnictwa wyższego dąży do likwidacji publicznych uczelni, zwłaszcza tych regionalnych. A co za tym idzie do oddalenia instytucji publicznych od obywateli, do utrudnienia im dostępu do kluczowych, gwarantowanych przez państwo usług.

Deregulacja to jednak tylko jedna strona tego procesu. Jeśli przyjrzymy się uważniej, zobaczymy, że mamy tu jednocześnie do czynienia z bardzo silną i bardzo zakazową regulacją. Jednym z ważnych rozwiązań proponowanych przez krąg związany z Gowinem jest przecież zakaz zatrudnienia na macierzystej uczelni. Po doktoracie młody pracownik naukowy będzie miał literalny zakaz zatrudnienia, w miejscu, gdzie skończył studia. Pracownicy naukowi mają być regulowani, czy „bodźcowani” (by użyć wyrażenia Instytutu Allerhanda). W tym wypadku bodźcowani do mobilności, do przeniesienia się do innego miasta – właśnie przez zakaz. Oczywiście zamiast wspierać np. żłobki przy uczelniach dla młodych naukowczyń przenoszących się za pracą, prościej wprowadzić zakaz zatrudnienia. Najzabawniejsze jest to, że ustawę projektują profesorowie, którzy zdobyli magisteria, doktoraty, habilitacje najczęściej na swoich macierzystych uczelniach.

MH: W zupełnie innych niż nasze, a więc zdecydowanie lepszych, cieplarnianych warunkach.

MH: To regulacja wręcz okrutna.

Dlaczego?

MP: Eksperci tworzący ustawę proponują rozwiązania w stylu Bronisława Komorowskiego, polecającego młodym ludziom pracującym na niestabilnych umowach, by zmienili pracę i wzięli kredyty. Profesor Andrzej Jajszczyk powiedział niedawno w wywiadzie, że jako naukowiec nie miał problemu z mobilnością, bo po prostu sprzedał dom i przeniósł się do innego miasta, gdzie kupił nowy.

MH: Co więcej, zapytany o sytuację biedniejszej młodzieży, odpowiedział, że jak ktoś jest biedny, to jeszcze lepiej – bo nie ma różnicy czy nie ma nic tu czy tam. To pokazuje lekceważący stosunek do młodych pracowników i do studentów. Opowiada się, że ta rewolucja na uczelniach jest dla nich, a tak naprawdę w dalszym ciągu są oni paternalistycznie i feudalnie traktowani. Ta regulacja to tak naprawdę dokręcanie komercjalizacyjnej śruby, a nie wprowadzanie większej wolności czy podmiotowości.

Kto chce nam zabrać uniwersytet?

Jaki wpływ na młodych naukowców będzie miała przymusowa mobilność?

MP: Ta regulacja jest ślepa na zróżnicowanie regionalne. Zakaz zatrudnienia w Warszawie niekoniecznie spowoduje, że nagle w Gorzowie Wielkopolskim pojawi się praca w danej specjalizacji. Dotyczy to zwłaszcza kierunków mniej masowych. Ta reforma otwarcie za główny cel stawia sobie pogłębianie – odziedziczonego po rządzie Platformy Obywatelskiej – polaryzacyjno-dyfuzyjnego modelu rozwoju. Taki model oznacza, że środki są koncentrowane w metropoliach, czyli w tych uczelniach, które i tak są bogate, a szeroką sieć publicznych uczelni regionalnych, które wypracowała Polska, czeka likwidacja. Ta logika tylko pogłębia nierówności między regionami i marnuje potencjał intelektualny ludzi z mniej uprzywilejowanych grup i regionów. Osobom z mniejszym kapitałem finansowym będzie znacznie trudniej robić karierę naukową, jeśli takie możliwości będą tylko w Warszawie i Krakowie.

Co się stanie z regionalnymi uczelniami?

MH: W krótkiej perspektywie każda woli przetrwać kolejną reformę niż długotrwale budować ponadregionalną solidarność, która pozwoliłaby działać wspólnie dla lepszej legislacji. Trudno mówić o samonaprawie, kiedy trzeba walczyć o przetrwanie.

MP: Potwierdzają to doświadczenia z reformy minister Kudryckiej – zwiększona konkurencja o zmniejszone środki tak naprawdę wzmacnia feudalizm, wzmacnia sieci układów i konformizm akademicki.

A co ze studentami?

MH: Gowin jest apologetą prywatnego szkolnictwa wyższego. Reforma może spowodować, że skurczy się rynek publicznych akademii i studenci zostaną wypchnięci na prywatne uczelnie. Niektóre regiony mogą zostać zupełnie pozbawione możliwości kształcenia w wybranych dziedzinach. Im biedniejszy region, mniej uprzemysłowiony, z uboższą infrastrukturę drogową i komunikacyjną, tym ta sytuacja będzie gorsza. Studenci warszawscy mogą w ogóle tego nie odczuć, a np. na Podkarpaciu czy w Lubuskim mogą mieć miejsce autentyczne dramaty życiowe. Szanse socjalne, jakie stanowi dostęp do rozbudowanej infrastruktury uczelnianej, zostaną zabrane.

