Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Franz Kafka i inwazja Marsjan na Tasmanię

Flanagan zauważa, że z punktu widzenia rezultatu to, co wydarzyło się na Tasmanii, niewiele różniło się od wybuchu bomby nuklearnej, zamiar był bowiem ten sam: anihilacja.

ObserwujObserwujesz
Walka

Richard Flanagan, Pytanie numer siedem, przeł. Maciej Świerkocki, Wyd. Czarne 2026

Zimą 2012 roku wbrew zdrowemu rozsądkowi z powodów, które niezupełnie wiązały się z literaturą – chociaż utrzymywałem coś wręcz przeciwnego – i które do dzisiaj nie są dla mnie jasne, odwiedziłem dawny obóz jeniecki Ohama, gdzie siedział mój ojciec.

Ojciec pod koniec był wycieńczony i bliski śmierci. Należał do 32 tysięcy jeńców alianckich, głównie z Australii i Wielkiej Brytanii, którym udało się przeżyć budowę „kolei śmieci” – 450 km z Tajlandii do Birmy, przez dżunglę i góry – którą cesarz Japonii budował siłą swojej woli oraz mięśni jeńców i przymusowych robotników z Azji. Budowa ta pochłonęła 100-200 tys. ofiar (Flanagan opisał to w powieści Ścieżki północy). Pozostali jeńcy zostali przewiezieni do Japonii, gdzie pracowali w kopalni. Kierowniczka muzeum poświęconego historii owej kopalni nigdy nie słyszała o żadnych jeńcach.

Pojawiła się jednak telewizja i pan Sato. Mieli sfilmować uścisk zgody między autorem a dawnym strażnikiem. Potem Flanagan miał okazję spotkać innych strażników, również tego najgroźniejszego, skazanego po wojnie na karę śmierci, lecz uwolnionego na mocy amnestii. Za każdym razem stawał wobec uprzejmych, pełnych osobistego wdzięku i godności lub wzbudzających współczucie miłych starców. Jeden dał mu kopertę z jenami, równowartość 20 dolarów – dla ojca. Jednego poprosił, aby trzykrotnie uderzył go w twarz (po trzecim policzku zatrzęsła się ziemia, ale nie chodziło o siłę uderzenia – to było trzęsienie ziemi w Tokio). Za każdym razem czuł się z tym niewygodnie, nie widział w tym prawdy i to nie on oczekiwał przeprosin. Ulgę przyniosła dopiero wizyta trzech kobiet z organizacji zajmującej się ujawnianiem japońskich zbrodni wojennych, które przyjechały, żeby porozmawiać z jego ojcem.

Ojciec przeżył i wrócił na Tasmanię dzięki temu, że zrzucono bombę atomową na Hiroszimę. W książce autor wielokrotnie, z najdrobniejszymi szczegółami wraca do tego momentu. Przypomina liczbę ofiar, ale też estymacje, ile jeszcze żyć ludzkich pochłonęłaby wojna, gdyby nie ta bomba. Przypomina inne zapomniane zbrodnie wojenne, szczególnie te w Azji. Może broń atomowa to tylko eskalacja zniszczeń, które może spowodować broń konwencjonalna?

On też żyje – w Tasmanii (czuję, że wolałby taką niepoprawną formę) – tylko dzięki Hiroszimie. I uważa, że była to globalna katastrofa. „Nic z tego nie jest argumentem za zbombardowaniem Hiroszimy, wszystko to jest argumentem przeciwko wojnie, argumentem który nigdy nie wygra, ale wciąż trzeba go powtarzać”.

Czytaj także Awantura w kosmosie i bomby z nieba Kinga Dunin

Romans naukowy, czyli science fiction

Pytanie numer siedem to esej autobiograficzny, z elementami autofikcji i romansu naukowego. W ten sposób nazywano powieści H.G. Wellsa, gdy się ukazywały. A historia różnych przypadków, które doprowadziły do zrzucenia bomb na Hiroszimę i Nagasaki rozpoczyna się od pocałunku Rebeki West i Wellesa. „Ich pocałunek miał z czasem zrodzić śmierć, która z kolei miała zrodzić mnie” – pisze Flanagan.

Z powodu tegoż pocałunku Wells uciekł do swojej kochanki w Szwajcarii i napisał tam powieść Świat wyzwolony, wydaną w 1914 roku. Podobno nudną, ale jak się okazało – proroczą. Opisuje w niej wojnę, w której pojawiają się czołgi, ataki z powietrza, bombardowania cywilów. I stosuje się broń atomową, naukowo niezbyt trafnie opisaną, ale był to przecież romans naukowy, czyli SF. W każdym razie to on wymyślił tę nazwę – bomba atomowa. Świat stanął na krawędzi ostatecznej katastrofy, ale na szczęście przyszło opamiętanie i grupa etycznych naukowców doprowadziła do powstania rządu światowego i nastał powszechny pokój.

Ta wizja globalnej wojny, która może zniszczyć cały świat, przemówiła do wyobraźni Leo Szilarda, który od początku był świadomy, jakie przerażające konsekwencje może mieć użycie energii atomowej. I miał ją, kiedy wpadł na pomysł, że broń taka będzie możliwa dzięki zastosowaniu reakcji łańcuchowej. Jednak kiedy dowiedział się, że Niemcy pierwsze zaczęły prace nad stworzeniem broni nuklearnej, namówił Einsteina, by ten napisał list do Roosevelta i przekonał go, żeby Amerykanie zaczęli swoje prace. A potem stał się jedną z kluczowych osób zaangażowanych w jej budowę.

To nie znaczy, że zmienił poglądy – nadal był oczarowany ideą oświeconej elity naukowców, którzy mogą powstrzymać polityków. Starał się zapobiec atakowi na Hiroszimę, zorganizował petycje 155 uczonych przeciwko zastosowaniu takiej broni. Proponował, aby najpierw zaprezentować Japończykom pokaz siły. Petycja ta prawdopodobnie nigdy nie dotarła do Trumana, który 25 lipca 1945 podpisał rozkaz zrzucenia bomby.

Po wojnie Szilard został aktywistą zakładającym rozmaite ruchy, komitety i organizacje przestrzegające przed wojną nuklearną. Do końca życia prowadził takie donkichotowskie kampanie. I pisał opowiadania, w jednym z nich świat ratowały inteligentne delfiny, bo chyba stracił wiarę w naukowców.

To przypomina mi książkę Benjamina Labatuta Maniac, która co prawda jest historią powstania pierwszego komputera, ale przedtem trzeba było rozszczepić atom. Leo Szilard należał do grona pięciu genialnych naukowców, Węgrów pochodzenia żydowskiego, o których żartowano, że prawdopodobnie są ukrywającymi się Marsjanami, tak niezwykła była ich inteligencja.

Czytaj także Przerażające i zachwycające Kinga Dunin

Podczas gdy Labatuta interesowały przede wszystkim niezwykłe umysły, Flanagan, opowiadając o tych samych wydarzeniach, w większym stopniu skupia się na etyce i emocjach. Wplata w swoją opowieść literaturę. Fakty te same – historia inaczej wybrzmiewa.

Skoro już pojawili się Marsjanie… Genezą najbardziej chyba znanej książki Wellsa, czyli Wojny światów, w której Marsjanie (przypominający wielkie ośmiornice) atakują Ziemię, była jego rozmowa z bratem o tym, co wydarzyło się w Tasmanii. W jej pierwszym rozdziale Wells pisze:

„Zanim osądzimy ich [Marsjan] zbyt surowo, przypomnijmy sobie, jak bezlitośnie tępił własny nasz gatunek nie tylko zwierzęta, bizony czy ptaki dodo, ale i inne rasy ludzkie, na niższym stojące szczeblu rozwoju. Choćby Tasmańczycy wytępieni doszczętnie w ciągu pięćdziesięciu lat przez przybyszów z Europy”.

Za bezsporny przykład ludobójstwa uznał to Lemkin, twórca tego pojęcia.

Tasmańczyk siłujący się z historią

Tu powraca broń jądrowa. Flanagan zauważa, że z punktu widzenia rezultatu to, co wydarzyło się na Tasmanii, niewiele różniło się od wybuchu bomby nuklearnej, zamiar był bowiem ten sam: anihilacja.

Czytaj także Polityka historyczna na Tasmanii i nie tylko Kinga Dunin

Różne grupy rdzennych mieszkańców żyły tu od 40 tys. lat w całkowitej izolacji, swoją ziemię traktowały jak świętość. I cały ten świat tak szybko został zniszczony. Kiedy dokonywało się ludobójstwo, na spustoszonych terenach powstawały ogromne farmy, pastwiska dla owiec, których wełna była niezbędna angielskiemu przemysłowi. Wolni osadnicy dorabiali się ogromnych fortun. Resztę mieszkańców wyspy stanowili jednak skazańcy, niewolnicy w totalitarnym systemie, który stworzono. Nie tylko przestępcy, ale też wszelkiej maści buntownicy, związkowcy, abolicjoniści, luddyści… Koszmar Aborygenów i skazańców jednak niekoniecznie prowadził do solidarności.

Flanagan porównuje to do inwazji Marsjan. „Marsjanie byli rządzącymi, a rządzonymi pozostali mieszkańcy wyspy”. I uważa, że czołowym pisarzem tasmańskim powinien być Franz Kafka, który napisał opowiadanie Kolonia karna – wizję nieustannej tortury, w której wszyscy jej poddawani są winni. Niezwykle irytuje go, gdy „Independent” – ten „dziennik marsjański” – zamieszcza tytuł: „Biali Australijczycy nadal starają się oswoić kolonialną przeszłość”. „Jak gdyby ludobójstwo było naszym, nie ich wynalazkiem, jak gdyby totalitarny system niewolniczy był naszym wyborem, a nie ich gułagiem”. To wyspa ukradziona przez Anglików, gdzie wciąż zieje pustka po dawnych mieszkańcach i odczuwa się głębię czasu.

Rdzennych mieszkańców nie było wielu, 4-8 tys., ale istniała też tworzona przez tysiące lat kultura. Flanagan twierdzi, że choć kolonizatorzy ogłosili wymarcie całej populacji, a nawet znane są nazwiska ostatnich czystej krwi Aborygenów, to kilkuset z nich przetrwało, rodziły się dzieci ze związków mieszanych i dziś 30 tys. Tasmańczyków wywodzi swoje pochodzenie od ocalałych. Nastąpiło też „urdzennienie” – skazańcy przejmowali system wartości miejscowych i niektóre ich umiejętności.

Istnieje więc specyficzna kultura tasmańska i dotyczy to także białych. To historia, która nie daje się opisać i zrozumieć wg logiki europejskiej, czyli marsjańskiej. Jednak Marsjanie nie odpuszczają – niszczą lasy deszczowe, które pamiętają jeszcze czasy dinozaurów, budują na rzekach zapory. Nie są to wielcy zbrodniarze, ale, jak pisze Flanagan, „drobni kryminaliści – politycy, ekonomiści, inwestorzy”.

Dużo w tej książce miłosnych wręcz opisów tasmańskiej flory i fauny.

Druga, może ważniejsza, część tego eseju ma charakter autobiograficzny, choć autor wielokrotnie zastrzega, że pamięć bywa zwodnicza. Jest to opowieść o jego rodzinie pochodzącej pewno od skazańców, choć czasem lubią o sobie opowiadać inaczej. W każdym razie jego dziadkowie byli bardzo biednymi analfabetami. On był piątym z sześciorga dzieci. To był wielki rodzinny klan, Richard miał 51 kuzynów w linii prostej. Kiedy jedna z ciotek zachorowała, jego matka przez kilka miesięcy zajmowała się jej siedmiorgiem dzieci. Pisarzem postanowił zostać jako czterolatek, prawie niesłyszący – potem zostało to operacyjnie skorygowane – który dzięki temu inaczej postrzegał świat. Matka zajmowała się też chorą babcią, bardzo podobna do niej postać występuje w powieści Żywe morze snów na jawie.

Czytaj także Smutek gangstera i znikanie Kinga Dunin

Przede wszystkim jednak jest to wielki list miłosny do zmarłych rodziców, których istotą życia była miłość. Matka energiczna, czasem porywcza, musiała naginać się do roli gospodyni domowej. Ojciec, nauczyciel w szkole powszechnej, wycofany, łagodny, uprzejmy, z drobnymi dziwactwami, nigdy nie opowiadał o swoich przeżyciach w czasie wojny. Cenił dobroć i odwagę. Natomiast nie ceniono w tej rodzinie pieniędzy. Jak mawiał ojciec: „Pieniądze są jak gówno, jak uzbierasz ich zbyt wiele zaczną śmierdzieć, kiedy je rozdasz, to będzie można coś z nich wyhodować”.

Kiedy umarł, syn odszukał w jego papierach list, o którym ojciec nigdy nie opowiedział rodzinie. Wynikało z niego, że jego matka pochodziła z Aborygenów. On sam miał ciemną karnację i bywał brany za mieszańca, na co nigdy nie reagował. Może z tego brała się jego specyficzna duchowość, mówił o sobie, że jest „katolikiem z buszu” i wierzył, że ludzie powracają na świat jako kangury, walabie, wombaty i ptaki. „Odczuwał więź ze swoimi przodkami, chociaż nic o nich nie wiedział”. A Flanagan? Jest Tasmańczykiem mierzącym się w każdej swojej książce z trudną historią swojej ukochanej wyspy.

Jak przestawić się z marsjańskiego

Nadeszła chyba pora na wyjaśnienie tytułu książki. Pochodzi on z nietłumaczonej na polski wczesnej humoreski Czechowa. Jest to parodia zadawanych uczniom na lekcji matematyki zadań. Zadanie siódme dotyczy pociągu, który wyjechał ze stacji A – wiecie, co może być dalej. Natomiast pytanie brzmi: kto jest bardziej wytrwały w miłości, mężczyzna czy kobieta? Za moich licealnych czasów to było: ile lat ma córka maszynisty?

Przepraszam, że zakłócam poważny nastrój, bo to pytanie o wytrwałą miłość jest bardzo ważne dla całego eseju, choć odpowiedź musimy znaleźć sami. A przede wszystkim przestawić się z „marsjańskiego” myślenia, pełnego logiki i liczb, na zupełnie inne fale.

Pierwszą powieścią Flanagana była Śmierć przewodnika rzecznego. Natomiast tę książkę kończy dramatyczna historia o tym, jak będąc 21-letnim przewodnikiem wycieczki kajakowej o mało nie stracił życia i walczył o nie przez wiele godzin w rwącej rzece. Dotąd często na nią wraca.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x