Gospodarka, Świat

Wybór lewicy

Fot. Peg Hunter, flickr.com

Niemoc współczesnej lewicy można częściowo tłumaczyć osłabieniem związków zawodowych i organizacji pracowniczych, które zawsze stanowiły jej kościec. Jednak równie fatalna w skutkach jest ideologiczna kapitulacja lewicowych partii głównego nurtu. A dziś nie wystarczą stare, dobrze znane recepty.

CAMBRIDGE – Powiedzmy to jasno: społeczna i gospodarcza zawierucha wywołana przez globalizację i nowe technologie, jest jak dotąd pożywką niemal wyłącznie dla prawicowych populistów. Donalda Trumpa w USA, Viktora Orbána na Węgrzech czy Jaira Bolsonaro w Brazylii wyniosła do władzy wzbierająca fala niechęci wobec zastanych politycznych elit; to właśnie oni potrafili skutecznie wykorzystać utajone dotąd resentymenty poszczególnych narodów.


Tymczasem lewica najwyraźniej się pogubiła i nie jest w stanie przejąć inicjatywy. Tę niemoc częściowo tłumaczy osłabienie związków zawodowych i organizacji pracowniczych, które pierwotnie stanowiły kościec ruchów lewicowych i socjalistycznych. Równie fatalna w skutkach jest jednak ideologiczna kapitulacja lewicy. Im chętniej partie lewicy opierały się na wysoko wykształconych elitach zamiast na klasie robotniczej, tym skwapliwiej ich polityczna myśl podążała za interesami biznesu i sektora finansowego.

Od żółtych kamizelek po Zielony Nowy Ład

Dlatego właśnie główny nurt partii lewicowych poprzestaje dziś na raczej ograniczonym zestawie starych recept: więcej wydawać na edukację, ulepszyć politykę społeczną, wprowadzić bardziej progresywne podatki – na nic więcej nie jest w stanie się zdobyć. Program lewicy, zamiast odnosić się do elementarnych nierówności i niesprawiedliwości w sferze ekonomicznej, społecznej i politycznej, ogranicza się do nieznacznych poprawek, do lukrowania dominującego systemu.

Coraz więcej osób przyznaje już, że polityka podatków i transferów finansowych ma swoje ograniczenia. Chociaż wiele jest jeszcze do zrobienia w kwestii poprawy zabezpieczeń społecznych i ściągania podatków, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, potrzeba dziś o wiele głębszych reform, by wyrównać szanse większości pracowników i rodzin w wielu newralgicznych sferach. To zaś oznacza konieczność zwrócenia uwagi na rynek towarów, rynek pracy i rynek finansowy, a także na obowiązujące reguły systemu politycznego.

Ken Loach: Jeśli nie rozumiemy walki klas, nie rozumiemy zupełnie nic

Zwykła redystrybucja dochodów od bogatych do biednych – albo od bardziej do mniej produktywnych sektorów gospodarki – nie zapewni powszechnego dobrobytu. Osiągnięcie tego celu wymaga bowiem pełnego zintegrowania mniej wykwalifikowanych pracowników, mniejszych przedsiębiorstw i słabiej rozwiniętych regionów z najbardziej zaawansowanymi obszarami gospodarki.

Innymi słowy, trzeba przystąpić do konstruktywnej reintegracji całej krajowej gospodarki. Niezmiernie ważną rolę mają tu do odegrania duże, wydajne firmy. Muszą one mianowicie przyjąć do wiadomości, że ich własne powodzenie zależy od dóbr i usług publicznych, których dostarczają im władze lokalne i krajowe – od systemu egzekwowania prawa i ochrony własności intelektualnej przez infrastrukturę i inwestycje publiczne w badania i rozwój aż po podnoszenie kwalifikacji pracowników. W zamian za te usługi przedsiębiorstwa muszą same inwestować w lokalne społeczności, swych dostawców i pracowników – a inwestycje te nie mogą być jedynie poboczną ścieżką działań wizerunkowych prowadzonych pod hasłem „społecznej odpowiedzialności biznesu”. Muszą stać się ich główną osią działalności.

Progresywna międzynarodówka Warufakisa i Sandersa: szansa dla prekariatu?

czytaj także

Dawniej władze zajmowały się doradztwem rolnym: uczyły rolników nowych technik upraw i hodowli. Dziś Timothy Bartik z ośrodka badawczego W.E. Upjohn Institute for Employment Research upatruje podobnej roli państwa w „doradztwie przemysłowym” – chociaż tę samą koncepcję można równie dobrze zastosować do sektora usług. Władze, które chcą we współpracy z biznesem upowszechniać nowoczesne technologie i metody zarządzania, mogą skorzystać z doskonale udokumentowanego repertuaru takich inicjatyw.