Na tej ustawie najbardziej skorzystają uczelnie prywatne?

MP: Próby ministrów Kudryckiej i Gowina można postrzegać jako obronę ekonomicznego interesu prywatnych uczelni, zagrożonych przez niż demograficzny.

MH: Zwróćmy uwagę, skąd wywodzą się kierownicy zespołów przygotowujących projekty zmian – dwóch z trzech jest z uczelni prywatnych, mimo że przedmiotem ich zainteresowania są regulacje dotyczące uczelni publicznych.

Małe uczelnie prywatne najczęściej łudzą kandydatów na studia oszałamiającymi perspektywami życiowymi zapewnionymi przez prowadzone w nich kierunki, nie mając im nic do zaoferowania, a jednocześnie stanowią często jedyną ofertę edukacyjną w mieście czy regionie. To jest właśnie ten sektor, który powinien być pod większą kontrolą ministerstwa. Dziwnym trafem uwaga i główne ostrze krytyki skupia się jednak na uczelniach regionalnych i publicznych. Czemu? To powinno nas wszystkich niepokoić.

MP: Wolna amerykanka na rynku prywatnych uczelni kończy się takimi skandalami jak niedawna sprawa Wyższej Szkoły Gospodarowania Nieruchomościami w Warszawie, która przez pół roku ukrywała upadłość. A teraz studenci nie mogą odzyskać dyplomów, a pracownicy PITów. Trzeba też powiedzieć, że większość uczelni prywatnych (z nielicznymi chlubnymi wyjątkami, takimi jak Uczelnia Łazarskiego czy  właśnie USWPS) reprezentuje znacząco niższy poziom niż uczelnie publiczne. Uczelnie prywatne nie prowadzą niemal badań podstawowych, niechętnie inwestują w kosztochłonne kierunki, wymagające drogiego specjalistycznego sprzętu. Zwróćmy uwagę, co oferuje Wyższa Szkoła Europejska w Krakowie, której rektorem był obecny minister Gowin. Studia licencjackie to m.in.: grafika reklamowa i multimedia, psychologia, lingwistyka dla biznesu. Studia drugiego stopnia: filologia angielska i psychologia w biznesie. Studia podyplomowe: e-product manager IP, zarządzanie projektami, psychologia zwierząt towarzyszących… Nie znajdziemy tu nie tylko takich kierunków jak filozofia, ale nie znajdziemy też matematyki czy fizyk. Nie znajdziemy też raczej biotechnologii czy inżynierii materiałowej.

Minister Gowin za cel ustawy stawia lepsze przygotowanie przez uczelnie wyższe do wejścia absolwentów na rynek pracy. Czy to powinien być cel, który stawia sobie minister szkolnictwa wyższego? Bardziej pasuje on do celu działań ministra pracy.

MP: W gabinetach Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego wciąż jeszcze pokutuje przekonanie, że rolą uczelni jest reaktywne dostosowywanie się – zawsze z opóźnieniem – do kolejnych fluktuacji na rynku pracy. Ale skąd minister wie, jak będzie wyglądał ten rynek za 5 lat? Obiecywanie studentom, że dziś zaczną studia, które za 5 lub 10 lat zapewnia im zawód w warunkach dzisiejszego niestabilnego i nieprzejrzystego rynku pracy – jest co najmniej nierzetelne. To, co jest rzeczywiście niezbędne na takim rynku, to przede wszystkim: dobra orientacja w regulujących go przepisach, świadomość swoich praw oraz umiejętność współpracy i budowania podmiotowej pozycji w miejscu pracy. Dziś uczy się studentów właściwie tylko, jak napisać CV albo wypaść dobrze na rozmowie kwalifikacyjnej. Tymczasem na dzisiejszym rynku pracy potrzebna jest także wiedza, jakie konsekwencje prawne i ekonomiczne będzie miało podpisanie umowy-zlecenia, a jakie podpisanie umowy o pracę. Potrzebna jest umiejętność partnerskiego negocjowania z szefem podwyżki. Potrzebna jest zdolność do budowania innej, mniej folwarcznej, a przez to bardziej efektywnej, kultury organizacyjnej. Komitet, wspólnie ze swoimi partnerami społecznymi, rozpoczął już prace nad takimi rozwiązaniami. Uczelnie zamiast ciągnąć się w ogonie polskiego, niezbyt innowacyjnego rynku pracy, muszą zacząć go wreszcie aktywnie współkształtować, zmieniać w bardziej cywilizowanym kierunku. Także wprowadzając wysokie standardy zatrudnienia we własnych murach.

Skąd minister Gowin wie, jak będzie wyglądał ten rynek za 5 lat?

