📖 Pierogów już nie robię to poruszająca i pełna empatii książka, która wnikliwie przedstawia codzienność osób pracujących w szarej strefie sektora opieki.
👩🦰 Joanna Mikulska ukazuje historie opiekunek, sprzątaczek i imigrantek, których losy splatają się w trudnych realiach współczesnych systemów pracy i migracji.
🤝 Oddaje też głos tym, którzy decydują się na zatrudnienie pomocy, pokazując, że koszty związane z funkcjonowaniem w szarej strefie ponoszą obie strony.
📚 Prezentujemy fragment książki, która trafi do sprzedaży 23 września.
Od rozpadu Związku Radzieckiego w 1991 roku aż do wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie w lutym 2022 roku obserwuje się feminizację migracji zarobkowej w tym kraju. Cechuje ją to, że po raz pierwszy w historii Ukrainki wyjeżdżały za granicę samodzielnie, a nie jako towarzyszki mężczyzn.
Wyjeżdża w ciszy
W 2004 roku tamtejsze Ministerstwo Rodziny obliczyło, że tylko w obwodzie lwowskim około jednej czwartej gospodarstw domowych ma małoletnich powierzonych dziadkom, wujkom i ciociom lub przyjaciołom na wychowanie. Dane mogą różnić się w górę, ponieważ opierają się na deklaracjach migrantów, którzy sami się zgłaszają. Przy czym szacuje się, że dziewięćdziesiąt procent kobiet, które zdecydowały się wyruszyć za granicę, jechało do pracy nierejestrowanej (dane z 2007 roku), czyli w kraju, do którego docierały, świadczyły ją bez umowy.
„Zazwyczaj migracja kobiet kończy się dla nich zatrudnieniem w nieformalnym sektorze przy wykonywaniu zadań reprodukcyjnych, które uprzednio realizowały nieodpłatnie we własnych gospodarstwach domowych. Zajmują się więc sprzątaniem domów, opieką nad dziećmi czy osobami starszymi, z tą tylko różnicą, że za granicą uzyskują za to wynagrodzenie”. I to ten ostatni element specyfiki kobiecej migracji, czyli praca w szarej strefie, odgrywa znaczącą rolę, gdy przyjrzymy się jej konsekwencjom dla rodzin. Migrującym kobietom i ich rodzinom towarzyszy cisza.
– Wiesz, ta nasza Ukrainka zostawiła w domu małą córeczkę – opowiada mi znajoma podczas pikniku rodzinnego. – Mówiła nam, że zawsze gdy wyjeżdża, wymyka się nad ranem po cichu, nic jej wcześniej nie mówi. Tłumaczyliśmy, że to może nie najlepsza metoda, ale nie chciała słuchać. Przecież takie dziecko trzeba byłoby jakoś przygotować, wytłumaczyć – ciągnie coraz bardziej zbulwersowana.
Tylko gdzie szukać na ten temat informacji, szkoleń? Czy istnieje poradnik bycia dobrą matką emigrantką?
Poszukiwania prowadzą mnie do charytatywnej Fundacji Zaporuka, która na początku działalności zajmowała się rodzinami migrantów. W latach 2009−2013 organizowała program wspierający dzieci kobiet migrantek i ich opiekunów z terenów zachodniej Ukrainy: obwodu lwowskiego i tarnopolskiego, gdzie szacuje się, że co czwarte dziecko wychowuje się w rodzinie bez mamy. Najwięcej kobiet z tych terenów wyjeżdża do Włoch, Polska jest na drugim miejscu.
– Rozpoczynałyśmy ten projekt wtedy, gdy internet poza dużymi miastami był słabo dostępny oraz nie było smartfonów – mówi Iaryna Khomtsii (ukr. Ірина ХомціІрина Хомці), aktualnie szefowa organizacji Damo Radu (pol. Pomożemy), którą współtworzą osoby wspierające migrantów i ich rodziny w Fundacji Zaporuka. – Połączenia telefoniczne były kosztowne i część emigrujących matek komunikowała się z dziećmi listownie. Dlatego bardzo ważne było dla nas umożliwienie częstszego kontaktu. Utworzyłyśmy dwanaście „Skype centrów” przy bibliotekach, a potem zaczęłyśmy organizować spotkania terapeutyczne dla dzieci z miejsc, gdzie powstały te centra – wyjaśnia Iaryna.