Drugim polem do popisu dla władz publicznych jest kierowanie rozwojem technologii. Rozwiązania takie jak automatyzacja pracy i sztuczna inteligencja zwykle prowadzą do zmniejszenia zatrudnienia, szczególnie wśród pracowników o niższych kwalifikacjach. Nie musi tak jednak być, jeśli tylko polityka władz państwowych przestanie polegać na promowaniu (np. dotowaniu) technologii zastępujących człowieka, a skupi się na wspieraniu rozwoju tych technologii, które przysporzą miejsc pracy dla nisko wykwalifikowanych pracowników.

Nieżyjący już ekonomista Anthony Atkinson w książce Nierówności. Co da się zrobić? kwestionuje na przykład roztropność wspierania przez państwo rozwoju autonomicznych pojazdów bez rozważenia, jak ich upowszechnienie wpłynie na los taksówkarzy i kierowców ciężarówek. Inni ekonomiści, w tym Daron Acemoğlu, Anton Korinek i Pascual Restrepo, postulują nowe zastosowania sztucznej inteligencji, które zwiększą zapotrzebowanie na pracę ludzi – na przykład dzięki temu, że pozwolą szeregowym pracownikom wykonywać czynności, których wcześniej im nie powierzano. Postęp w tym kierunku wymagałby jednak świadomego wysiłku władz, zrewidowania podejścia do innowacji oraz wprowadzenia odpowiednich zachęt dla sektora prywatnego.

Elizabeth Warren 2020

Również na rynkach pracy konieczne jest przywrócenie równowagi. Osłabienie związków zawodowych i osłony kodeksów pracy sprawiło, że pracownicy przestali być przeciwwagą dla właścicieli kapitału. Z niedawno przeprowadzonych badań wynika, że przedsiębiorstwa mają znaczną przewagę nad pracownikami w negocjowaniu warunków zatrudnienia, co przekłada się na spadek wynagrodzeń i pogarszanie się warunków pracy. Odwrócenie tego trendu będzie wymagać wielu pro-pracowniczych strategii, w tym podnoszenia płacy minimalnej, tworzenia zachęt do wstępowania do związków zawodowych oraz adekwatnego uregulowania standardów zatrudnienia w gospodarce prac dorywczych i na umowach śmieciowych.

Gerwin: Dobre życie zamiast kapitalizmu

Głębokich ingerencji państwa wymaga też sektor finansowy, nadmiernie rozrośnięty w większości rozwiniętych państw. Przerost sektora finansowego zagraża stabilności gospodarki, nie oferując w zamian oczekiwanych korzyści, takich jak choćby wzrost inwestycji w sektorze wytwórczym. Jak od dawna twierdzi stanfordzka ekonomistka Anat Admati (i nie ona jedna), absolutne minimum to zwiększenie rezerwy kapitałowej wymaganej od banków i objęcie ich ściślejszym nadzorem. To, że instytucje finansowe uniknęły poważniejszych konsekwencji po kryzysie, jaki same wywołały w latach 2008-2009, świadczy aż nadto wymownie o ich politycznej sile.

To, że instytucje finansowe uniknęły poważniejszych konsekwencji po kryzysie, jaki wywołały w latach 2008-2009, świadczy wymownie o ich politycznej sile.

Całkowity blamaż dotychczasowych prób uregulowania rynków finansowych dowodzi, że reformy czysto gospodarcze, choć konieczne, nie wystarczą: razem z ich wprowadzaniem trzeba wyrównać dysproporcję wpływu na politykę państwa. W USA na przykład wybory powszechne odbywają się w dni robocze, a nie w weekendy, co w połączeniu z surowymi wymogami dotyczącymi rejestracji wyborców, manipulacją granicami okręgów wyborczych i tysiącem innych przepisów prawa wyborczego działa na niekorzyść pracującej większości. A to nie wszystko, bo trzeba jeszcze wspomnieć o niezwykle liberalnych zasadach finansowania kampanii wyborczych w USA, które dają wielkim korporacjom i właścicielom największych majątków niewspółmiernie duży wpływ na stanowione prawo.

O co Włochy walczą z UE?

czytaj także

Zanim Partia Demokratyczna stanie do wyborów, które odbędą się już za dwa lata, musi podjąć zasadniczą decyzję: czy nadal będzie tylko dosypywać słodzik do niesprawiedliwego systemu gospodarczego? Czy też zdobędzie się na odwagę i na poważnie zajmie się głęboko zakorzenioną nierównością i niesprawiedliwością?

**
Copyright: Project Syndicate, 2019. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożył Marek Jedliński.

Bio

Dani Rodrik

| Uniwersytet Harvarda
Profesor Międzynarodowej Ekonomii Politycznej w John F. Kennedy School of Government na Uniwersytecie Harvarda, jest autorem książki „Straight Talk on Trade: Ideas for a Sane World Economy”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.