MH: Uczelnie mają bardzo ograniczony wpływ na to, jak wygląda polska gospodarka, jakie jest zapotrzebowanie na siłę roboczą, jakie specjalizacje są pożądane. To, czy się wykształci więcej kulturoznawców, filozofów czy chemików, ma ograniczony wpływ na życiowe szanse absolwentów. Bez kompleksowego myślenia władz o polityce gospodarczej, o rynku pracy, uczelnie same nic nie zdziałają. Mogą proponować działania komplementarne, wzmocnienie indywidualnych starań, poszerzanie horyzontów czy zdobywanie wiedzy, ale to, na ile ona będzie użyteczna, jak absolwent sobie poradzi, zależy od dużo większych procesów, niż tylko od ułożenia programu studiów.

MP: Ponadto widać sprzeczności między deklarowanymi celami Ministerstwa Rozwoju, czyli zrównoważonym rozwojem regionalnym, czy celami Ministerstwa Pracy – a polityką Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, świadomie dążąca do pogłębiania nierówności regionalnych i niestabilności zatrudnienia.

Czy istnieje jakakolwiek szansa na spójną politykę?

MH: Przez lata uczelnie spełniały ukrytą funkcję odciążania rynku pracy od młodych absolwentów. Na polskie rodziny przerzucono koszt utrzymywania coraz starszych  dzieci, żeby te mogły się uczyć – a jednocześnie zmniejszać konkurencję między pracownikami. Tak samo jest z emigracją – żaden rząd nie chciał powstrzymywać emigracji młodych, bo to odciążało rynek pracy i pozwalało polskim władzom nie zastanawiać się, jak systemowo rozwiązywać problem niezaspokajanych aspiracji. Jednocześnie młodych ludzi mobilizowano do tego, żeby się uczyli, łudzono ich perspektywą, że w wyniku indywidualnych starań polepszą swój los. Mieli aspiracje, a trudno ich nie mieć, skoro wkłada się w coś dużo wysiłku, a rodziny biorą kredyt na to, by dziecko mogło się wykształcić. Okazało się, że cały ten wysiłek jest niepotrzebny, bo młodzi absolwenci niestety często trafiają do miejsc pracy, w których niepotrzebne są języki obce czy specjalistyczna wiedza. Z perspektywy rynku pracy inwestycja w edukację była nietrafiona. Ale to nie jest wina uczelni, tylko braku spójnej polityki państwa w kwestii edukacji i rozwoju gospodarczego.

Jakie mogą być polityczne konsekwencje niespełnienia aspiracji edukacyjnych młodych?

MH: Jeśli dojdzie do tego, że ludzie, którzy chcą się kształcić, nie będą mogli tego robić z powodu pieniędzy, narodzi się ogromna frustracja społeczna. Oni poszli na wyższe uczelnie dlatego, że mówiono im, że to jest dla nich najlepsza szansa życiowa.

MP: Co więcej rząd powinien być świadomy, że najmocniej uderzy to w mieszkańców regionów pozametropolitalnych, czyli tych, w których Prawo i Sprawiedliwość miało wysokie poparcie.

Premier Gowin nie lubi państwa polskiego

Jaką widzicie najlepszą strategię oporu wobec proponowanych zmian?

MP: Przede wszystkim przedstawimy propozycje alternatywnych rozwiązań. Nasze propozycje pozytywne przedstawimy je w najbliższym czasie, wspólnie z innymi społecznymi partnerami podczas Kongresu KKHP. Jako społeczność akademicka jesteśmy najbliżej tej reformy i najwyraźniej widzimy, jakie będą jej konsekwencje. Pewnie wielu czytelników i wiele czytelniczek tego wywiadu, to akademicy i akademiczki. Wielu z nas udziela się w różnych organizacjach społecznych, walczy o różne sprawy poza murami akademii. Ale teraz sytuacja wymaga od nas również tego, byśmy zajęli się własnym śmietnikiem. Żebyśmy jako studenci i pracownicy uczelni zaangażowali się również w tym miejscu, w którym uczymy się i pracujemy.

MH: Socjalizacja do pracy akademickiej właściwie wyklucza postawę buntowniczą. Przywiązanie do hierarchii, grzeczności, elastyczne dostosowywanie się do rzeczywistości, wykazywanie się wynikami bez względu na narzucone reguły gry – to wyżej waloryzowane postawy przez dużą część polskiego środowiska akademickiego. Ale bez zaangażowania środowisk akademickich i ich aktywnego sprzeciwu niewiele zdziałamy. Nie możemy liczyć na to, że ktoś to za nas załatwi.

***

Monika Helak – aktywistka Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej i Uniwersytetu Zaangażowanego.

Mateusz Piotrowski – członek Zarządu Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej. W 2017 obronił doktorat poświęconym krytyce pojęcia pracy i kapitału w doktrynie szkoły austriackiej na Wydziale Teologii i Religioznawstwa Nottingham University.

Bio

Zofia Sikorska

| Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl

Studiuje socjologię i historię sztuki w ramach MISH UW. Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Szanowni Państwo,
Chciałbym odnieść się do następującego fragmentu rozmowy:
MP: …Najzabawniejsze jest to, że ustawę projektują profesorowie, którzy zdobyli magisteria, doktoraty, habilitacje najczęściej na swoich macierzystych uczelniach.
MH: W zupełnie innych niż nasze, a więc zdecydowanie lepszych, cieplarnianych warunkach.
Rozumiem oczywiście różnice poglądów dotyczące tego jaka powinna by ustawa o szkolnictwie wyższym. Sam w wielu sprawach mam rozterki dotyczące tego jakie rozwiązanie byłoby najlepsze. Uważam także, że dobrą rzeczą jest spór i ścieranie się opinii – chodzi przecież o przyszłość naszego kraju. Jednocześnie jestem przekonany, że rzeczowa dyskusja jest możliwa jedynie, gdy wychodzimy od faktów, a nie budujemy jej na topornej propagandzie bądź po prostu niewiedzy. Mam nadzieję, że zacytowany fragment wynika właśnie z tej drugiej. Co prawda nie byłem członkiem żadnego z zespołów przygotowujących założenia do Ustawy 2.0, ale jestem z podobnej generacji i nie sądzę by profesorowie wymienieni wyżej rozpoczynali swoją karierę naukową w mocno innej niż ja rzeczywistości. A ta w moim przypadku wyglądała następująco, oczywiście w dużym skrócie:
Pierwszego dnia, gdy zatrudniono mnie na stażu asystenckim w Politechnice Poznańskiej, przydzielono mi miejsce pracy – było to małe, mocno już zużyte biureczko stojące w wieloosobowej sali. Pewnym problemem było to, że przy biureczku były dwa rozklekotane krzesła, a do biureczka przydzielono trzy osoby: kolegę, który wraz ze mną rozpoczynał staż oraz będącego na kilkumiesięcznym stażu w PP doktora z Politechniki w Charkowie, no i mnie. Był to grudzień 1974 roku, a więc nie było mowy o żadnych komputerach, Internecie czy WWW (tych dwóch ostatnich po prostu jeszcze nie było). Wybór czasopism w uczelnianej bibliotece był więcej niż skromny. Książki z mojej dyscypliny czytałem na ogół po rosyjsku (zdarzało się, że tłumaczyli prace z USA).
Mieszkałem w niezbyt dużym mieszkaniu u rodziców, także przez około rok po ślubie, gdy dołączyła do nas moja żona. Mieszkanie dzieliliśmy także z moją młodszą siostrą. Po roku spotkało nas niezwykłe szczęście – dostaliśmy z żoną pokój w Hotelu Asystenta przy ul. Palacza 18. To jak chwycić Pana Boga za nogi. W tym pokoju kończyłem mój doktorat. Pokój miał 12 metrów kwadratowych powierzchni, a znajdowały się w nim następujące rzeczy: wnęka z umywalką, stolik i dwa krzesła, rozkładana kanapa, a od pewnego momentu także łóżeczko pierwszego dziecka, szafa ubraniowe, półka na książki, lodówka, a na niej stała pralka automatyczna (pieluchy jednorazowe były wtedy nieprawdopodobnym luksusem, który znałem tylko z opowieści, więc normalne pieluchy trzeba było prać i prasować; nawiasem mówiąc żona tuż przed porodem pełniła przez tydzień dyżury (o różnych porach doby) w kolejce by zdobyć tę pralkę). Wspólna ubikacja i natrysk były na piętrze (po jednym przypadało na 40 osób), była też, na piętro, wspólna kuchnia z czteropalnikową kuchenką. Warto dodać, że rynek mieszkań na wynajem praktycznie nie istniał, a moja niewielka pensja wystarczała z trudem na związanie końca z końcem – w tamtych czasach banan był wielkim luksusem. Mieszkaliśmy w hotelu asystenta trzy lata, by zamienić go dokładnie przeddzień wprowadzenia stanu wojennego na dwupokojowe mieszkanie, tzw. „rotacyjne” (a przydzielono mi je za sukcesy naukowe), co było kolejnym niezwykle szczęśliwym wydarzeniem w moim życiu. Byłem też szczęśliwcem oczekującym na mieszkanie spółdzielcze w bloku (czekałem 14 lat) oraz na małego fiata na tzw. książeczce samochodowej (także wiele lat oczekiwania), Średni czas oczekiwania na telefon w 1989 roku, czyli ostatnim roku istnienia realnego socjalizmu, wynosił 14 lat (można sprawdzić w roczniku statystycznym). Co miesiąc stałem całą noc przed sklepem mięsnym, aby wykupić na kartki ochłapy, które wtedy nazywano mięsem. O wyjazdach za granicę na konferencje asystentów i młodych uczonych praktycznie nie było mowy, może że sami załatwiliśmy jakoś pieniądze – nie było wtedy agencji grantowych, a czarnorynkowy (a więc jedyny dla mnie osiągalny) kurs dolara był taki, że moje miesięczne wynagrodzenie wynosiło około 15 USD. To opis tychże „cieplarnianych warunków”, o których mowa w wywiadzie.
Andrzej Jajszczyk
P.S. Nie mam czasu i siły by komentować całą dyskusję, ale to co rzuca się w oczy, to całkowite zignorowanie doświadczeń tych krajów, w których szkolnictwo wyższe i nauka są na najwyższym poziomie (i zapewniam, że nie jest to tylko sprawa większych pieniędzy).

