Już dziś widać, że najważniejszym wydarzeniem amerykańskich prawyborów była progresywno-lewicowa fala, jaka przeszła w tym roku przez Partię Demokratyczną. Kandydaci partyjnej lewicy popierani przez Berniego Sandersa i Alexandrię Ocasio-Cortez, czasem należący do organizacji Demokratyczni Socjaliści Ameryki (DSA), wygrywali w całych Stanach – od Kalifornii przez Kolorado i Środkowy Zachód po Nowym Jork – we wszystkich możliwych prawyborach: do legislatur stanowych, Kongresu, Senatu czy na stanowiska burmistrzów.
W listopadzie nową burmistrzynią stołecznego Waszyngtonu zostanie najpewniej identyfikująca się jako demokratyczna socjalistka Janeese Lewis George, a o analogiczne stanowisko w Los Angeles będzie walczyć członkini DSA Nithya Raman. Gdyby wygrały, to stolica i dwa największe miasta w kraju byłyby rządzone przez demokratycznych socjalistów.
Lewicowi kandydaci wygrywali prawybory, choć mieli przeciw sobie partyjny establishment, a często także wielkie pieniądze – w kluczowych wyścigach ich główni przeciwnicy dysponowali kilkakrotnie większym budżetem na kampanię. Niektórzy komentatorzy mówi wręcz o „populistycznej rewolcie” w Partii Demokratycznej.
Jakiego terminu nie użyjemy, w partii coś się bez wątpienia zmieniło w kilku ostatnich miesiącach i te zmiany wywołują tyleż entuzjazm lewicowej bazy, co lęki bardziej umiarkowanej części partii przed „wrogim przejęciem” przez „skrajną lewicę”. Niektórzy obawiają się ponadto, że demokracji mogą zapłacić za to wysoką cenę , jeśli zbyt lewicowi kandydaci polegną w listopadowych wyborach, które byłyby do wygrania, gdyby partia postawiła na kogoś bardziej umiarkowanego.
Mamdani z Midwestu
Te nadzieje i obawy szczególnie skupiają się w Michigan, gdzie dwa tygodnie temu prawybory wygrał wspierany przez Berniego Sandersa i AOC progresywny kandydat Abdul El-Sayed, świetnie wykształcony, czterdziestoletni urzędnik ochrony zdrowia, muzułmanin urodzony w Stanach w rodzinie migrantów z Egiptu.
El-Sayed bywa porównywany do burmistrza Nowego Jorku Zohrana Mamdaniego. Tak jak Mamdani El-Sayed prowadził bardzo zdyscyplinowaną komunikacyjnie kampanię, skupioną na haśle, które na polski można by przetłumaczyć: „pieniądze precz z polityki, pieniądze w twojej kieszeni, powszechne ubezpieczenie zdrowotne”. Tak jak burmistrz Nowego Jorku polityk z Michigan bardzo zdecydowanie krytykował politykę Izraela wobec Palestyńczyków i wojskowe wsparcie Stanów dla Izraela.
Wreszcie, tak jak jego kolega z Nowego Jorku El-Sayed doskonale potrafił posługiwać się narzędziami politycznego marketingu. Pierwszy klip El-Sayeda zaczynał się od typowej historii o młodym mężczyźnie pokonującym kolejne szczeble amerykańskiego snu – kapitan drużyny futbolowej w ogólniaku, stypendium na prestiżowej uczelni i tak dalej – ilustrowanej archiwalnymi materiałami ze złotego wieku Michigan, kilku powojennych dekad, gdy skupiony w stanie przemysł samochodowy był silnikiem awansu materialnego. „Wartości Michigan w służbie Michigan” – mówi lektor – „a jego imię to…” po czym pojawia się na ekranie sam kandydat i mówi ironicznie „Abdul El-Sayed to imię stworzone dla amerykańskiej polityki” i zaczyna tłumaczyć, dlaczego kandyduje.
El-Sayed zwraca dziś uwagę całych Stanów nie tylko ze względu na nazwisko, wiarę czy podobieństwa do Mamdaniego. Michigan jest jednym z tych stanów, gdzie demokraci muszą wygrać wybory do Senatu, jeśli chcą myśleć o kontroli tej izby – zatwierdzającej np. nominacje do Sądu Najwyższego. W ostatnich dziesięciu latach stan ten głosował dwukrotnie – w 2016 i 2024 – na Donalda Trumpa, co sprawia, że traktowany jest jako jeden ze swing states, – stanów, w których wynik jest niepewny i które faktycznie decydują o wyniku wyborów, mogąc przechylić się zarówno w prawo, jak i w lewo.
