Paulina Siegień: „Rodzice zgodzili się nawet na jej wyjazd za granicę. Ojciec powiedział tylko byle nie do Rosji. Nie wiem, czego ojciec nienawidzi bardziej, Związku Radzieckiego czy tego, że się rozpadł”. Z jednej strony bohaterowie twojej książki są świadomi swojej postkolonialnej kondycji, wyrażają negatywne sądy o Rosji, o Związku Radzieckim. A z drugiej przyznają się do postsowieckiej nostalgii – i to często w tym samym zdaniu. Jak Kirgizom i Kirgizkom udaje się to pożenić?
Emilia Sułek: Nie wiem, czy im się udaje. Wynika z tego bardzo wiele napięć. Ten sam człowiek może odczuwać i jedno, i drugie, jak ojciec bohaterki, której słowa przywołałaś. W Książce opisuję też przejażdżkę z pewnym wójtem po jego miejscowości. Pokazuje mi ruiny infrastruktury zbudowanej w czasach radzieckich. Dla niego to ruiny dawnego życia. Chwali się, że jako wójt wprowadził darmowy transport publiczny. Pytam więc, czy inspiruje się komunizmem, socjalizmem. Na co on, że tak, a potem od razu, że nie, by po chwili zastanowienia dodać: „Nie, żal mi tylko, żeśmy to wszystko rozwalili”. To specyficzna kondycja postkolonialna, bo Związku Radzieckiego nie ma, jest Rosja, która nie jest tym samym, jednak chce reprezentować dziedzictwo ZSRR. Odczuwając nostalgię po radzieckim życiu Kirgizi i Kirgizki muszą się jakoś pozycjonować wobec współczesnej Rosji, a to już dużo bardziej skomplikowane.
Jaki jest ten stosunek w takim razie? Obawiają się Rosji, czy może widzą w niej tego mitycznego „starszego brata”? A może to jedynie sąsiad i partner biznesowy?
Rosja to przede wszystkim kraj, do którego wielu mieszkańców Kirgistanu jeździ do pracy. Kirgistan nie ma zbyt silnej gospodarki, w związku z tym gastarbeiterka w Rosji, Turcji, Korei Południowej, a obecnie także w krajach Unii Europejskiej, jest ważnym źródłem dochodu dla wielu rodzin. Dotyczy to zwłaszcza południowych prowincji Kirgistanu, gdzie gęstość zaludnienia jest większa, panują większe deficyty wody, jest biedniej. Dlatego pierwsze skojarzenie z Rosją opiera się na tym masowym dla obywateli Kirgistanu doświadczeniu zаrabiania pieniędzy za granicą. Za tym idzie drugie skojarzenie, a mianowicie rosyjski rasizm. Ten codzienny, w języku, w sposobie odnoszenia się słowiańskich Rosjan do osób z Azji Centralnej, ale i ten instytucjonalny, którego doświadczają przez kontakty z urzędami, policją, z szeroko pojętym państwem.
Warto dodać, że Rosja w ostatnich latach przyjęła szereg ustaw, których ideą nie jest integracja społeczności migranckich, a jawna segregacja.
Wiele razy słyszałam od Kirgizów, że Rosja to jest kraj rasistowski i że doświadczenie tego rasizmu sprawia, że nie chcą tam wracać – ani do pracy, ani turystycznie.
Czyli w dzisiejszej Rosji nie dostrzegają nic, co wpisywałoby się w nurt tej pozytywnej pamięci o ZSRR?
Rosja jako ten fantomowy ZSRR w kirgiskiej wyobraźni jest pewnym punktem odniesienia, furtką do świata bliższego Europie, trochę też w sensie geograficznym.
Ale na poziomie politycznym chyba raczej zagrodą?
Na poziomie politycznym Rosja ciągle usiłuje mieszać się w sprawy wewnętrzne Kirgistanu. Do tego stopnia, że kiedy władze w Biszkeku od czasu do czasu wracają do tematu zmiany starych sowieckich nazw dzielnic, nazwanych na cześć Lenina czy rewolucji październikowej, to Rosja wysyła im od razu notę dyplomatyczną. Padają w niej argumenty, że to godzi w prawa człowieka, podstawy przyjaźni między narodami itp. W kwietniu prezydent Sadyr Dżaparow pojechał do Oszu, czyli drugiego najważniejszego miasta w Kirgistanie, które często nazywa się wręcz drugą stolicą kraju. W czasie jednego ze spotkań obiecał mieszkańcom, że pozbędzie się wreszcie nazewnictwa, które pozostało z czasów komunistycznych. Od razu przyszła nota z Kremla, żeby ustawić rząd Kirgistanu.