Szanowny Panie Profesorze,
proszę nie mieszać faktów. Opisywana przez Pana trudna sytuacja materialna, w jakiej rozpoczynał Pan pracę naukową, nie wynikała z odgórnej polityki kształtującej funkcjonowanie uczelni wyższych, ale z (chorej) sytuacji gospodarczej w poprzednim systemie. Meritum argumentu właściwie Pan nie dotknął, a chodzi w nim o to, że na przykład Pan Profesor, popierający rozwiązania zmuszające naukowców do mobilności, wedle publicznie dostępnych informacji, kolejne stopnie i tytuły naukowe zdobywał na tej samej uczelni. Jednocześnie, odnosząc się z szacunkiem do Pańskiego dorobku naukowego, warto zauważyć, że nie przeszkodziło to Panu bynajmniej w uprawianiu nauki na wysokim poziomie. A mówiąc jeszcze inaczej - proszę mi dać zarobić na dom, a ja w starszym wieku może i skorzystam z takiej opcji, żeby go sprzedać i kupić inny w innym mieście (nie wiem tylko co na to moja żona, która naukowcem nie jest, a z racji wysokiej specjalizacji w branży ważnej lecz niezbyt dobrze u nas rozwiniętej, pracę w zawodzie byłaby w stanie znaleźć w dwóch miastach w Polsce).
Co do innych spraw:
- staż asystencki nie był taki dobry, bo wiązał się z pełnym obciążeniem dydaktycznym - proszę wybaczyć, ale chyba nie ma Pan pojęcia, jak ogromna jest różnica między przygotowywaniem doktoratu przy jednoczesnym prowadzeniu dydaktyki (w mniejszy czy większy sposób jednak związanej z uprawianą dyscypliną naukową) i stabilności zatrudnienia a przygotowywaniem doktoratu przy jednoczesnej etatowej pracy w firmie zajmującej się całkowicie czymś innym lub pracy wyłącznie na zlecenie i mocno niestabilnej (dodam, że w moim mieście stypendium doktoranckie obecnie wystarcza na wynajęcie pokoju w mieszkaniu dwupokojowym, opłacenie biletu miesięcznego i "na przeżycie" zostaje ok 100zł, więc podejmowanie pracy nie wynika z chęci bogacenia się, ale konieczności zapewnienia potrzeb życiowych);
- całkowite ignorowanie doświadczeń krajów, w których szkolnictwo wyższe i nauka są na najwyższym poziomie - no dobrze, w takim razie przyjrzyjmy się Stanom Zjednoczonym i obecnej sytuacji ludzi rozpoczynających tam pracę w nauce, coraz rzadziej mogących liczyć na stałe zatrudnienie i coraz częściej spędzających długie lata na kolejnych post-doc'ach, a w końcu często rezygnujących z kariery naukowej (statystyki dotyczące zjawisk, o których mówię, są dostępne); przyjrzyjmy się krajom takim jak Holandia, które postawiły na komercjalizację nauki i przede wszystkim studiów wyższych, i sprawdźmy czy nauka ma się tam lepiej teraz niż się miała przed tego rodzaju reformami.

Nie mam czasu i siły, by komentować wszystkie kwestie, które Pan tu poruszył, jednak bardzo chciałbym, żeby i Pan Profesor i inne osoby pracujące nad kształtem nowej ustawy lub co do zasady popierające różne proponowane w niej rozwiązania zechciały wyjaśnić choćby takie kwestie, jak te:
- dlaczego ciągle mówi się o kolejnych mechanizmach, które mają "bodźcować" (co za określenie...) do tego czy tamtego naukowców młodych, a nie mówi się o skłanianiu naukowców mniej młodych do poświęceń tej samej rangi i skali?
- dlaczego mówi się o tym, do czego trzeba tych młodych naukowców zmuszać, ale nie mówi się o tym, jakie to dla nich przyniesie skutki (niestabilność w czasie studiów doktoranckich plus wymuszona mobilność po ich zakończeniu przekreśla właściwie np. możliwość założenia rodziny przed 30. rokiem życia - w imię czego?)?
- dlaczego nie mówi się o tym, skąd wiemy, że określone mechanizmy przyniosą zamierzone efekty (skąd np. przekonanie, że wymuszona mobilność w kraju o niskim potencjale naukowym i niewielu dobrych zespołach naukowych przyniesie dobre skutki np. dla tych, którzy z dobrych ośrodków będą musieli się przenosić do tych mniej dobrych? co z tymi, którzy poza uczelnią macierzystą nie znajdą w Polsce zespołów badawczych w swojej dziedzinie, bo ich nie ma? mówię o Polsce, bo de facto o mobilności wewnętrznej mówi się w proponowanych regulacjach, a za to nie mówi się nic o mechanizmach wspierania mobilności międzynarodowej, poza samymi nakazami i zakazami)?
- dlaczego tak wiele mówi się o uczelniach publicznych, a w żaden sposób nie porusza się problemów dotyczących uczelni prywatnych?
- dlaczego dydaktyka traktowana jest nie jako naturalny element funkcjonowania (nomen omen) uczelni wyższych, a tradycyjnie ich główna funkcja, ale jako obciążenie (które np., jak w wypowiedzi Pana Profesora, nie ułatwia pracy nad doktoratem), którego trzeba się pozbyć?
- dlaczego Pan Profesor i tak wielu innych próbuje udawać, że planowana reforma rozgrywa się wyłącznie w sferze walki o jakość polskiej nauki, podczas gdy w rzeczywistości dzieje się tu o wiele więcej?
- dlaczego Pan Profesor i tak wielu innych wciąż powtarza, że pieniądze nie rozwiążą wszystkich problemów, nie przyznając jednocześnie, że są one jednym z najbardziej oczywistych problemów w polskiej nauce?
- dlaczego o praktycznych sposobach i skutkach reformowania publicznych uczelni wyższych najwięcej mają do powiedzenia osoby, których doświadczenie w kierowaniu nimi jest niewielkie lub żadne?

Tego rodzaju pytania się mnożą. Sęk w tym, że gdy już ktoś na nie odpowiada, to co najwyżej wybiórczo. Bo nie ma czasu i siły. Co świadczy o stosunku do osób, które te pytania zadają.

Polecam:
https://www.youtube.com/watch?v=PaPqlCTmq9I
calosc a zwlaszcza 17.00-18.30
Moze jednak warto wychylic nosa z polskiego grajdola by jednak zobaczyc, ze mamy naprawde problem!!!

a tak przy okazji dygresja. Czy opinia pana Piotrowskiego o "antydemokratycznym" sposobie zarzadzania uczelniami ma jakis zwiazek z jego dfoswiadczenim jako doktoranta w Nottingham. Tam to dopiero mmay chucpe andtydemokratyczna. Cytuje:
Senate
The academic authority of the University is the Senate, which meets three times a year. Its responsibility is to direct and regulate teaching and examinations, and to promote research. The Senate is chaired by the Vice-Chancellor and its membership includes:
A obecny chancellor to wprawdzie absolwent tego uniwersytetu (BA in Economics), ale do momentu objecia funkcji w 2013 glownie ekonomista, biznesman i czlonek wielu doradczych komitetow ekonomicznych rzadow wielu panstw.

Tak to prawda, ze wszystkie 3 projekty U2.0 praktycznie ignorowaly kwestie szkolnictwa wyzszego co spotkalo sie z olbrzymia krytyka na portalach (nic odkrywczego w komentowanym artykule).
Smutne jest to, ze np. z projektu zespolu prof. Kwieka (pomimo wielu sensownych propozycji) wychodzi z kazdego zakmarka proba zachowania raz zdobytych przywileji. Tyle, ze inne generacje uczelniane takie jak Obywatele Nauki czy wlasnie KKHM maja inne sztandary, ale jak sie zaglebic w szczegoly to wszystko sie sprowadza do jednego: Na sztandarach wielkie hasla, a pod nimi walka o swoje wlasne indywidualne przywileje lub wyrwania czegos z krotkiej kordelki. Ludzie odpowiedzilani i myslacy propanstwowo nie bardzo maja z kim na uczelniach rozmawiac - podobnie jest z PSRP, ktorego dzialacze juz bardziej sa politykierami a studenci interesuja sie glownie stypendiami.
Polskie uczelnie to zakonserwowana mentalnosc z czasow slusznie minionych.

A co do mobilnosci. Student moze przyjechac do miasta i mieszkac w akademiku to tym bardziej moze doktorant i postdoc. To co jest problemem to jakosc ksztalcenia i dalsze perspektywy zawodowe a nie mobilnosc.

Panie Profesorze,
1. Staże asystenckie są na wymarciu, zastąpione gorszymi "studiami doktoranckimi"
2. Hotel asystencki przy ul. Palacza został już dawno temu sprzedany. Od niedawna mieści się tam dyskont Lidla.
3. Wynajem mieszkania w Poznaniu w lepszym standardzie niż "pokój studencki z jedną łazienką dzieloną na kilka gospodarstw domowych" kosztuje tyle samo lub nawet więcej niż wynosi typowe stypendium doktoranckie.
4. E-zasoby biblioteczne zmniejszają potrzebę mobilności, a nie zwiększają.

Z całości Pana wypowiedzi można wywnioskować, że marzył się Panu wyjazd, więc teraz wszystkich innych chce Pan na siłę uszczęśliwiać. Otóż czasy się zmieniły i obecnie trudno o bardziej szkodliwe dla polskiej nauki propozycje niż przymusowa mobilność.

