Sztuki wizualne

Bożek: Kosmos wzywa!

W latach 60. wiara w uwznioślenie przez technologię była czymś powszechnym. Co z niej zostało?

„Linia skośna, dwie równoległe pionowe, kółko” – mężczyzna ubrany w białą koszulę i spodnie z szelkami opisuje te kształty mechanicznym głosem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jest ociemniały, a namiastkę brakującego zmysłu przywrócił mu elektroftalm, sztuczne oko zaprojektowane przez Eugeniusza Kurcza. Gdy inżynier przedstawia reportom Polskiej Kroniki Filmowej zasady działania tego urządzania – kamera fotoelektryczna przekazuje obraz do układu elektronicznego sterującego pulsatorami wyciskającymi obraz na czole – w jego głosie słychać coś więcej niż radość z dobrej roboty. Jest w nim nadzieja, optymistyczne oczekiwanie na to, że w przyszłości elektroftalm naprawdę stanie się zastępnikiem oka.

 

 

Tak w każdym razie myślę sobie, gdy oglądam – nie bez przejęcia – ten fragment kroniki filmowej na wystawie Kosmos wzywa!, którą można zobaczyć w Zachęcie jeszcze do 28 września. Utopijny optymizm wylewa się z ekranów – bo i wideo jest tam najwięcej – tak że w przerwach trzeba łapać powietrze, a i reszta eksponatów wywołuje ten naiwny stan upojenia techniką, znany chyba już tylko fanom nowych produktów Apple’a ustawiających się karnie w kolejkach po nowego iPhone’a czy inny zegarek.

 

Jednak jakoś trudno dziwić się temu optymizmowi, wygląda bowiem na to, że w latach 60. wiara w uwznioślenie przez technologię była czymś powszechnym. Weźmy choćby fascynację cybernetyką, nauką, która w jeszcze stalinowskich latach 50. była zakazana, bo umysłowi komunistycznemu kojarzyła się przede wszystkim ze spiskiem mającym na celu wyeliminowanie robotników z produkcji. Cenzura była tak wyczulona na jej punkcie, że Stanisławowi Lemowi nie przepuściła nawet „mechaneurystyki” w Obłoku Magellana, powieści będącej inspiracją dla Ikarii XB 1 w reżyserii Jindřicha Poláka (fragmenty tejże można obejrzeć w Zachęcie).

 


 

Czasy odwilży odwrócił sytuację o 180 stopni. Zaczęto publikować prace Norberta Wienera, a Stanisław Lem mógł już bez problemu dać upust swojemu zainteresowaniu cybernetyką w Summa technologiae.

 

Doszło do tego, że – jak pisał w Życiu towarzyskim i uczuciowym Leopold Tyrmand – „Uran, atom i technika rakietowa weszły do repertuaru kawiarnianych rozmów, zaś gospodynie domowe omawiały w kolejkach po masło zainteresowania swych czternastoletnich synów cybernetyką”.

 

Wyobraźnię z pewnością najbardziej rozpalała nadzieja na szybkie stworzenie elektronowego mózgu. Eksplorowanie związków człowieka z maszyną, a także możliwość kontrolowania ewolucji, stały się też ulubionymi tematami artystów. Włodzimierz Borowski powołał do życia swoje „art-organizmy” – tak pisała o nich Hanna Ptaszkowska, współzałożycielka Galerii Foksal – czyli Artony, zbieraniny różności ożywiane pulsującym światłem. Kilkanaście lat później Janusz Połoma zadawał prymitywnemu komputerowi pytania o sens istnienia pożyczone od Samuela Becketta. Jego praca Elektroniczne antynomie to zapis tej konwersacji przełożony na oscylogramy, wykresy przebiegu fali dźwiękowej. Ciekawe, czy maszyna miała do opowiedzenia coś ciekawszego niż Siri – iPhonowe’a asystentka – która pytana o sens życia odpowiada: „Nie potrafię teraz odpowiedzieć, ale daj mi trochę czasu i napiszę bardzo długą sztukę, w której nic się nie dzieje”.

 

Olbrzymią falę optymizmu wywołały również załogowe loty kosmiczne. Sukces Gagarina zwiastował bowiem także podboje przestrzeni innych niż kosmiczne – oceanów, pustyni, miejsc do tej pory niezamieszkiwalnych. Plany tych kolejnych bitew ze środowiskiem naturalnych prezentowano choćby na Międzynarodowej Wystawie Architektury Intencjonalnej Terra-1. Andrzejowi Frydeckiemu, jednemu z jej uczestników, marzyły się budynki i obiekty użyteczności publicznej jak skafandry chroniące przed niekorzystnymi i zmiennymi warunkami naturalnymi. „Skanfadryzacja – pisał – to jest wyposażenie w urządzenia zapewniające zbiorowe w nich przebywanie z wyłączeniem bezpośrednich kontaktów ze środowiskiem zewnętrznym”. Jej przejawem są niewiarygodne wręcz projekty architektoniczne, wyizolowane ze środowiska lśniące bryły zapewniające mieszkańcom zaspokojenie wszystkich funkcji życiowych – od rozrywki i wypoczynku, przez transport, po pracę.

 

W trakcie zwiedzania Kosmosu… trudno nie zadawać sobie pytań o koniec tej historii. Chyba nie jest to szczęśliwe zakończenie. Czas wielkich modernistyczno-technologicznych marzeń się skończył. Kosmos przestał być ekscytujący, odważne, nieraz szalone projekty architektoniczne prześladuje duch osiedla Pruitt-Igoe. Pozornie bardziej przyziemne plany na ułatwienie czy wzbogacenie codzienności przez rozwiązania technologiczne i naukowe strywializowały i zbanalizowały się. Czy naprawdę zostało nam już tylko kultywowanie pamięci po marzeniach lat 60.?

 

***

 

Korzystałem ze znakomitej książki towarzyszącej wystawie „Kosmos wzywa! Sztuka i nauka w długich latach sześćdziesiątych”.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Bożek
Jakub Bożek
Publicysta, redaktor w wydawnictwie Czarne
Publicysta, redaktor inicjujący w wydawnictwie Czarne, wcześniej (do sierpnia 2017) redaktor prowadzący w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. Absolwent Centrum Kształcenia Międzynarodowego Politechniki Łódzkiej i socjologii na Uniwersytecie Łódzkim. Redagował serwis klimatyczny KP. Otrzymał drugą nagrodę w konkursie w Koalicji Klimatycznej „Media z klimatem!”. Współtworzył Klub Krytyki Politycznej w Łodzi.
Zamknij