Szczegóły tłumaczy Maryana Nych (ukr. Маряна НичМаряна Нич), psycholożka i autorka spotkań. – Długo szukaliśmy formuły, jak dotrzeć do tych dzieci. W Ukrainie to rzadki przypadek, kiedy tata zaczyna zajmować się rodziną. Jeśli w otoczeniu jest jakaś kobieta, babcia lub starsza siostra, to na nią spada obowiązek opieki nad najmłodszymi – opowiada Maryana. – W większości opiekują się nimi babcie. Nikt dzieci nie przygotowywał do tego, zostaną postawione przed faktem: mama wyjeżdża i to wszystko. Nie wiedziały, na jak długo, a często też i dlaczego. Rodzina nie rozmawiała o tym z sąsiadami, w szkołach wielu nauczycieli nie wiedziało, jak to robić i czy w ogóle. Kobieta wyjechała „na podrabotki”, do pracy dodatkowej, często bez umowy – nie ma się czym chwalić
Ma suknie z dolarów
Dotarcie do tych dzieci stało się możliwe dzięki pedagogom szkolnym. Rozmawiając z nimi, Jaryna i Maryana dowiadywały się, w których klasach są te z mamą za granicą. – Potem pracowaliśmy z całymi grupami chętnych – tłumaczy Maryana. – W jednej klasie było około pięciorga, sześciorga dzieci emigrantów – dodaje. – Zaczynaliśmy od tematu tego, jak odnajdują się w grupie. Te dzieci często są zamknięte w sobie, bo czują się porzucone. Czują się inne niż reszta, czasem reagują agresją, czasem za szybko dorastają. Dużo przeżywają same i z nikim nie dzielą się swoimi trudnymi emocjami. Na jednym ze spotkań robiliśmy ćwiczenie plastyczne. Trzeba było narysować portret mamy i pokazać, jaką rolę ma w rodzinie. Jeden chłopiec zrobił portret mamy w sukni z dolarów. Łatwo jest zastąpić miłość pieniędzmi, szczególnie jeśli w społeczeństwie i wśród ekspertów zajmujących się migracją panuje przekonanie, że migracja jest jednoznacznie zła – podkreśla Maryana.
Jeden z głosów reprezentujących to przekonanie brzmi tak:
„Migracja powoduje emocjonalny dystans pomiędzy członkami rodziny. […] To w efekcie rujnuje rodzinne więzi i często prowadzi do rozwodów. Co więcej, zwiększa też ryzyko, że dzieci staną się społecznymi sierotami, może też prowadzić do ich kryminalizacji”. – Owszem, tak było kiedyś, gdy internet nie był jeszcze powszechny, a migracja wiązała się bardzo często z przeprowadzką na stałe i zerwaniem więzi – tłumaczy Maryana. – Teraz bardzo wiele zależy od częstotliwości i jakości kontaktu, o czym ciągle bardzo mało się mówi. Kobiety, decydując się na wyjazd, często nie są świadome konsekwencji ani nie znają sposobów radzenia sobie z nimi.
Maryana po zakończeniu projektu w Fundacji Zaporuka też stanęła przed możliwością wyjazdu. Jej młodsza córka kończyła szkołę średnią, wymarzyła sobie medycynę. – Wychowuję dwójkę dzieci sama, a to są drogie studia. Żartowałam, że jeśli się na nie zdecyduje, to będę musiała wyjechać. Wybrała biologię, znacznie tańszy kierunek. Nie lubiła go, a teraz ma trudności w znalezieniu pracy. Wierzę, że uda jej się robić to, co lubi, bez studiów medycznych, choć żal pozostał. Do dziś nie jestem pewna, czy zrobiłam dobrze – dodaje.
Przyznaje też, że w programie dotyczącym kobiet migrantek i ich rodzin zabrakło rekomendacji dla migrujących kobiet.
Mogłyby one wyglądać następująco:
• Przekazuj swojemu dziecku emocje i wywołuj je u niego. Korzystaj z kamer internetowych.
• Dzwoń tak często jak to możliwe, najlepiej raz dziennie. Ważne, aby twoje rozmowy telefoniczne odbywały się o tej samej porze.
• Unikaj pustych zwrotów typu: „Jak się masz?”. Możesz przygotować podsumowanie rozmowy i nawiązywać do niej podczas następnej.
• Bądź zainteresowana życiem dziecka. Poproś o przesłanie jego rysunków, wierszy, czegoś, co stworzyło.
• Wracaj do domu na co najmniej dwa tygodnie. Daj sobie i dziecku czas na adaptację. Spotka cię zupełnie inne dziecko niż to, które widziałaś ostatnio.
Robi prezenty
Marianna Gupało (ukr. Маріанна ГупалоМаріанна Гупало) nie mogła znać tych rekomendacji, ale od pierwszego wyjazdu do Polski, na zbiór wiśni pod Płock, codziennie wieczorem dzwoniła do domu. Potem długo płakała w poduszkę. Siedmioletni Ostap był przyzwyczajony, że minie pięć dni w przedszkolu i zaraz potem mama wróci, bo tak było wcześniej, gdy Marianna wyjeżdżała do pracy we Lwowie. Tym razem mijały kolejne dni, a mamy nie było.
Za to pojawił się rowerek. Jeszcze w marzeniach chłopca był niebieski, miał duże czarne koła i ramę z błyskawicami. Opowiadała o nim babcia, zapewniała, że mama przywiezie mu ten skarb, gdy wróci za kilka dni. Ostap chciał, żeby już teraz była. Przestał wierzyć głosowi, który słyszał w słuchawce telefonu. Skąd miał mieć pewność, że to jego mama, a nie podstawiona przez babcię koleżanka? Przestał też wierzyć w rower. Zupełnie na niego nie czekał i wcale go nie potrzebował. Wyobrażone błyskawice odpadły, kolor wyblakł, zeszło powietrze z kół – mamy nadal nie było.
Kiedy przyjechała po trzech i pół miesiąca, miała ze sobą dwa rowery: mniejszy – ten sama kupiła, i większy – ten dostała na zakończenie sezonu od Polaków, u których zrywała wiśnie. Teraz, gdy Ostap ma już siedemnaście lat, nie pamięta, czy którykolwiek z nich miał błyskawice. Wtedy nie dał się kupić. Zrozumiał, że mama jest w Polsce, bo tam jest jej lepiej. Nawet polubił tę mamę, której nie ma, bo wtedy nie trzeba się było z nią kłócić. Jedyne, czego mu brakowało, to zasypiania przy niej. Ale obok była babcia i nie pozwalała mu tęsknić. Ostap rósł, a razem z nim także i poczucie obowiązku: by opiekować się babcią i dziadkiem oraz dbać o ich zdrowie.
Z mamą rozmawiał codziennie przez telefon lub Skype’a. Czasem pół godziny, czasem godzinę. O wszystkim, choć w zasadzie to głównie ona opowiadała. A on słuchał bardzo uważnie, co ma mu do powiedzenia, czasem komentował, ale o sobie mówił niewiele. Tak jakby nie wierzył, że to ją widzi na ekranie i że to jej głos słyszy z głośnika.
Gdy już jako szesnastoletni chłopak Ostap przyjechał do Polski na sylwestra, Marianna starała się mu dogodzić. Nie opowiada o tym, jak przez godzinę szykowała się na wspólną imprezę u znajomych, by po pół godzinie on oznajmił jej, że nie chce tam być, bo nie zna polskiego, a ona zamiast ze złością przekonywać go, by został, po prostu wyszła razem z nim. Nie wspomina też, jak płakała przez kilka wieczorów, gdy wrócił do domu przed wigilią greckokatolicką, która przypada na szóstego stycznia, a której od dawna nie spędzili razem. Napomyka tylko, że wie, że jeśli zostałby dłużej, to do Ukrainy mógłby jechać dopiero tydzień później, bo nie było miejsc w busach i autobusach, a przecież dziesiątego stycznia ma urodziny i przyzwyczaił się, że spędza je z kolegami w pizzerii. Czekali na niego, nie mogła mu zabronić.
SMS: „Mamo, potrzebujemy kawy dla babci, dla dziadka herbaty, a dla mnie pamiętaj o tej czarnej czekoladzie z Biedronki”. Odkąd Marianna jest w Polsce, jej syn, matka i ojciec nie znają smaku ukraińskiego mięsa, serów, kawy i herbaty. Dwa razy w miesiącu umieszcza w busie jadącym do Ukrainy paczkę wartą sześćset złotych. – Czasami mówię do syna, że to może bez sensu i lepiej prześlę im pieniądze, ale on się przyzwyczaił do tych polskich smaków – tłumaczy.
Od 2016 roku sprząta warszawskie domy i mieszkania. Pracuje codziennie, także w niedziele. Tłumaczy, że musi mieć pieniądze na zapas – na wypadek choroby albo wyjazdu jej pracodawców na wakacje, bo nie ma płatnego urlopu. No i lubi swoim bliskim robić niespodzianki. – Nie ma mnie z nimi, więc gdy robię im prezenty, to chcę, żeby to nie były przedmioty codziennego użytku, tylko coś, czego sami by sobie nie kupili. Mama mówi, że nigdy nie miała tylu sukienek i butów. Tacie kupiłam mały traktor, bo wiecznie był zmęczony pracą na roli. A syn ma wszystko: najnowszy telefon, komputer najlepszy w klasie. Wczoraj jego wychowawczyni zwróciła babci uwagę, że to za dużo, bo zaczyna słabiej się uczyć i zrobił się zarozumiały. A ja chociaż w taki sposób chcę im pomóc. Może dzięki tym przedmiotom są choć trochę szczęśliwsi? – pyta Marianna.
– Oczywiście jednocześnie moi rodzice bardzo chcą, żebym wróciła. Gdy wybuchła pandemia i zamykano granicę, krzyczeli do mnie przez telefon: „Powinnaś już dawno być w domu, miałabyś pracę, męża i drugie dziecko”. Odparowałam: „Trzeba było wyjechać, jak byliście młodzi, to ja nie musiałabym teraz być tutaj”. Samą mnie zdziwiło to, co w złości im wykrzyczałam. – I dodaje: – To nie jest tak, że zamiast tych prezentów mogłabym mniej pracować, a częściej jeździć do domu. Ja nie mogę wrócić. To już nie jest moje miejsce. Ale żałuję, że przez te wszystkie lata nie byłam z synem. Tymi podarunkami trochę się odkupuję sama przed sobą. Nie umiem inaczej.
Ostap przyjechał do Polski w lutym 2022 roku na ferie. Zdążył przed tym, jak rosyjskie rakiety poleciały na Kijów. Od tego czasu mieszka razem z Marianną w Warszawie.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!