Kultura

Szelewa: Zniknięte dziewczynki

Przeciętnie na 100 dziewczynek rodzi się 105 chłopców. Jednak w niektórych krajach, zwłaszcza na Dalekim Wschodzie, ale i np. w Albanii, rodzi się czasem ponad 120, a nawet 150 i więcej chłopców na każde 100 dziewczynek. Dlaczego rodzice wolą mieć chłopców?  Barbara Szelewa recenzuje książkę roku 2011 zdaniem "Wall Street Journal".

Przeciętnie na 100 dziewczynek rodzi się 105 chłopców. Jednak w niektórych krajach, zwłaszcza na Dalekim Wschodzie, ale i np. w Albanii, rodzi się czasem ponad 120, a nawet 150 i więcej chłopców na każde 100 dziewczynek. Problem „znikających” kobiet jest znany – mówi się o milionach nigdy nie urodzonych płodów płci żeńskiej, które stanowią znaczącą wyrwę w światowej populacji. Mara Hvistendal zbadała to zjawisko najgłębiej, jak mogła – i opisała w książce Unnatural selection. Choosing boys over girls, and the consequences of the World full of men.


Dlaczego rodzice wolą mieć chłopców? Tradycyjnie winą obarcza się kulturę – chłopcy na starość opiekują się rodzicami i nie muszą wnosić posagu. Autorka przekonuje, że takie rozumowanie opiera się na pozorach i pomija to, że zachodnia kultura wydatnie „pomogła” najpierw umocnieniu „antycórkowych” tradycji, tam, gdzie takie tendencje rzeczywiście istniały, a potem „ułatwiała” rozwiązywanie problemu przez dostarczenie nowych technologii, jak choćby USG pozwalające na rozpoznanie płci płodu.


Im mniej tym lepiej

 

Podporządkowując sobie kolejne grupy ludności i wykorzystując je finansowo, do pogłębienia tego problemu przyczyniły się na przykład kolonialne władze brytyjskie. Zubożałych ludzi nie było po prostu stać na córki. Wcześniej problem dotyczył jedynie najwyższej kasty – w myśl tradycji kobieta ma awansować. Ale im bardziej biedniały inne kasty, tym większym zmartwieniem stawało się urodzenie dziewczynki. W tamtych czasach wyjściem były zabójstwa nowonarodzonych córek.


Sporo złego wyrządziły również niestety publikacje takie jak Granice wzrostu, czyli raport Klubu Rzymskiego z 1972 r., alarmujący, że jeśli ludzkość będzie się mnożyć w niezmienionym tempie, to w ciągu kilkudziesięciu lat wyczerpią się zasoby naturalne, światu grozić będzie zatrzymanie wzrostu, głód, a w końcu zmniejszenie populacji. Raport ten został tak silnie wypromowany na Zachodzie, że głośnym echem odbił się aż w Chinach, czego ostatecznym efektem była polityka jednego dziecka. Mnożycie się – machał karcącym palcem rozwinięty Zachód – na świat powołujecie skazanych na biedę ludzi, którzy grożą naszym wspólnym zasobom naturalnym. Nawet chińskie władze, jak pisze autorka, nie chciały siedzieć w oślej ławce i ochoczo wykorzystały swoją siłę do wdrożenia polityki ograniczenia dzietności. Inna sprawa, jak dodaje, że ChRL było to na rękę, bo dzięki temu szybciej osiągała większy wzrost PKB per capita… Autorka zaznacza, że wskazanie na zbyt wysoką dzietność jako źródło rychłej katastrofy było również sposobem na przeciwstawienie się liczebnej przewadze żwawo rozmnażającej się ludności Bloku Wschodniego. 


Tak oto w pewnym momencie odpowiednie podejście do kwestii regulacji urodzin stało się kwestią politycznej mody, ale i wyznacznikiem cywilizacyjnego postępu lub zacofania. Autorytarne władze większości krajów bloku komunistycznego miały łatwiej – mogły zmuszać swoich obywateli, by stosowali się do wymogów typu jedno lub dwoje dzieci na parę, mogło zmuszać do sterylizacji i późnych aborcji. Przypadków stosowania takich rozwiązań autorka przytacza bez liku. O ile na Zachodzie, gdzie przestrzegano praw człowieka, idea regulacji urodzin przyczyniła się do większej wolności i emancypacji kobiet, o tyle na Wschodzie często oznaczała dalsze ubezwłasnowolnienie. 


Chłopiec albo depresja

 

Kolejnym przełomem był rozwój technologii pozwalających na stwierdzenie płci u płodu. Choć w końcu zdelegalizowana w wielu krajach, procedura aborcji ze względu na płeć dziecka kwitnie w podziemiach krajów Dalekiego Wschodu. Wystarczy, że lekarz zamiast „dziewczynka”, powie „proszę pomalować pokój na różowo”. Potem, często nawet w dwudziestym tygodniu ciąży, lekarze bez wahania usuwają płody, jeśli ma się urodzić córka.

 

Problem polega na tym, pisze autorka, że problemu późnych aborcji nie można poruszyć, nie narażając się na krytykę ze strony obrońców praw człowieka czy feministek. Rzecz jasna, prawo do decydowania o ciąży jest w wielu miejscach globu ciężko wywalczoną zdobyczą, w wielu wciąż trwa walka o takie prawo. Co gorsza, wraz ze zmianą światowego trendu – obecnie częściej słychać o zbyt niskiej dzietności – autorytarni włodarze decydują niekiedy, że przywracają zakaz usuwania ciąży, by rodziło się więcej dzieci. 


Autorka pisze o Ameryce i jej przywiązaniu do wolności, które sięga nawet wolności wyboru płci dziecka (przy procedurze in vitro jest to możliwe). No tak, dlaczego by nie – skoro, jeśli urodzi mi się nie to, co chciałam, popadnę na przykład w depresję? Amerykańscy rodzice częściej wybierają dziewczynki – autorka potwierdza to, co napisała Hanna Rosin w słynnym artykule Koniec świata mężczyzn. Ale dlaczego? Tylko niektórzy uważają, że dziewczynki lepiej poradzą sobie w świecie, w którym mężczyzna staje się zbędny. Większości mam marzą się po prostu wspólne zakupy i możliwość hodowania sobie swojej własnej miniaturki. 


Książka Hvistendal jest z pewnością oskarżeniem Zachodu, jego wielkopańskości, chciwości firm, które kokosy zbijają choćby na sprzedaży nowoczesnej aparatury medycznej, bezmyślności, traktowania społeczeństw rozwijających się państw jak królików doświadczalnych. W tym kontekście programy świadomościowe pod hasłami „Dziewczynki są OK!”, które teraz, jak niegdyś aborcje i sterylizacje, finansowane są dzięki zachodniej pomocy, muszą zabrzmieć jak hipokryzja. 

Mara Hvistendal, Unnatural Selection: Choosing Boys Over Girls, and the Consequences of a World Full of Men, PublicAffairs 2011.

 

 

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.