Ale czasem się udaje. Pod koniec sierpnia tego roku aleja Młodej Gwardii w Biszkeku została przemianowana na Imanaly Aidarbekowa – to jeden z twórców kirgiskiej państwowości, rozstrzelany podczas czystek stalinowskich w 1938 roku.
Z książki dowiadujemy się, że bardzo ważna dla Kirgizów jest pamięć o ofiarach reżimu sowieckiego, to też jeden z elementów tego nostalgicznego paradoksu.
Tym, co wywołuje napięcia i budzi nieufność wobec sąsiada, jest także fakt, że współczesna Rosja nie poczuwa się do winy za wymordowanie kirgiskich elit w 1938 roku, pochowanych w mauzoleum w Ata-Beyit pod Biszkekiem, ani nie chce dyskutować o Urkun, czyli genocydzie kirgiskim, który miał miejsce w 1916 roku. Może się wydawać, że Kirgistan w tych kwestiach stawia się Rosji, upamiętnia te wydarzenia, buduje pomniki i świadomość narodową wokół nich, ale na tych pomnikach czy w tych mauzoleach nie są jednoznacznie wskazani sprawcy. Wszyscy wiedzą, kim byli, ale wiedzą też, jak bardzo Kreml byłby niezadowolony, gdyby powiedzieć o tym głośno.
Na marginesie dodam, że kiedy czytałam u ciebie o mauzoleum Ata-Beyit, to pomyślałam, że Kirgizi i tak są o parę długości przed Białorusią, gdzie podobne miejsce – mimo ogromnej skali zbrodni sowieckich na białoruskiej elicie politycznej i kulturalnej – jest nie do pomyślenia. A czy Kirgizi boją się nowej kolonizacji, na przykład przez Chiny?
Obawiają się zależności od Chin na płaszczyźnie gospodarczej oraz chińskiej dominacji finansowej. Chiny mają niesłabnący apetyt na kirgiskie surowce naturalne. Dług zagraniczny wobec Pekinu jest bardzo wysoki, to prawie 1,5 mld dolarów – Chiny są największym wierzycielem Kirgistanu. Myślę, że na płaszczyźnie politycznej tych obaw nie ma, bo Chiny nie są szczególnie zainteresowane rozszerzaniem swoich wpływów na politykę w Kirgistanie. Chińskie zaangażowanie ma charakter niemal wyłącznie gospodarczy.
W kontekście kolonizacji funkcjonuje obiegowa opinia – nie wiem, czy się z nią zgadzasz – że rosyjska forma kolonizacji, w tym kolonizacji narodów Azji Środkowej, nie była tak brutalna, jak zachodnia kolonizacja zamorska i że wniosła sporo dobrego do tych społeczeństw. Czytając Baranie oko można odnieść wrażenie, że niektórzy twoi bohaterowie też się nie mogą zdecydować, czy im ta kolonizacja więcej zabrała, czy podarowała. To dotyczy zwłaszcza kobiet, prawda?
Kirgizki mówią często, że za ZSRR było im łatwiej, bo państwo promowało aktywność i samodzielność kobiet, zachęcało do edukacji. W książce pojawia się pisarka z miasta Osz, która mówi otwarcie, że jej ambicją nigdy nie było zostanie gospodynią domową, że nikt jej nigdy tej roli nie uczył. To, czego od niej wymagano i do czego ją zachęcano, to było robienie stopni naukowych, pisanie książek, bycie aktywistką, liderką. Po upadku ZSRR zniknęły struktury państwowe, które wspierały emancypację kobiet. Piszę o tym w kontekście porwań matrymonialnych, których liczba gwałtownie wzrosła w Kirgistanie w latach dziewięćdziesiątych – w opinii wielu obserwatorów i obserwatorek wiąże się to z tym, że zniknęły przestrzenie tworzone przez Związek Radziecki, które umożliwiały nawiązywanie kontaktów między płciami.
Dlatego kirgiskie kobiety mówią, że za Związku Radzieckiego ich życie było lżejsze. Tylko czy to znaczy, że można rozgrzeszać carską Rosję, a potem ZSRR, za kolonizację? Łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że Związek Radziecki przyniósł nowoczesność, bo dzięki temu Kirgizi przestali mieszkać w jurtach, że teraz mieszkają w blokach, jeżdżą samochodami itp. Ale moi rozmówcy często łapali się na tym w rozmowie i rodziło to w nich pytanie, czy aby na pewno nadal siedzieliby w jurtach, gdyby nie rewolucja październikowa. To wcale nie jest oczywiste.
W jednej z recenzji twojej książki ktoś napisał, że opisujesz ludzi z marginesu marginesów. Być może wciąż jest tak, że niektórzy czytając tę książkę patrzą na nią przez pryzmat sukcesu rozumianego jako życie w rozwiniętym, bogatym kraju na Zachodzie. Wszystkie inne style życia wydają im się mniej wartościowe. Tymczasem twoi bohaterowie z jednej strony zdają sobie sprawę z tego, że tradycja bywa obciążeniem i opresją, ale też nieszczególnie aspirują do zachodniego, konsumpcyjnego stylu życia.
Moi rozmówcy odnoszą się do faktów, takich jak wysoka liczba samobójstw i kryzys demograficzny w Europie. Próbują się pozycjonować w świecie, w którym Zachód jest jednym z punktów odniesienia, zwłaszcza ze względu na dobrobyt, do którego aspirują. Ale robią to w sposób krytyczny i inteligentny. Bo już na innej osi, tam, gdzie porównują się z sąsiadami w regionie, podkreślają swoją liberalność i postępowość. Na przykład Uzbekistan, gdzie panują znacznie mniej równościowe relacje między płciami niż w Kirgistanie, to dla wielu Kirgizek i Kirgizów dziki kraj. Segregacja płci moich bohaterów szokuje. Więc gdzieś pomiędzy tymi punktami odniesienia – dalszym, czyli Europą, i tym, co bliżej – Kirgizi szukają swojego miejsca. Są oczywiście też inne punkty odniesienia, jak Turcja albo Korea Południowa.
Mój ulubiony wątek w twojej książce to wypowiedzi bohaterów o Europie. Traktujesz je bez paternalizmu, równorzędnie, dzięki czemu stają się lustrem, w którym możemy się jako Europejczycy przejrzeć. Bo nie są to wcale głosy pochlebne. Chyba jedna tylko bohaterka jednoznacznie twierdzi, że w Europie jest lepiej, bo była w Niemczech i przekonała się, że ludzie żyją tam dla siebie, a w Kirgistanie żyją dla rodziny. Pozostałe wypowiedzi raczej wyrażają troskę i niepokój w związku z kryzysami, z którymi się w Europie mierzymy. Mówią o epidemii samotności, braku dzieci, o życiu „od linijki”, deficycie fantazji i spontaniczności. Pytali cię nawet, czy musisz wracać. Nie miałaś pokusy, żeby zostać?
Pokusy, żeby zostać na stałe, raczej nie miałam. Fakt, że po 18 latach życia w Berlinie i Szwajcarii – a tam ludzie żyją pod linijkę – wróciłam do Polski, chyba rzeczywiście dowodzi, że tęskniłam za nieco luźniejszym stylem życia.
Urzekający nastrój twojej książki opiera się również na ciągłych dyskusjach o wolności, o tym, jak bardzo Kirgizi cenią ją jako element swojej nomadycznej tożsamości. Ale faktycznie to społeczeństwo nie jest już nomadyczne, prawda?
Jeśli patrzeć na to w kategoriach materialistycznych, to oczywiście nomadami nie są. Kolektywizacja we wczesnym ZSRR zmusiła ludzi do osiadłego trybu życia. Zwierzęta były konfiskowane, powstały kołchozy, sowchozy, nomadzi zostali przywiązani do ziemi. To nie był proces dobrowolny, a przemoc. Wolność, o której moi bohaterowie i bohaterki bardzo lubią mówić, jest związana z tą nomadyczną przeszłością, choć też powinna być wiązana z procesem uzyskiwania państwowości, niepodległości. Kirgistan jako państwo właściwie nie istniał przed powołaniem do życia republiki związkowej, a wcześniej Kara-Kirgiskiego Obwodu Autonomicznego. W 1991 roku ogłosił niepodległość jako pierwszy w regionie. I wpisał sobie wolność do hymnu państwowego.
Kirgistan po rozpadzie ZSRR stał się jedynym państwem Azji Centralnej, w którym panował ustrój demokratyczny. Ale to określenie chyba już nie pasuje do tego kraju.
Jeśli chodzi o demokrację, to Kirgistan miał swój złoty okres w latach dziewięćdziesiątych. Paradoksalnie, bo panował tam wówczas głęboki kryzys gospodarczy. Prawie wszystkie postacie, które pojawiają się w książce, przeżyły w tamtym czasie coś złego. To był również okres spadku liczby urodzeń, więc kryzys odbił się na demografii. Ale to właśnie wtedy Kirgistan dostał wspaniałą łatkę Szwajcarii Azji Środkowej. Nie tylko ze względu na wysokogórski krajobraz, ale również ze względu na demokrację.
Rzeczywiście udało mu się zbudować bardzo silne społeczeństwo obywatelskie. Za rządów obecnie panującego prezydenta Sadyra Dżaparowa tej demokracji zrobiło się mniej, ale Kirgistan wciąż, patrząc na wiele światowych wskaźników, wypada lepiej niż kraje sąsiednie. Spadek z piedestału kraju najbardziej demokratycznego jest oczywisty i boli.
Może Kirgizi woleliby ostatecznie więcej dobrobytu, a mniej demokracji, jak sąsiedzi?
Sąsiedni Kazachstan jest zamożny i niezbyt demokratyczny. Jednocześnie wytworzył elegancką obudowę dla swojej polityki. Z zewnątrz wygląda na kraj bardziej „cywilizowany” niż Kirgistan, gdzie potencjalnie może się zdarzyć wszystko. W Kirgistanie jest w ludziach jakiś polityczny niepokój, gotowość do tupania nogą w odpowiednim momencie historii. Mieli już trzy rewolucje.
Nie ma jednak blichtru jak u sąsiadów. Nie ma zasobnej dyktatury, która bardzo troszczyłaby się o to, żeby ładnie wyglądać na zewnątrz. To działa na niekorzyść Kirgistanu. Szklane wieżowce w Taszkencie dają ułudę rozwoju, w Biszkeku ich nie ma. Ale prawda jest taka, że w Kirgistanie wciąż jest więcej wolności niż u sąsiadów.
Kirgistan to duże państwo terytorialnie, ale mieszka tam zaledwie 7 milionów ludzi. Zastanawiam się, jak radzi sobie na wzburzonych wodach obecnej sytuacji międzynarodowej, kiedy trwa przemodelowanie sojuszy. Kirgistan ma historię sporów z sąsiednimi państwami, z Uzbekistanem, Tadżykistanem. Ale może mimo to jest jakiś rodzaj politycznej solidarności w regionie Azji Centralnej, który z oddalenia postrzegamy często jako spójną całość?
W 2025 roku zostały podpisane umowy z Tadżykistanem, z którym Kirgistan miał kilkaset kilometrów spornych odcinków granicy. Dochodziło tam do konfliktów zbrojnych, ale udało się wygasić to źródło napięć. Pozostaje jednak wiele innych, które mogą dać o sobie znać w przyszłości. Chodzi przede wszystkim o napięcia wokół zasobów naturalnych, zwłaszcza wody.
Tak się składa, że to te biedniejsze kraje, czyli Kirgistan i Tadżykistan, mają na swoich terenach źródła najważniejszych rzek w regionie. Od czasu do czasu wraca więc dyskusja o tym, czy kraje położone niżej powinny płacić im za wodę. Napięcia powstają również wokół produkcji energii elektrycznej.
Trudno mi powiedzieć, czy Kirgistan może liczyć na wsparcie ze strony swoich większych i bogatszych sąsiadów. Z Uzbekistanem ma za sobą dekady bardzo słabych stosunków, a Kazachstan, który jest krajem najbliższym mu kulturowo i językowo, lubi patrzeć na Kirgistan jak na takiego nieogarniętego kuzyna.
Naprawdę nie zazdroszczę kirgiskiemu rządowi, zwłaszcza że musi sobie radzić zarówno z naciskami Kremla, jak i z ekspansją gospodarczą Chin. Bo być nomadem i zachować swoją nieograniczoną przez nikogo wolność w warunkach globalnego kapitalizmu jest naprawdę trudno.











Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!