Od redakcji

Siedzimy w domu 4. tydzień. Jak to wygląda?

Michał robi wywiady przez Skype'a, Kaja zamawia teksty, Mateusz uczy sie programować, Karolina nocami słucha „Ksiąg Jakubowych”, spisuje fragmenty, tłumaczy na hiszpański i wysyła chorym na koronawirusa przyjaciołom. Jak redaktorki i czytelnicy spędzają czas społecznej izolacji.

Od pewnego czasu widzicie na banerach w tekstach nasze zdjęcia z „domowych redakcji”. Towarzyszą im opowieści redaktorek i redaktorów Krytyki Politycznej o tym, jak w czasie pandemii wygląda codzienna praca w KrytykaPolityczna.pl. Zebraliśmy dla was 11 krótkich opowieści redaktorów i czytelników. Cześć z nich pokazywaliśmy w zakładce zachęcającej do finansowego wsparcia Krytyki Politycznej, za które bardzo dziękujemy. Dzięki waszemu wsparciu zespół redakcyjny i współpracujący z nami dziennikarze nie muszą się martwić i mogą skupić się na pracy.

Oto historie redaktorów i czytelników.

Magda Majewska, redaktorka działu kultura

Magda Majewska

Praca w czasie przymusowej izolacji kojarzy mi się z okrzykiem „Mamo, baw się! Teraz!”. Jeśli więc w którymś z naszych tekstów traficie na takie słowa, oznaczać to będzie, że to ja go redagowałam. Praca zdalna z 4,5-latkiem to w moim przypadku nieustanna walka o skupienie, obcowanie z wieloma tożsamościami („Nie jestem twoim synkiem, jestem kotkiem!”, „Jestem królową Iduną!”), ciągłe uzgadnianie harmonogramu pracy i zabawy z drugim rodzicem. Ale przynajmniej nie dotyczy nas opresja zdalnej edukacji. Budując mniej lub bardziej skomplikowane konstrukcje z klocków lego, myślę sobie, że ten kryzys poprzestawia wiele w naszych głowach i w świecie. W Krytyce Politycznej szukamy instrukcji składania świata w lepszym kształcie (klocki składamy bez instrukcji).

Karolina Wysocka, czytelniczka z Barcelony

Karolina Wysocka

32. dzień kwarantanny, od rana moje dzieci mają szkolne wideokonferencje, uwielbiają ten moment, czują się częścią jakiegoś nowoczesnego projektu. Jednak my dorośli widzimy, że nauczyciele ciągle uczą się tych nowych narzędzi komunikacji, chaotycznie zadają zadania, szkoła na chybcika przygotowała jakiś program działania w czasie pandemii. Po głoszeniu przez rząd w Madrycie stanu wyjątkowego i zamknięciu szkół, rodzice reagowali w rozmaity sposób, zależnie czy ich dzieci chodzą do szkół prywatnych, publicznych czy półpublicznych. Moje dzieci chodzą do szkoły półpublicznej. W czasie pandemii połowa stała się sprawą dyskusyjną. Większość rodziców zaprzestało nazywać szkołę półprywatną i zaczęło używać słowa półpaństwowa. Kiedy szkoła zarządziła 100% opłatę za czesne, poczuli się częścią tej publicznej połowy. Szkoła w emailach informujących o problemach, z którymi zmaga się w czasie pandemii, używa często słowa solidarność. Napisane wytłuszczonym drukiem słowo solidarność podziałało na rodziców jak płachta na byka, bo kto z kim powinien solidaryzować się, rodzice ze szkołą, czy też szkoła powinna wziąć pod uwagę dramatyczną sytuację ekonomiczną wielu rodzin. Zaraz pojawiły się artykuły w prasie o tym, jak zagrożone są zamknięciem szkoły półpubliczne.

Te dyskusje między rodzicami na czatach klasowych o pieniądzach, o pasywności władz szkoły przeplatane tutorialami z zakresu fitness zaczęły cichnąć z tygodnia na tydzień wraz ze wzrostem liczby zachorowań i zgonów na koronawirusa. Nikt miesiąc temu nie pomyślałby o takiej liczbie jak tysiąc. Tysiąc zgonów dziennie. Nawet epidemiolog, ojciec chłopca z klasy mojego syna miesiąc temu uspokajał nas rodziców, że to tylko taka grypa.

Moj maż od 32 dni nie wychodzi z domu. Ponieważ choruje na astmę zdecydowałam, że zakupy będę robić ja, raz w tygodniu. Większość sklepów internetowych z artykułami spożywczymi wprowadziło kolejność przy zakupach, w pierwszej kolejności obsługiwane są starsze osoby. Dla nas czas oczekiwania to 3 tygodnie.

Mieszkamy w centrum Barcelony, blisko targu, na którym zwykle kupujemy pieczywo, oliwki, świeże owoce, warzywa, ryby. Są też tu bary i restauracje, które zamknięto, kiedy wybuchła pandemia. Wychodzę z domu w maseczce (kupiona na gwiazdkę, do jazdy rowerem wiosną), okularach, rękawiczkach gumowych, zakładam czapkę, zabieram tylko klucze i kartę płatnicza. Po powrocie z zakupów wrzucam ubrania do pralki. Ulice są puste, wczoraj włamali się do sklepu z ciuchami, widzę z balkonu jakichś mężczyzn zabijających dechami okno z wybitą szybą.

Dla człowieka z północy południowe społeczeństwa są egzotyczne i chyba intrygujące, to chyba między innymi przez ich relacje z zewnętrznym światem, zewnętrzność definiuje kulturę Hiszpanii. Uwielbienie i uzależnienie od zewnętrznego świata przekładają się w Hiszpanii na istnienie tzw. obywatelskiego społeczeństwa. Mój podziw do obywatelskich ruchów w Barcelonie był zawsze duży, bo ta społeczna aktywność Barcelończyków wynikała, tak myślę, z szacunku do wolności i z dużej empatii. Kiedy wychodzę po zakupy, na targu widzę głównie starsze osoby spacerujące w czasach pandemii w grupkach, bez maseczek, bez rękawiczek, na pogadankach, spokojnie robiące zakupy. Trzeba więc przedefiniować pojęcie empatii i wolności na targach Barcelony. Jak to zrobić w kraju tak silnie sprzężonym z zewnętrznym światem? Zamknąć targi?

A la calle. Tak mówi się w Hiszpani, co znaczy na ulice. Życie jest na ulicy, w domu go nie ma. Nasz sąsiad, nazywamy go Valencia, osiemdziesięcioletni człowiek, żyjący samotnie nie myśli o tym, że dosłownie po ulicy krąży śmierć. Robię mu zakupy, proszę, żeby każde opakowanie przemył płynem odkażającym, uśmiecha się zwykle do mnie jowialnie i za kilka godzin wychodzi na targ, popatrzeć na ludzi, porozmawiać ze sprzedawcami. Targ jest jak tlen dla starszych Barcelończyków, zamkniecie targów byłoby jak odcięcie ich od tlenu.

Myślę, że ten stan wyjątkowy przedłuży się przez ludzkie przyzwyczajenia aż do parnego lata. Tylko wysoka temperatura i wysoka wilgotność powietrza mogą w Hiszpanii spłaszczyć krzywą zachorowań i zgonów. Tymczasem w szpitalach brakuje respiratorów, lekarze zostali zobowiązani do podawania morfiny osobom powyżej osiemdziesiątego roku życia. Ktoś takie zdanie napisał na prześcieradle sprayem i powiesił je na balkonie: La romantizacion de la cuarentena es privilegio de clase! Romantyczna kwarantanna to klasowy przywilej. Prawdziwe. Nie mogę słuchać tych porównań pandemii do dostojnych historii na Neoficie. Żyjemy już w innym świecie. Moi dwaj przyjaciele chorują na koronawirusa, a ja nie mogę ich odwiedzić. W nocy słucham Ksiąg Jakubowych Olgi Tokarczuk, spisuję fragmenty, rano tłumaczę na hiszpański i wysyłam im emailem.

Mateusz Zagrzejewski, czytelnik z Londynu

Mateusz Zagrzejewski

W moim życiu pandemia póki co niewiele zmieniła. Rząd zaliczył mnie się do tzw. key workers, więc codziennie wskakuję na rower i jadę wykonywać swoje obowiązki. Dziwnie pusty jest teraz Londyn. Może i nawet ma swoje plusy (brak korków i inne, lepsze powietrze) ale zdecydowanie wolę, jak ulice tętnią życiem. Mam czteromiesięcznego Jaśka, więc to wypełnia czas wolny od pracy. Trochę medytuję, dużo czytam i uczę się programować. Liczę też w duchu, że świat po pandemii stanie się trochę lepszym miejscem!

Kaja Puto, redaktorka i dzienniarka KP

Jestem w naprawdę niezłej sytuacji – nie mam dzieci ani rodziców pod opieką, a dużą część pracy mogę wykonywać z domu. Nie mam więc prawa narzekać. W tej sytuacji upominam się o prawa tych, którzy mają ode mnie gorzej: piszę i zamawiam teksty, które nagłaśniają palące koronaproblemy mieszkańców Polski i nie tylko. Poza tym zaczęłam chodzić spać wcześnie i regularnie, co serdecznie polecam na skołatane nerwy.

Katarzyna Przyborska, redaktorka dziennika

Katarzyna Przyborska

Ja pracuję, dzieci się uczą, a koty się dziwią, że ciągle im się ktoś kręci po domu. Mam szczęście, że mogę pracować zdalnie, niemniej organizacja dnia wciąż jeszcze trochę kuleje. Toniemy w powodzi zdalnej edukacji, internet się zawiesza, a drukarka wyczuła moment i padła. Za to w Krytyce Politycznej panice się nie dajemy, tylko staramy się zrozumieć i wyjaśnić, to, co się wokół dzieje. Dla Was, dla nas wszystkich.

Agnieszka Wiśniewska, redaktorka naczelna dziennika

Nienawidzę pracy z domu. W redakcji mam lepszy komputer, pracuję na dwóch monitorach. W domu mam laptopa, który się codziennie zawiesza. W redakcji spotykam zespół, możemy mijając się w kuchni pogadać o polityce i serialach. I chodzimy razem na falafel. W domu nie mam nawet kuchni. Na jedzenie instant już patrzeć nie mogę. Ale i tak mam szczęście, że mogę pracować z domu i codzienne wydania szykować w gronie redakcji pracującej na czatach i innych cudach techniki, bez których nie moglibyśmy robić KrytykaPolityczna.pl. Pracujemy więc na pełnych obrotach i szykujemy dla Was codziennie teksty pomagające zrozumieć świat w czasach koronawirusa.

Krzysztof, czytelnik

Generalnie u mnie dobrze. Od bardzo dawna mam problem z rzeczywistością. System, w którym funkcjonuję, wydaje mi się absurdalny i nie do utrzymania na dłuższą metę. Przez długi ciąg przypadków podparty wielkim wysiłkiem moich dziadków, rodziców i trochę moim własnym jestem na względnie wygodnej pozycji: pracuję jako inżynier badań w instytucie naukowym, w grupie z dużym projektem finansowanym do 2022. Co będzie do tego czasu, to nikt nie wie, ale póki co jest spoko. Szef grupy mi ufa, raczej nikt mnie nie będzie zwalniał. Mam wysoką pensję. Nikt o tym jeszcze nie mówi, ale jakby co to jest z czego obcinać. Instytut potraktował koronawirusa poważnie i wysłał prawie wszystkich na pracę zdalną już na początku marca. Ja pracuję ze sprzętem w laboratorium, więc od miesiąca czytam artykuły naukowe mimo skaczącej mi nad głową córki sąsiadów. Wrzuciliście na stronę fajny artykuł o tym, jak radzić sobie z własnymi dziećmi w trakcie kwarantanny. Tylko teraz jak radzić sobie z dziećmi sąsiadów, kiedy sąsiedzi mówią, że nie mają na nie wpływu? Obecnie rozważam wiele form działań passive-agressive typu prog-metal na pełny regulator. Ale to raczej nie jest mój główny problem z rzeczywistością. Mój główny problem jest taki, że nie rozumiem, jak to jest możliwe, że ja zarabiam grubo ponad średnią krajową, w dużej mierze za wygodne czytanie ciekawych artykułów i kręcenie gałkami w laboratorium, a pielęgniarki, które mają leczyć moich rodziców i mnie, muszą sobie robić sprzęt ochronny z biurowych koszulek i worków na śmieci. I coś czuję, że zarobią za tę niebezpieczną i pożyteczną pracę mniej ode mnie. Bo to moje kręcenie gałkami to niestety co najwyżej może wpłynąć na poprawę jasności świecenia ekranu smartfona o 0,36%. Jasne, jakiś producent może zarobi, a ja mogę pisać w moich artykułach, że to poprawi efektywność energetyczną i uratuje świat przed globalnym ociepleniem, ale czy ja w to wierzę? No i boję się przez to o moich mieszkających 300 km ode mnie rodziców, martwię się o warunki, w których musieliby być leczeni przez tę pielęgniarkę. A nad tym wszystkim unosi się polska polityka, co jeszcze potęguje poczucie bezradności. Bo co ja z tym zrobię? Mogę w tej chwili co najwyżej wpłacić hajs na kolejną zbiórkę na sprzęt ochronny dla tej pielęgniarki, mogę zadzwonić do rodziców, mogę próbować kolejny dzień powstrzymywać się przed agresją wobec dziecka sąsiadów i mogę zrobić sobie kakao. Także tyle u mnie.

Jakub Szafrański, fotoedytor i fotograf

Jakub Szafrański

Obowiązkowa kwarantanna w czasie, gdy cały świat wrze, to dla fotografa trudne doświadczenie, ale nie ma tego złego. Rodzina jest spokojniejsza, bo zamiast szukać ujęć na ulicach wertuję internet i kombinuję, jak ilustrować opinie i komentarze naszych ekspertek oraz ekspertów, żebyście nie przeoczyli ich w natłoku codziennych doniesień ze świata. Gdy już traficie na któryś z naszych materiałów, pomyślcie, proszę, czy nie warto wesprzeć naszej codziennej pracy.

Jaś Kapela, redaktor wydawnictwa i autor dziennika

Jaś Kapela

Koronawirus sprawił, że 17 lat po wyjechaniu z Zielonki, wróciłem do domu rodziców, którzy uciekli jeszcze dalej od ludzi. Całkiem dobrze pracuje mi się zdalnie. Już od jakiegoś czasu marzy mi się przeprowadzka bliżej natury, choć oczywiście wolałbym, żeby nie działo się to w tak dramatycznych okolicznościach. Jeśli jeszcze nie wydaliście wszystkich zaskórniaków na papier toaletowy i mydło antybakteryjne, to pamiętajcie, że w czasach pandemii też pewnie chcecie czytać moje, mam nadzieję zabawne i skłaniające do myślenia, teksty.

Paulina Januszewska, redaktorka dziennika

Paulina Januszewska

Praca zdalna – tak jak życie rodzinne – dobrze wygląda tylko na zdjęciach. Nie ma sielanki, oglądania memów i nadrabiania książkowych zaległości. Są maile, telefony, poprawianie tekstów i upierdliwy starszy redaktor. To on goni mnie do roboty, bez przerwy patrzy na ręce, beszta za literówki, a potem jeszcze każe się głaskać. Ale wierzcie mi, przez te cztery łapy przechodzą same dobre artykuły.

Michał Sutowski, redaktor i publicysta

Michał Sutowski

Lubię siedzieć w domu, choć raczej wtedy, kiedy mogę, a nie kiedy muszę. Mam jednak laptopa z netem i trochę książek. Nawet trochę więcej niż trochę. Czyli mam o niebo lepiej niż ci, którzy woleliby w domu zostać – nie trzeba ich do tego nakłaniać memami – ale nie mogą, bo bez ich pracy umrą ludzie, nie dowiozą makaronu do sklepu, ulic nikt nie posprząta, zawali się PKB i upadnie rząd. Skoro więc mam tak dobrze, to pracuję. Nie wiem, czy od mojego gadania przez telefon i Skype’a z mądrymi ludźmi o epidemii zmieni się świat, ale może chociaż będzie lepiej opisany. I razem ze mną Wy, czytelnicy, lepiej ogarniecie, co jest nie tak i jak zrobić, by było lepiej.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij