Kraj

Akcja antydopalaczowa, czyli zamiatanie problemu pod dywan

red.

Dopalacze niosą pewne ryzyko dla zdrowia. A jednak sobotnia akcja przeciw dopalaczom może przynieść więcej szkód niż korzyści.

Władze wzięły się za dopalacze. Od kilku tygodni niektóre władze lokalne na własną rękę zabraniają sprzedaży dopalaczy na podległym im terenie. W sobotę do akcji wkroczyły policja, urząd skarbowy i sanepid – weszły do 850 sklepów z substancjami psychoaktywnymi w całej Polsce i zarekwirowały towar. Wszystkiemu towarzyszyły gromkie słowa premiera Donalda Tuska, że akcja przeciw dopalaczom będzie „brutalna”. Rodzice, słusznie przerażeni ostatnimi doniesieniami o zgubnym wpływie dopalaczy na zdrowie fizyczne i psychiczne młodzieży, najpewniej akcję pochwalą i odetchną z ulgą, bo wreszcie ich pociechy będą bezpieczne.

Czy na pewno? Nie sądzę. Wszelkie „delegalizacje”, naloty na sklepy itp. to tylko zamiatanie sedna sprawy pod dywan. Problemem nie jest to, że młodzi sięgają po dopalacze, lecz dlaczego to robią i dlaczego sklepy z dopalaczami w ogóle się pojawiły. A wśród natłoku informacji o kolejnych rzekomych zatruciach powstaje klimat zagrożenia, który nie sprzyjają głębszej dyskusji.

Czy dopalacze szkodzą?

Wygląda na to, że w Polsce 850 sklepów handluje śmiercią. Spójrzmy jednak na informacje prasowe na ten temat: część z nich zaczyna się od słów typu „najprawdopodobniej”. Ich autorzy przyznają, że pewnej wiedzy na ten temat nie mamy. Co więcej, biegli badający sprawę śmierci młodego człowieka, rzekomo po dopalaczach, nie byli w stanie stwierdzić, czy dwudziestolatek zmarł z powodu dopalaczy, czy nie.

Naiwnością byłoby jednak sądzić, że dopalacze można zażywać bez konsekwencji. Choć brakuje jednoznacznych dowodów na śmiertelną szkodliwość dopalaczy, to można śmiało zakładać, że – jak wszelkie substancje psychoaktywne – i one mają skutki uboczne, w wielu przypadkach dość poważne, np. potencjał do rozwijania uzależnień u użytkowników. Co więcej, wiadomo że wprowadzanie się w odmienne stany świadomości w młodym wieku źle wpływa na rozwój układu nerwowego.

Bilans zysków i strat

Skoro dopalacze niosą pewne ryzyko dla zdrowia, to dlaczego sobotnia akcja przeciw dopalaczom może przynieść więcej szkód niż korzyści?

Po pierwsze, do uprawomocnienia nalotów na sklepy z dopalaczami wykorzystano lukę prawną, która pozwala skonfiskować towar na półtora roku, jeśli istnieje podejrzenie, że zawiera on substancje nielegalne. Nie gwarantuje to jednak, że właściciele towaru, w którym wszystkie substancje były legalne, nie złożą zażaleń na bezpodstawne zajęcie towaru i nie zażądają rekompensat za poniesione straty. To może narazić budżet państwa lub budżety władz lokalnych na straty. Poprzednia podobna akacja skończyła się kompromitacją policji.

Po drugie, załóżmy, że te półtora roku legislatorzy wykorzystają na dopisanie kolejnych związków chemicznych na listę substancji zakazanych. Staną się one nielegalne. Tylko co z tego? W momencie ich zajęcia substancje te były jeszcze legalne, więc zatrzymanie towaru było bezpodstawne. To z kolei będzie oznaczało, że prowadzącym sklepy z dopalaczami będą się należały odszkodowania. Zwycięstwo może wtedy okazać się nie tylko kosztowne, ale też krótkotrwałe, ponieważ ilość substancji psychoaktywnych jest naprawdę olbrzymia i zakazane związki zostaną zastąpione innymi. Z tym wiąże się kolejne niebezpieczeństwo, właściwie największe (póki co) związane z dopalaczami. Zastępowanie nielegalnych składników dopalaczy innymi substancjami będzie powodowało powstawanie innych, niekoniecznie znanych lekarzom mieszanek. Jeśli ktoś je przedawkuje, lekarze mogą nie wiedzieć, jak go ratować.

Po trzecie, nawet jeśli obecna akcja – i następne, bo jestem pewien, że takie będą – spowoduje, że prowadzący sklepy z dopalaczami zamkną swoje przybytki. Nawet jeśli już nigdy nie wrócą do – jak to powiedział Donald Tusk – „zamieniania życia młodych obiecujących ludzi w piekło uzależnienia”. Nawet wówczas młodzież nie przestanie szukać substancji gwarantujących im odlot. Przerzuci się na naszą swojską wódę, bardziej egzotyczne przedawkowywanie lekarstw (czy premier wie, że w aptekach można kupić bez recepty lekarstwa oparte na działającej podobnie do amfetaminy pseudoefedrynie, psychodeliku dekstrometorfanie czy opiacie kodeinie?) lub tzw. narkotyki. Porażka restrykcyjnej ustawy antynarkotykowej pokazuje, że w przypadku sięgania po substancje psychoaktywne zakazy nie działają. Zamknięcie legalnie działających sklepów z substancjami psychoaktywnymi wepchnie część ich klientów w ręce kryminalistów.

Swoją drogą zaskakująca jest hipokryzja Tuska, który gotów jest iść na wojnę z dopalaczami, nie wspominając słowem o alkoholu czy papierosach, bardzo niebezpiecznych substancjach psychoaktywnych zabijających rocznie tysiące ludzi.

Czy lepiej zatem byłoby uregulować dystrybucje środków psychoaktywnych? Doprowadzić do tego, żeby nie były one sprzedawane jako „przedmioty kolekcjonerskie”, lecz przeznaczone do spożycia, z wypisanymi skutkami ubocznymi i składem? Przy okazji można by było wymagać od sklepów sprzedających dopalacze instalowania takich systemów nadzoru, by utrudnić do nich dostęp nieletnim (lub w ogóle ustalić limit 21 lat). Warto też przemyśleć w tym kontekście politykę wobec tzw. miękkich narkotyków, zwłaszcza marihuany, która ze względu na wszystkie swoje konotacje kulturowe (choćby Bob Marley czy dzieci kwiaty) mogłaby najpewniej pobić dopalacze na głowę.

Skąd się wzięły dopalacze?

W swoim przemówieniu zapowiadającym walkę z dopalaczami Tusk zasugerował, że niewinni młodzi ludzie padają ofiarą brudnych sztuczek sprzedawców dopalaczy. Przyznam, że dziwnie brzmią te słowa w ustach przewodniczącego partii, której program opiera się na wierze, że prawa rynku są matrycą, według której powinny być ustalane wszelkie relacje społeczne. I tu dochodzimy do kluczowego pytania: dlaczego sklepy z dopalaczami stały się tak powszechne? Dopalacze stały się tak popularne po prostu dlatego, że ludzie chcą je zażywać (co nie znaczy, że chcą się nimi zatruwać lub od nich uzależniać).

To nie przypadek, że w biednej Łodzi (niecałe 750 tys. mieszkańców) jest ponad 120 punktów oferujących dopalacze. Wśród powodów sięgania po środki psychoaktywne dość często bowiem jest potrzeba odreagowania napięcia związanego z warunkami życiowymi i frustracjami. Wysokie bezrobocie, niskie płace nie pozwalające się utrzymać dla wielu oraz bardzo wysokie dla niewielu (rozpiętości dochodowe w Polsce należą do najwyższych w Unii Europejskiej), wysoki poziom stresu i przepracowania (tak, tak, jesteśmy bodaj najbardziej przepracowanym narodem Unii Europejskiej, znów plasujemy się w niechlubnej czołówce), oraz frustracje wynikające z niespełnionych aspiracji zawodowych (praca poniżej swoich kwalifikacji, tzw. brain waste)… Wymieniać dalej?

Wymachiwanie szabelką

W takich warunkach rząd Tuska nie ma szans wygrać walki wojny o trzeźwość młodych ludzi. Wcześniejsze uchwały rad miasta o delegalizacji dopalaczy nie miały mocy prawnej (radni sami przyznawali, że chodziło o symboliczny sprzeciw), były tylko dowodem bezradności i faktycznych przegranych w lokalnych bitwach. Teraz władze centralne zdecydowały się pójść na otwartą wojnę. Jednak polityki wobec środków psychoaktywnych nie da się prowadzić w oddzieleniu od szeroko rozumianej polityki społecznej, ponieważ w wielu przypadkach sięganie po środki psychoaktywne ma podłoże właśnie społeczne.

W tym kontekście, zmiany zachodzące w naszym kraju raczej nie wróżą niczego dobrego. Fatalny system emerytalny, który powoduje, że nasza starość staje się coraz mnie pewna i coraz bardziej zależna od wahnięć na rynkach kapitałowych, obniżki podatków dla najlepiej zarabiających oraz podwyżki VAT, które najbardziej uderzą w najbiedniejszych, konieczność podejmowania bardzo ciężkich wyborów życiowych wynikających z barku podstawowych usług publicznych (np. wobec braku przedszkoli i żłobków konieczność wyboru: oszczędzam na starość, czy decyduję się na dzieci) do tego plany urynkowienia edukacji oraz systemu ochrony zdrowia, „kończenia reformy emerytalnej”… Machanie szabelką i bicie w werble wojenne jest z pewnością efektowne, nic tak nie jednoczy narodu, jak wspólny, łatwy do wskazania wróg. Wróg, który czai się wszędzie, jest obcy, moralnie odrażający. Premier urasta do rangi dobrego ojca narodu, który jak trzeba to twardą ręką ochroni dziatwę przed złymi kolegami. Media się rzucą na „spektakularną, szeroko zakrojoną akcję”, co skutecznie odwróci ich uwagę choćby od bardzo wysokiego długu publicznego, który rośnie w zastraszającym tempie z powodu funkcjonowania OFE (których ruszyć nie można, bo wprowadzają „racjonalny mechanizm rynkowy”). W wojennej wrzawie łatwiej będzie obciąć kolejne wydatki socjalne.

Zarządzanie strachem

Jednak dopalacze nie są tylko zasłoną dymną dla innych problemów rządu, nie tylko deficytu, ale też odchodzącego z PO w świetle reflektorów i przy kamerach Janusza Palikota. Pozujący na liberała poseł z Lublina może odebrać Platformie głosy ludzi młodych, liberalnych światopoglądowo. Tusk, przytrzymywany przez takich polityków, jak Niesiołowski czy Gowin, dalej w lewo pójść nie może. Ostatnie popisy Jarosława Kaczyńskiego, ze skierowanym do polityków i ambasadorów listem ostrzegającym przed rosyjskim imperium zła na czele, oraz rosnące wpływy ziobrystów w Prawie i Sprawiedliwości stworzyły więcej przestrzeni po prawej stronie. Tę część elektoratu może próbować Tusk zagospodarować.

W tym celu Tusk odgrzał politykę twardej ręki i stare dobre law and order. Zwrócił się do przestraszonych nieznanym. Swoje poparcie będzie budował na lęku, nie na rozwiązywaniu realnych problemów. Dwa lata rządów podobnego typu mieliśmy, gdy u władzy było Prawo i Sprawiedliwość. Układ czaił się wszędzie. Tusk jest o tyle sprytniejszy, że postanowił stanąć ze społeczeństwem przeciw wrogowi, a nie to społeczeństwo dzielić. Problem jednak z polityką strachu jest taki, że w pewnym momencie do obecności jednego wroga ludzie mogą się przyzwyczaić. Kto będzie następny?

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.