Do tej pory lewicowi kandydaci wygrywali prawybory raczej w bezpiecznych, demokratycznych okręgach, gdzie republikanie od początku nie mieli szans. Michigan – choć w 2016 roku prezydenckie prawybory wygrał tam Sanders – nie należy do takich stanów. Jeśli El-Sayed pokaże, że wyraziście lewicowy, krytyczny wobec Izraela kandydat jest w stanie wygrać w „niepewnym” stanie, będzie to wielki sukces partyjnej lewicy i znak, że jej polityka może być wyborczo skuteczna także w tych miejscach, gdzie realnie toczy się walka z republikanami.
Jeśli zaś El-Sayed przegra, to lewica zostanie obwiniona za utratę Michigan – a być może także Senatu. Establishment partii potraktuje jego klęskę jako dowód, że lewicową rewoltę trzeba za wszelką cenę ograniczyć do miejsc, gdzie demokraci nie mają z kim przegrać.
Czy lewica przecenia swoją siłę?
Na razie El-Sayed nieznacznie przegrywa w prawie wszystkich sondażach. Jednocześnie jego zwycięstwo w prawyborach było niewielkie, wygrał różnicą niecałego punktu procentowego, mniej niż 15 tysiącami głosów, chociaż sondaże dawały mu znacznie większą przewagę. Rodzi to więc pytanie, czy sondaże nie przeceniają progresywnych kandydatów. Znaczenie tego pytania wzmacnia to, co w ostatni wtorek stało się w innym stanie Środkowego Zachodu, Wisconsin, gdzie faworyzowana w sondażach, związana z DSA Francesca Hong nieznaczną różnicą głosów przegrała prawybory gubernatorskie.
Według analizy dziennika „Washington Post” El-Sayed zmobilizował głównie młodszy i lepiej wykształcony elektorat, wygrywając zdecydowanie w hrabstwach z największym procentowym udziałem mieszkańców w wieku 18–34 lata oraz tych z dyplomem wyższej uczelni. Najlepiej radził sobie też w hrabstwach ze średnim poziomem dochodów – jego kontrkandydatka Haley Stevens wygrała w najbogatszych i najuboższych hrabstwach stanu. Stevens wygrała też w hrabstwach z największym procentowym udziałem Afroamerykanów i widać wyraźnie, że tak jak wielu prawyborach w ostatnich 10 latach ta grupa, zwłaszcza jej starsza część, pozostaje dość oporna wobec przekazu progresywnych demokratów.
Jakie z tego płyną wnioski? Jak uważa liberalny dziennikarz Fareed Zakaria, wyniki z Michigan pokazują, że młoda, progresywna lewica ma energię, której partia nie może ignorować, ale z drugiej strony falsyfikują one kluczową teorię wyborczą lewicy. Od czasu sensacyjnej kampanii Sandersa w prawyborach z 2016 roku lewica twierdzi bowiem, że zamiast ścigać się o mitycznego „umiarkowanego wyborcę” i ciągle przesuwać się ku politycznemu centrum Partia Demokratyczna powinna postawić na dobrze rozumiany ekonomiczny populizm i realną walkę o interesy klasy pracującej i średniej, którą dryf demokratów ku centrum albo zniechęcił do polityki, albo pchnął w ręce prawicowych populistów takich jak Trump. Zakaria mówi: zobaczcie, El-Sayed nie przyciągnął rozczarowanego elektoratu z klasy pracującej, tylko młodych i wykształconych. Prawdziwa klasa pracująca wcale nie chce socjalistycznych polityk, a demokraci, jeśli chcą wygrywać, muszą przesunąć się nie na lewo w kwestiach gospodarczych, ale na prawo w kulturowych, bo to jest obszar, gdzie rozchodzą się wartości klasy pracującej i demokratów.
Dane spływające z prawyborów można też jednak interpretować inaczej. Analityk G. Eliot Morris na swoim substacku Strength in Numbers wskazuje, że kandydaci spod znaku DSA mogą być atrakcyjni nawet dla bardziej umiarkowanych, jeśli chodzi o poglądy gospodarcze czy kulturowe wyborców, ze względu na swoją antyestablishmentowość. Zdaniem analityka kluczowy spór w amerykańskiej polityce toczy się dziś nie wokół kontroli środków produkcji, ale wokół pytania: czy system działa, czy wymaga gwałtownego wstrząśnięcia i zmiany. W każdych kolejnych wyborach pojawiają się bowiem wyborcy gotowi głosować na opozycyjną figurę obiecującą „przewrócenie stolika”. W 2024 roku, gdy rządzili demokraci, był to Trump. Dziś, gdy Trump jest coraz bardziej niepopularny, to kandydaci partyjnej lewicy są w stanie wejść w rolę antysystemowej opozycji, atrakcyjnej dla umiarkowanych, ale antysystemowych wyborców.
Jak partia poradzi sobie ze zmianą?
Ta antyestablishmentowa energia była widoczna w prawie wszystkich prawyborach, gdzie wygrywali lewicowi kandydaci. „Pokonali nas organizacyjnie. Nie zmobilizowaliśmy tradycyjnych wyborców demokratów. Nie daliśmy im powodu, by przyszli i zagłosowali” – tak wyniki prawyborów w Nowym Jorku i sukcesy kandydatów popieranych przez Mamdaniego skomentowała prokurator generalna stanu Letitia James.
Głosy partyjnej elity, przestrzegające przed „niewybieralnością” lewicowych kandydatów czasami ciągle działają. Bez wątpienia był to ważny czynnik przyczyniający się do klęski Hong w Wisconsin – kandydatki, która przez ostatni tydzień przed wyborami musiała tłumaczyć się ze swoich faktycznie bardzo niemądrych wypowiedzi sprzed kilku lat, na przykład o zniesieniu święta dziękczynienia.
Podobne argumenty działają jednak znaczenie słabiej niż 10 lat temu. Partyjny establishment w ciągu ostatniej dekadzie sam przecież przegrał dwukrotnie z Trumpem. Establishment rozmija się też z bazą w wielu kwestiach: zaczynając od zbyt słabego oporu wobec Trumpa, przez politykę gospodarczą, po jego poparcie dla Izraela, coraz bardziej kruszące się wśród młodszych Amerykanów.
El-Sayed wygrał w Michigan minimalną różnicą głosów, ale jego przeciwniczka wydała od niego 11 razy (!) więcej środków na kampanię, ponad 60 milionów dolarów. Z tego 30 milionów pochodziło od proizraelskiej grupy lobbingowej AIPAC, która teraz rzuci swoje finansowe siły, by wesprzeć republikańskiego konkurenta El-Sayeda. Jak na łamach UnHerd napisał lewicowy komentator Ross Barkan: samo to, że 60 milionów dolarów nie było w stanie przesądzić o wyniku prawyborów w Michigan pokazuje, że coś się fundamentalnie zmieniło.
Podobny schemat dał się zaobserwować w ostatni wtorek w prawyborach senackich w Minnesocie, gdzie mimo finansowej przewagi konkurentki zwyciężyła progresywna kandydatka Peggy Flanagan, startująca pod hasłem „many vs. money” – „wielu kontra wielka kasa”.
Pojawia się zatem pytanie, jak partia będzie teraz zarządzać podziałem, który ujawniły prawybory. Czy będzie umiała wykorzystać oba płuca – progresywne i bardziej umiarkowane – czy pogrąży się w demobilizującej wyborców wojnie domowej? Na razie partyjni liderzy bez entuzjazmu wydają się pogodzeni z tym, że w listopadzie trzeba będzie grać na kandydatów takich jak El-Sayed. Jednocześnie centrowa grupa Trzecia Droga zapowiada przeznaczenie co najmniej 15 milionów dolarów na walkę z kandydatami DSA i ich rosnącymi wpływami w partii – zwłaszcza w kontekście wyborów prezydenckich w 2028 roku, gdy lewica coraz głośniej zaczyna marzyć o wyłonieniu swojej kandydatki w postaci Alexandrii Ocasio-Cortez.
Problemem jest prawicowy populizm
W lipcu liberalny magazyn „The Atlantic” opublikował esej Jonathana Chaita pod wymownym tytułem Nie ma nic demokratycznego w tych socjalistach. Autor zarzuca w nim DSA, że organizacja – kiedyś faktycznie skupiająca autentyczną, demokratyczną lewicę – została przejęta przez lewicę wrogą liberalnej demokracji, gotową popierać każdą, najbardziej łamiącą prawa człowieka dyktaturę, byleby była dostatecznie antyamerykańska, w tym Iran, putinowską Rosję czy władzę Hamasu w Gazie.
Bez wątpienia część wypowiedzi płynących z kręgów DSA na temat wojny w Ukrainie było głęboko niefortunnych. Jedna z kandydatek wybranych w Nowym Jorku z poparciem Mamdaniego, Darializa Avila Chevelier, twierdziła w mediach społecznościowych, że Rosja zaatakowała Ukrainę, bo od końca wojny Stany „pomiatały Rosją” (bullying Russia). Zaś platforma DSA, zakładająca między innymi obcięcie funduszy dla Pentagonu i zamknięcie „wszystkich zagranicznych amerykańskich baz wojskowych”, może budzić niepokoje z punktu widzenia strategicznych interesów Europy.
Zagrożeniem dla tych ostatnich jest dziś jednak przede wszystkim globalny program MAGA oraz nieprzewidywalność Trumpa. Kluczowe dla Europy jest, by amerykańska demokracja była w stanie realnie ograniczać zagrażające jej impulsy Trumpa i skupionej wokół niego radykalnej republikańskiej prawicy. A wiele wskazuje, że przynajmniej w niektórych kwestiach demokraci muszą przesunąć się w lewo, by być skuteczną opozycją wobec Trumpa.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!