>Staże asystenckie są na wymarciu, zastąpione gorszymi "studiami doktoranckimi"
Na stażu i późniejszej asystenturze miałem pełne obciążenie dydaktyczne, nie wiem czy to ułatwiało prace nad doktoratem.
>E-zasoby biblioteczne zmniejszają potrzebę mobilności, a nie zwiększają.
Mobilność nie jest po to by mieć dostęp do zasobów bibliotecznych, ale do zespołów naukowych, czyli ludzi; Skype tego nie zastąpi.
>marzył się Panu wyjazd,
Moja indywidualna sytuacja nie ma tu żadnego znaczenia - ja już swoje wyjeździłem. Przytłaczająca większość uczonych, którzy osiągają teraz autentyczne sukcesy naukowe jest bardzo mobilna, pracując wiele lat w różnych miejscach. Związek mobilności i sukcesu naukowego nie jest tu przypadkowy. Na grant ERC (również Starting Grant) nie mają szansy niemobilni, niezależnie od tego na jakim uniwersytecie robili doktorat. Dylemat wygląda następująco: albo mobilność, trud, wyrzeczenia i nauka światowej jakości, albo brak mobilności, w miarę wygodne życie i zbieranie "punkcików". Proszę tylko nie podawać przykładu Immanuela Kanta, który nigdy nie ruszył się z Królewca - czasy były inne, a przede wszystkim nie wszyscy uczeni są Kantami.
>Otóż czasy się zmieniły i obecnie trudno o bardziej szkodliwe dla polskiej nauki propozycje niż przymusowa mobilność.
Nie bardzo rozumiem co jest takiego szczególnego w nas Polakach, że mobilność ma być dla nas szkodliwa, gdy w całym cywilizowanym świecie tak nie jest.
AJ

Mateusz Piotrowski

Szanowny Panie Profesorze,

W swojej wypowiedzi odnosiłem się do faktu, że (cytuję): "MP: ustawę projektują profesorowie, którzy zdobyli magisteria, doktoraty, habilitacje najczęściej na swoich macierzystych uczelniach." Jest to fakt potwierdzony m.in. na Pana przykładzie (cytuję za: http://jajszczyk.pl/inc/uploads/A_Jajszczyk_CV_2015_03.pdf):

"Stopnie zawodowe i naukowe

1974 Mgr inż. elektryk (Politechnika Poznańska)
1979 Dr w zakresie telekomunikacji (Politechnika Poznańska)
1986 Dr hab. w zakresie telekomunikacji (Politechnika Poznańska)
1994 Profesor"

Z pewnością, warunki pracy naukowca w znajdującej się w gospodarczym kryzysie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej lat 80. były z pod wieloma względami nie do pozazdroszczenia, że nie było internetu, a " w tamtych czasach banan był wielkim luksusem". Wydaje mi się jednak, że powinniśmy dążyć do tego, by kolejne pokolenia żyły i pracowały w lepszych, a nie równie złych lub gorszych warunkach.

Co do doświadczenia nauki i pracy na uczelniach zagranicznych - w tym zdobywania stopni naukowych na nie-macierzystej, zagranicznej uczelni - to nie wszystkie tematy da się poruszyć w krótkim wywiadzie. Nasze rozwiązania pozytywne, być może również z przykładami dobrych praktyk z zagranicy, przedstawimy na Kongresie KKHP, na który serdecznie zapraszam.

Dodam tylko, że moje doświadczenie zdobywania stopnia naukowego na zagranicznej uczelni - które doceniam - nie skłania mnie wcale do wiary w to, że wystarczy przekopiować "zachodnie rozwiązania", i że na mitycznej Zachodniej Akademii wszystko jest lepiej (chociażby dlatego, że nie ma czegoś takiego jak jeden jedyny Zachód i jeden jedyny zachodni model uniwersytetu). Jestem też mocno przekonany, że obietnica "wzrostu jakości (output) nawet bez zmiany nakładów (input)" (cyt. za Instytut Allerhanda) jest przekonaniem naiwno-cynicznym.

Pozdrawiam i życzę dobrych Świąt,

Mateusz Piotrowski

Dziękuję za komentarz. Oczywiście długo by można dyskutować. Co do mojej "niemobilności" na wczesnym etapie kariery, to bardzo żałuję, ponieważ sądzę, że osiągnąłbym w nauce znacznie więcej. Ale porównanie jest ahistoryczne - po prostu wtedy wyjazd specjalisty z telekomunikacji do czołowych ośrodków, szczególnie w USA był po prostu niemożliwy z powodu wojskowego znaczenia tego obszaru. Mobilność w Polsce, dla młodych też była niezwykle trudna, o ile w ogóle możliwa, z powodów, o których Pan też wspomina.
Możliwości młodych naukowców w Polsce są teraz nieporównanie lepsze, bo i kraj jest bogatszy i wolność otworzyła granice. Co oczywiście nie oznacza, że nie powinno być znacznie lepiej. Nie sądzę by celem twórców trzech propozycji założeń do Ustawy 2.0 miałoby być pogorszenie losu młodych uczonych - sądzę raczej, że jest przeciwnie. Co do mojej opinii na temat planowanej reformy szkolnictwa wyższego to jest ona zgodna z opinią KPN, któremu obecnie przewodniczę, i można ją znaleźć na stronie MNiSW: http://www.nauka.gov.pl/g2/oryginal/2017_04/64b9893548a8699e5ddfe7da8b74bd0f.pdf , a także w najnowszym numerze Forum Akademickiego.
Z pozdrowieniami
Andrzej Jajszczyk

Mateusz Piotrowski

Specyfika obszaru rzeczywiście ma tu znaczenie i w jednych specjalizacjach łatwiej o mobilność - w innych trudniej ze względu na obiektywne uwarunkowania (również historyczne, o których Pan wspomina).

Też nie zakładam by celem reformatorów było świadome pogarszanie warunków pracy młodych naukowców. Jeśli mój komentarz mógł zostać tak odczytany, to przepraszam. Myślę, że subiektywne intencje reformatorów są dobre, tj. że naprawdę wierzą, że ich pomysły przyniosą poprawę. Inaczej oceniam za to jakie były obiektywne efekty tzw. reformy Kudryckiej i jakie mogą być obiektywne efekty przyszłej reformy Gowina.

Dziękuję Panu za komentarz i raz jeszcze pozdrawiam,

Mateusz Piotrowski

Czyli zabraknie kasy na lewicowe kierunki typu gender i inne takie?
No straszne... . koniec z afrykanistyką? Z fililogią białoruską? Jak nasza gospodarka to przeżyje. Moze uda się Gowinowi uderzyc w burdello na uczelniach medycznych.
Więcej pilitechniki!

Filologia białoruska jest bardzo potrzebna firmom planującym ekspansję na wschód...

Mateusz Piotrowski

Panie Kamilu,

Wydaje mi się, że byłoby naprawdę źle, gdyby zniknęła np. filologia białoruska. Żyjemy przecież w kraju, który sąsiaduje z Białorusią i ma tam np. żywotne interesy gospodarcze. Co więcej, nasza geopolityczna przyszłość - a może nawet byt państwowy - zależą również od tego, jak ułożą się strefy wpływów i relacje sił na Białorusi A na ten układ sił ma wpływ również to, jak Polska oddziałuje na białoruskie elity, ilu jest w Polsce wykształconych ekspertów dobrze znających Białoruś itp. itd. Jeszcze kilka lat temu mogło wydawać się, że wydawanie publicznych pieniędzy np. na naukowców zajmujących się Tatarami krymskimi to niepraktyczna fantazja. Po aneksji Krymu tacy specjaliści okazali się być na wagę złota. To tylko przykłady, które pokazują dlaczego czasem warto finansować "niepraktyczne" kierunki. Takie kierunki mogą się wydawać nieprzydatne z punktu widzenia krótkoterminowych interesów partyjnej polityki lub biznesu, ale te partyjno-biznesowe interesy, są - właśnie krótkoterminowe. Dlatego większości uczelni prywatnych nie inwestuje w kierunki, które naprawdę wytwarzają długoterminowe innowacje technologiczne i społeczne, bo takie badania wymagają i pieniędzy i czasu. Z punktu widzenia prywatnego inwestora znacznie lepiej włożyć pieniądze w tani w utrzymaniu kierunek (najlepiej o modnej nazwie, patrz: oferta edukacyjna Wyższej Szkoły Europejskiej w Krakowie) i zasugerować, że świetnie przygotuje absolwentów do rynku pracy za 5 lub 10 lat. No i gdybyśmy chcieli dostosować polską do polskiej gospodarki w jej obecnej formie (opartej na konkurowaniu nie innowacjami, ale niskimi płacami) to trzeba by było zamknąć ośrodki badawcze. A to wcale nie wyszłoby na zdrowie - przyszłości - polskiej gospodarki.

Pozdrawiam

Mateusz Piotrowski

Mateusz Piotrowski

Panie Kamilu, wydaje mi się, że likwidacja filologii białoruskiej w kraju, który sąsiaduje z Białorusią, ma z nią coraz silniejsze powiązania ekonomiczne, w kraju którego polityczna przyszłość zależy również od tego, jak ułożą się strefy wpływów na Białorusi, z kim będa sympatyzować białoruskie elity itd - nie jest jednak najlepszym pomysłem.

Proszę także zwrócić uwagę, że zdecydowana większość prywatnych uczelni, o których mówimy w wywiadzie niechętnie inwestuje w kierunki politechniczne, i w ogóle w kierunki wymagające większych inwestycji. Dla inwestora prywatnego liczy się często szybki zwrot z inwestycji. A to najłatwiej uzyskać otwierając kierunki, o modnych nazwach, które nie kosztują wiele (vide: oferta w prywatnej uczelni, której rektorem był min. Gowin). Pozdrawiam serdecznie