Świat

Czy Trudeau ukarze bogatych za sukces i spryt? Trzymamy kciuki!

Liberalne media już zdążyły oskarżyć premiera Kanady o to, że jest populistą i szkodzi gospodarce, proponując nałożenie podatków i prawno-finansowych ograniczeń na tych, którym się w życiu powiodło. Powód? Premier Trudeau obiecuje, że ureguluje wreszcie rynek nieruchomości i poważnie potraktuje prawo do dachu nad głową.

Pandemia miała przekłuć nabrzmiałą bańkę mieszkaniową. Okazało się jednak, że inwestorzy i spekulanci są w stanie nadmuchać ją jeszcze bardziej. Jak informują eksperci Bloomberg Economics, w wielu krajach OECD, m.in. w Kanadzie, obecne indeksy cen nieruchomości przekroczyły te sprzed kryzysu w 2008 r.

W skrócie: stało się tak głównie dlatego, że w ostatnich latach, jak pisał na naszych łamach Piotr Wójcik, „lokale mieszkalne ze zwykłego towaru użytkowego stały się aktywami inwestycyjnymi”, a to umożliwiło najbogatszym „zabawę w spekulację na rynku” i windowanie cen w górę kosztem biedniejszych warstw społecznych, dla których zakup własnego M2 nie wykracza poza sferę nieosiągalnych marzeń.

Hongkong w Warszawie, bonanza na giełdzie. Dlaczego mieszkamy w ciasnych klitkach

„Przegrzewanie się” rynku mieszkaniowego trwa niemal wszędzie. Niektóre rządy zaczynają podejmować mniej lub bardziej skuteczne działania regulacyjne.

Kryzys mieszkaniowy, czyli humanitarny?

W Nowej Zelandii, gdzie ceny mieszkań w ciągu pandemicznego roku wzrosły aż o 24 proc., do walki zaprzęgnięto władze monetarne. Bank centralny zobowiązano do tego, by przy ustalaniu kształtu polityki pieniężnej (np. stóp procentowych) brał pod uwagę warunki panujące w mieszkalnictwie. Do wielkiego schłodzenia rynku daleko, ale dyskusja i starania w tym obszarze nie ustają.

Włączyła się także ONZ-owska Komisja Praw Człowieka. Ta uznała, że to, co dzieje się z cenami w Nowej Zelandii, prowadzi wprost do kryzysu humanitarnego. Jak tłumaczył komisarz Paul Hunt, mnóstwo ludzi zostaje pozbawionych podstawowego prawa do dachu nad głową. Uderza to przede wszystkim w najuboższe grupy społeczne, rdzennych mieszkańców kraju, a także młodych, pozbawionych godnych perspektyw bytowych Nowozelandczyków.

W podobne tony uderza premier Kanady. Justin Trudeau kilka dni temu ogłosił pakiet nowych rozwiązań dotyczących mieszkalnictwa. Trudeau przyznał, że niestabilność rynku nieruchomości dodatkowo pogłębiła pandemia i taniejące kredyty. Problemem jest też spekulacja i tzw. house flipping, czyli szybki obrót nieruchomościami, polegający na wykupywaniu, remontowaniu i natychmiastowej odsprzedaży mieszkań po znacznie wyższych cenach.

Wszystko to doprowadziło do gwałtownych skoków cen mieszkań, wojen przetargowych, szalejących spekulacji i tego, że mnóstwo budynków stoi pustych, zaspokajając jedynie potrzeby inwestorów, najczęściej holdingów czy właścicieli wielkiego zagranicznego kapitału.

Trudeau zdecydował, że potrzebna jest interwencja rządu, a dokładniej – plan mieszkaniowy, który chce wdrożyć po tym, jak on i jego partia zwyciężą w rozpisanych przedterminowo wyborach.

Element kampanii czy szczera troska?

Kanadyjczycy i Kanadyjki pójdą do urn już 20 września. Dlaczego tak wcześnie? O rozwiązanie parlamentu i przyspieszone wyłonienie drugiego wnioskował u gubernatorki generalnej sam Trudeau, twierdząc, że kraj znajduje się w historycznym, kluczowym momencie, a to wymaga poważnej i powszechnej dyskusji o jego przyszłości.

„Kanadyjczycy muszą wybrać, w jaki sposób zakończymy walkę z COVID-19 i przeprowadzimy program odbudowy” – przekonywał premier, uznając, że wybory to najlepszy z możliwych sposobów poznania oczekiwań społecznych.

Sondaże sprzed paru tygodni wskazywały na rosnące poparcie dla liberałów, co otworzyło kierującemu obecnie rządem mniejszościowym Trudeau szansę na zdobycie większości. Teraz wskaźniki się wahają, więc Trudeau kusi wyborców coraz to bardziej atrakcyjnymi deklaracjami, ogłaszając m.in. plan nałożenia 3-procentowego podatku na największe kanadyjskie instytucje finansowe. Premier podniesie ich najwyższą stawkę z 15 do 18 proc., co odbiłoby się na zyskach powyżej 1 mld dolarów kanadyjskich (793 mln dolarów amerykańskich), a więc takich, jakie generują duże banki czy ubezpieczyciele.

Czy mieszkania mogą być tańsze? [rozmowa z Joanną Erbel]

Przede wszystkim jednak badania opinii publicznej potwierdzają, że czymś, co według wyborców powinno być priorytetem bieżącej polityki, jest także konieczność rozwiązania problemu mieszkaniowego w Kanadzie. Indeks cen domów Kanadyjskiego Stowarzyszenia Nieruchomości (CREA) wzrósł w sumie o 69,7 proc. od listopada 2015 r., kiedy Trudeau po raz pierwszy objął urząd i po raz pierwszy obiecywał poważne zmiany.

„Niedobory materiałów i rosnące koszty budowy również stawiają kraj w ponurym niedostatku podaży. Bank of Nova Scotia szacuje, że kraj ma mniej domów na 1000 mieszkańców niż jakikolwiek inny kraj G7” – czytamy w Business Insider.

Krytycy premiera zarzucają mu nieskuteczność w zmaganiach z kryzysem. Ich zdaniem przedstawiona cztery lata temu szeroko zakrojona reforma (strategia mająca zwiększyć podaż mieszkań i pomoc rodzinom w obniżeniu kosztów kupna nieruchomości, a także ulgi podatkowe dla osób kupujących swój pierwszy dom) nie przyniosła pożądanych rezultatów. Być może właśnie dlatego, że nie zakładała stanowczej walki z „drapieżnymi spekulantami”.

Teraz Trudeau chce to zmienić. Przyznaje, że choć strategia z 2017 r. pomogła poszerzyć pulę tanich mieszkań i ograniczyć chroniczną bezdomność, to oczywiste jest, że trzeba zrobić więcej.

Mieszkania, ochrona zdrowia i inne przeżytki z PRL-u. Elementarz dla obrońców konstytucji

Stop flipperom i spekulantom

Na stronie jego partii czytamy, że liberałowie zamierzają stworzyć tzw. Kartę Praw Nabywcy Domu, „aby proces zakupu domu był uczciwy, otwarty i przejrzysty”. Plan zakłada m.in. wprowadzenie dwuletniego zakazu nabywania nieruchomości przez mających większą siłę nabywczą niż mieszkańcy kraju cudzoziemców i rozszerzyć podatki od niezamieszkanych domów należących do zagranicznych właścicieli.

Dodatkowo rząd chciałby uchwalenia podatku antyflippingowego, aby ukrócić popularny proceder polegający na kupowaniu poniżej ceny rynkowej zaniedbanej/zniszczonej nieruchomości, szybkim jej odnawianiu i błyskawicznej odsprzedaży z zyskiem. Nowe przepisy nakładałyby na nabywcę obowiązek „utrzymania” mieszkania przez co najmniej rok. W innym wypadku spekulanci musieliby po prostu płacić spore sumy państwu.

Do tego wszystkiego Trudeau chce zdelegalizować tzw. ślepe licytacje, które uniemożliwiają poznanie ofert innych potencjalnych nabywców i ostatecznie powodują wzrost cen domów.

„Każdy, kto obiecuje, że może rozwiązać kryzys mieszkaniowy (szybko), nie rozumie kryzysu mieszkaniowego lub nie ma prawdziwego planu, aby to zrobić. Po prostu próbują ci coś sprzedać” – powiedział Trudeau na swoim kampanijnym wystąpieniu zorganizowanym w pobliżu osiedla mieszkaniowego, gdzie ceny domów osiągają nawet milion dolarów. „Dlatego stworzyliśmy bardzo ambitny, ale wieloaspektowy plan” – dodał polityk.

Furia wolnorynkowców

Swoimi propozycjami Justin Trudeau naraził się jednak na sporą krytykę ze strony liberalnych mediów. Bloomberg pomysły ścigania wielkich korporacji i obcokrajowców nazwał tanim populizmem, rzekomo zbliżającym kanadyjskiego premiera do polityki spod znaku Borisa Johnsona czy Donalda Trumpa.

„Może propozycje Trudeau to tylko polityczne pozycjonowanie, mające pomóc mu przetrwać wybory 20 września. Ale jeśli jego partia odniesie sukces, powinien zastanowić się dwa razy, zanim zacznie flirtować z tym stylem przywództwa. Wpuszczenie populistycznego dżina z powrotem do butelki jest bardzo trudne. A jego wyjęcie może wyrządzić ogromne szkody” – grzmi Michael R. Strain, który jednocześnie obawia się, że pomysły Trudeau stanowią barierę dla wzrostu gospodarczego, jak również są skierowane do odnoszących największe sukcesy instytucji finansowych i osób w kraju.

W zakazie zakupu nieruchomości dla bogatych obcokrajowców dziennikarz widzi przerzucanie odpowiedzialności za problemy wewnętrzne na inwestorów z zagranicy. Powinien był jeszcze dodać, że budowa mieszkań komunalnych to: „Jezu, komunizm”.

Czy tak samo myślą wyborcy w Kanadzie? O tym przekonamy się 20 września. Czas po wyborach zweryfikuje za to, czy Trudeau – polityk przez wielu uważany za wcielenie nowoczesnej progesywności – traktuje prawo każdego człowieka do dachu nad głową poważnie, czy jak kiełbasę wyborczą.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij