Świat

Tajska wojna z narkotykami

W 2003 roku rząd Tajlandii próbował rozwiązać problem narkotyków ogłaszając „war on drugs” i posuwając się nawet do zabójstw pozasądowych. Zginęło wtedy około 2 800 osób.

Zwolennikiem takich radykalnych rozwiązań był ówczesny premier Thaksin Shinawatra. Gdy więc w ramach kampanii wyborczej Yingluck Shinawatra, obecna premier i jego siostra obwieściła, że walka z narkotykami stanie się priorytetem jej rządu, my wszyscy, którzy wspieramy działania dotyczące międzynarodowej polityki narkotykowej, odebraliśmy to z wielkim niepokojem. Zeszłoroczne powodzie w Tajlandii odwróciły uwagę tamtejszego rządu od tego tematu, jednak z początkiem roku temat narkotyków powrócił.

Wybrałam się do Bangkoku, by na miejscu zorientować się, jak ma wyglądać nowa wersja przygotowywanej wojny z narkotykami. To właśnie ONCB (Office of Narcotics Control Board) był w 2003 roku odpowiedzialny za całe zło, które się wtedy wydarzyło. Tak więc na umówione tam trzy spotkania szłam z poczuciem, że wchodzę do jaskini lwa.

Po pierwsze, zorientowałam się, że międzynarodowy rozgłos, jaki powstał wokół  śmierci prawie 3 000 osób w 2003 roku przestraszył funkcjonariuszy ONCB. Zupełnie nie spodziewali się, że kogokolwiek na świecie obchodzić będzie los znalezionych przy drogach młodych, tajskich użytkowników narkotyków. Według tłumaczeń ONCB i policji – większość z nich to byli dealerzy, więc ludzie zasługujący na śmierć. Do dziś nie do końca rozumieją falę międzynarodowej krytyki. Tym bardziej, że w samej Tajlandii akcja uznano wówczas za sukces. Zapewniano mnie, że kolejna odsłona wojny z narkotykami nie przyniesie nowych ofiar.

Po drugie, krytyka międzynarodowa spowodowała, że zaczęli  przyglądać się rozwiązaniom stosowanym przez inne kraje. Dziś twierdzą się, że to, co stało się prawie 10 lat temu, faktycznie nie było słuszne. Zarówno od strony wizerunkowej, bo pokazało Tajlandię w złym świetle, ale też czysto praktycznej, bo problem wrócił – szacuje się, że obecnie milion dwieście tysięcy Tajów używa substancji psychoaktywnych (w większości stymulantów). Widzą, że 13 klinik leczących uzależnienia to zdecydowanie za mało. I że być może warto zacząć traktować użytkowników substancji psychoaktywnych jak ludzi.

Po trzecie, pomimo pewnego postępu, tegoroczna wojna się odbędzie, ale tym razem to nie ONCB za nią odpowiada. Ośrodkiem dowodzenia akcją jest kwatera główna policji. Wicepremier Chalerm Yubamrung to wysoko postawiony policjant obdarzony szczególnym antynarkotykowym zapałem. Właśnie zaproponował zmiany legislacyjne, które spowodują, że osoba skazana na karę śmierci za handel narkotykami nie będzie miała możliwości odwołania. Obecnie w tajskich więzieniach na wykonanie kary śmierci czeka 300 osób, w tym 68 kobiet. ONCB nie ma kontroli nad policją, więc niewiele może zrobić, aby tę sytuację zmienić.

Jak więc ma wyglądać tegoroczna akcja?  400 000 użytkowników ma być poddanych „leczeniu” Jak to możliwe, że prawie pół miliona osób ma się leczyć w zaledwie trzynastu istniejących instytucjach? Pomoże w tym wojsko. Policja wysyłać będzie na „leczenie” każdą zatrzymaną osobę, która wcześniej nie zapisała się na nie „dobrowolne”. Wojsko prowadzi obozy, tzw. boot camps w których obecnie znajduje się już ponad 5 000 osób. Takie „leczenie” może trwać od 9 dni do 4 miesięcy i w przypadku szczególnie opornych  może być powtórzone nawet trzykrotnie.

Rola policji jest tu kluczowa.  Użytkownicy substancji psychoaktywnych, z którymi rozmawiałam w drop in center, opowiadają o codziennych akcjach policji, w ramach których kilkunastu a czasami nawet kilkudziesięciu użytkowników musi na miejscu oddać mocz do badania. Często w obecności dziennikarzy i kamer dokumentujących skuteczność rządu. Posiadanie nielegalnej substancji nie jest koniecznym warunkiem zatrzymania, wystarczy wynik dodatni testu. Ci, którzy nie są w stanie zapłacić łapówki, zabierani są do wojskowego obozu na wspomniane „leczenie”.

Większość osób z którymi rozmawiałam, włącznie z pracownikami ONCB, jest zgodna co do tego, że policja to duży problem w tym kraju. Ponieważ w czasach walki z wojskową dyktaturą chroniła opozycyjne „Czerwone koszule” (z których wyłoniono obecny rząd) i ma swojego wicepremiera, jest w swoich działaniach praktycznie bezkarna. Sami policjanci tłumaczyli: „Zarabiamy 6 000 batów miesięcznie (600 PLN). Z tego sami kupujemy sobie mundur, amunicję i benzynę. Zostaje niewiele. Teraz każdy wygrywa – my mamy dodatkowe pieniądza a ci, którzy mogą zapłacić, wracają do domu”.

Z ostatniej chwili: ONCB w oficjalnym oświadczeniu wydanym 12 lutego 2012 podało, że w ciągu ostatnich czterech miesięcy 130 000 osób zostało aresztowanych za przestępstwa związane z narkotykami. ONCB dodaje, że aresztowania te wypełniają w 35 proc. cele, jakie zostały wyznaczone w ramach rządowego programu wojny z narkotykami.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Zamknij