Historia

Od białych skarpetek do koszulek z żołnierzami wyklętymi

O polskiej fantomowej klasie średniej mówi Magda Szcześniak.

Jakub Majmurek: W PRL-u, przynajmniej do pewnego momentu, mieliśmy budować społeczeństwo bezklasowe. Po 1989 – jak wynika z twoich badań widoczna stała się w zasadzie tylko jedna klasa: klasa średnia.

Magda Szcześniak: Po 1989 roku w mediach mówi się o elitach – sugerując, że to najwyższa warstwa społeczeństwa; używa się też etykiety homo sovieticus na określenie tych, którzy nie chcą albo nie potrafią dostosować się do nowego systemu; dyskutuje się o końcu inteligencji… Jednak termin „klasa” stosuje się niemal wyłącznie w określeniu „klasa średnia”. Projekt klasy średniej docelowo ma objąć niemal całość społeczeństwa. Jednocześnie widać niepokój – czy ta klasa już istnieje czy dopiero powstaje, a jeśli powstaje, to w jaki sposób? Czy ma się wyłonić w sposób „naturalny” – „bo mamy wolny rynek i demokrację”? A może pojawi się dopiero wtedy, gdy pewne grupy się dorobią i nauczą się żyć tak, jak zachodnia klasa średnia?

Jak jest definiowana w latach 90. ta klasa średnia?

Przede wszystkim, zanim w ogóle klasa średnia zostaje zdefiniowana, już jest afirmowana. Ten proces afirmacyjny, widoczny zwłaszcza w publicystyce, rozpoczyna się przed podjęciem jakichkolwiek badań, które starałyby się wyliczyć, kto wchodzi w skład klasy średniej, ile zarabiają i jak konsumują jej członkowie.

W późniejszych latach, kiedy już badacze i eksperci podejmują się opisywania realnej struktury klasowej społeczeństwa po transformacji, to odwołują się w zdecydowanej większości do ujęć funkcjonalno-stratyfikacyjnych. Istnienie hierarchii społecznych wyjaśnia się w nich nierównomiernym rozłożeniem kompetencji w społeczeństwie – nie każdy może być prezesem, bo nie każdy ma dostatecznie duże kwalifikacje czy wystarczający talent. Nierówności społeczne są więc raczej tłumaczone i uzasadniane niż poddawane krytyce. Zasadniczo w latach 90. w głównym nurcie debaty publicznej panuje przekonanie, że kapitalizm służy mobilności klasowej, że jednostki mają całkowity wpływ na swój los, a awans dostępny jest dla tych, którzy będą ciężko pracować, porzucą przyzwyczajenia z ery socjalistycznej, nauczą się praktyk typowych dla klasy średniej.

Kto więc miał tę klasę średnią u nas budować?

Zachowywano się tak, jakby mogli się do niej dostać właściwie wszyscy: zarówno robotnicy masowo zwalniani z prywatyzowanych przedsiębiorstw, jak i niewiele zarabiający pracownicy naukowi. Na początku lat 90. największą wiarę pokładano jednak w właścicielach małych prywatnych przedsiębiorstw i biznesów. Opisuje się ich przy pomocy anachronicznego już wtedy wzorca self-made mana, robiącego zawrotną karierę od pucybuta do milionera, a w przypadku polskim – od łóżka polowego, przez drewnianą budę i sklepik, do prawdziwej, dużej firmy. Oczywiście ta narracja zupełnie ignorowała mechanizmy globalnego kapitalizmu, do którego Polska dołączyła pod koniec lat 80., oraz zapoznawała rzeczywisty rodowód transformacyjnych fortun.

Narracja dominująca mówi: „W 1989 roku wszystko się zeruje, wszyscy startujemy z tego samego poziomu i mamy równe szanse”.

Czy kultura podejmuje temat klasy średniej i dróg awansu do niej?

Oczywiście! Transformacja jest czasem, gdy pojawiają się nowego rodzaju obrazy w sferze publicznej – reklamy telewizyjne i uliczne, zachodnie filmy i seriale, nowe magazyny ilustrowane. Zazwyczaj uważa się, że obrazy są jedynie efektem transformacji. Tymczasem one mają wymiar performatywny: kreują nowe wzorce zachowań, naturalizują wolnorynkowy porządek, jednym klasom nadają widzialność, innym ją odbierają. Co istotne, nowe obrazy kierowane są często właśnie do przedstawicieli wyobrażonej klasy średniej. Nie bez przyczyny jedną z centralnych kategorii w dyskursie o nowej klasie średniej jest wizerunek. W polskich filmach z lat 90. awans klasowy przedstawia się za pomocą prostej sceny zmiany kostiumu. Wytarte dżinsy, rozciągnięte swetry i robocze fartuchy zamienia się na garnitury, porządne płaszcze, piękne sukienki. Sceny transformacyjnych przebieranek pojawiają się w choćby w Kapitale, czyli jak zrobić pieniądze w Polsce Feliksa Falka (1989), Komedii małżeńskiej Romana Załuskiego (1993) czy Lepiej być piękną i bogatą Filipa Bajona (1993).

Adrianna Biedrzyńska w filmie Bajona

Filmy te charakteryzuje równocześnie głębokie pęknięcie. Mówiąc wprost: są one zazwyczaj po prostu bardzo złe. Względy techniczne da się oczywiście wytłumaczyć ekonomią, ale mamy też do czynienia z niezwykłymi fabularnymi niespójnościami, błędami montażowymi, schematycznością postaci… Film Bajona jest tego dobrym przykładem. Opowiada o robotnicy (Adrianna Biedrzyńska), która niespodziewanie dziedziczy po mieszkającym we Francji dziadku swoje miejsce pracy – łódzką tkalnię. Z początku film wydaje się prostą historią awansu klasowego – tkaczka nagle zostaje bizneswoman, przebiera się więc w nowe ciuchy, chodzi na przyjęcia dla elit biznesowych, próbuje ratować upadającą fabrykę, wchodząc w konflikt ze swoimi roszczeniowymi i leniwymi koleżankami (swoją drogą jest to chyba jedno z najbardziej uprzedzonych, klasistowskich przedstawień klasy robotniczej w historii polskiego kina). Bardzo szybko jednak pojawiają się jacyś podejrzani rosyjscy biznesmeni, były kochanek matki-komunistki (nadal twardo czytającej Dzieła zebrane Lenina), od którego bohaterka kupuje wojskowe spadochrony i zaczyna szyć modne stroje kobiece, które sprzedaje w Paryżu itd. Wszystko kończy się wybuchem w fabryce, dzięki któremu bohaterka odnajduje ukryty w ścianie skarb – sztabki złota, zamurowane tam pewnie przez dziadka Waltza.

Jak widać, tę dominującą opowieść o transformacji, zgodnie z którą przy odrobinie szczęścia i pracy można dojść do dużych pieniędzy, udźwignąć mogą tylko jakieś wzięte z sufitu rozwiązania fabularne.

Ciekawe, że polskie kino nie potrafiło stworzyć choćby minimalnie przekonującego opisu Polski lat 90.

Nawet Krzysztof Kieślowski w Białym, filmie zdecydowanie wyróżniającym się na tle innych produkcji transformacyjnych, odtwarza niezliczone klisze Polski lat 90. jako kraju, w którym wszystko da się kupić, a rzeczywistość nie stawia żadnego oporu.

Kiedy self-made mana jako wzorcowego przedstawiciela klasy średniej wypiera pracownik wielkiej korporacji?

Jakoś w połowie lat 90. Na rynku pojawiają się zagraniczne korporacje; często otwierają tu swoje regionalne siedziby, zatrudniają coraz więcej polskich pracowników. Prasa zaczyna zauważać, że bardzo niewielu osobom udało się zrealizować sen polskiej transformacji, czyli przekształcić jednoosobową bądź rodzinną firmę w większe przedsiębiorstwo, gwarantujące stałe zyski i umożliwiające awans do wyższej klasy średniej. Przedsiębiorstwa zakładane na początku lat 90. zaczynają po prostu padać. Zmieniają się też przestrzenie handlu: bazary, na których wielu aspirujących do klasy średniej przedsiębiorców handlowało na początku transformacji, zaczynają być wypierane przez sklepy firmowe, supermarkety, centra handlowe. Wtedy też w polskich mediach pojawia się negatywny stereotyp „polskiego nuworysza”: osoby obciachowej, która nie dorosła do swojej pozycji społecznej i zamiast zachowywać się jak członek globalnej klasy średniej, pomyka w białych skarpetkach i czarnych mokasynach.

Z twoich badań wynika, że na początku lat 90. białe skarpetki i czarne buty były symbolem statusu – ale bardzo szybko zmieniły się w symbol obciachu, coś, co odróżnia „nieprawdziwego” przedstawiciela klasy średniej od „prawdziwego”.

Tak, to się stało dość szybko, dużo wcześniej, niż mi się początkowo wydawało. Białe skarpetki stały się w moich badaniach papierkiem lakmusowym, ukazującym zmieniające się wyobrażenia o nowej klasie średniej oraz tempo i naturę mechanizmów dystynkcji społecznej. W późnym PRL-u białe skarpetki przywożono do Polski z Niemiec i Turcji. Uważane były wtedy za symbol obycia i nowoczesności – kojarzone z wielkomiejskością, takimi sportami, jak tenis i golf. W wielu sesjach zdjęciowych z początku lat 90. polscy przedsiębiorcy występują w białych skarpetkach do mokasynów, i nie jest to żaden powód do wstydu. Pierwsze artykuły piętnujące właścicieli białych skarpetek pojawiają się około 1994 roku. W pismach, które wcześniej publikowały sesje zdjęciowe biznesmenów w białych skarpetkach, zaczynają się pojawiać teksty o polskich nuworyszach, których można rozpoznać właśnie po tym detalu. Artykuły o białych skarpetkach utrzymane są w zaskakująco poważnym tonie, używają języka dyscyplinującego i zawstydzającego.

To jest według mnie przesunięcie estetyczne o ważnym znaczeniu politycznym i społecznym. W miarę zastępowania w dominującym dyskursie drobnych przedsiębiorców przez „nowoczesną klasę średnią”, a więc głównie pracowników zachodnich firm, część wczesnotransformacyjnych biznesmenów zostaje naznaczona jako niedostatecznie dojrzała.

Potrzeba poniżenia nuworyszy wynikała z pojawiającego się już rozczarowania estetyką transformacyjnych zmian, z poczuciem, że modernizacja nie dokonuje się tak szybko i tak powszechnie, jak tego oczekiwano.

W latach 90. na rynku czasopism powstaje cała nisza zajmująca się edukowaniem klasy średniej, mówiąca jej, jak powinna wyglądać, do czego aspirować, jak się ubierać.

Tak, tych tytułów było dość sporo, choć wiele z nich miało efemeryczny charakter – „Fortuna”, „VIP: Życie w Błękicie” czy „Collection”. Artykuły instruktażowe – na przykład przypominające o tym, że nie wolno nosić białych skarpetek do butów wyjściowych – pojawiają się jednak również w dziennikach i tygodnikach o profilu polityczno-społecznym. Na pewno jednym z ważniejszych pism dla nowej klasy średniej, ukazującym się od 1990 roku do dziś, był „Sukces”. Pierwszy numer otwierał wstępniak, w którym redaktorka określa profil magazynu jako „normalny ilustrowany magazyn” dla normalnego czytelnika. Deklaracja dość zadziwiająca jak na pismo, na którego okładce widnieje półnaga modelka (tego rodzaju rozkładówki, zatytułowane Szansa na sukces, publikowane są w piśmie aż do 1992 roku), a główne artykuły numeru poświęcone są brylantom oraz luksusowym samochodom.

Pismo „Sukces”

Oczywiście retoryka normalności zostaje tu wykorzystana do utwierdzenia transformacyjnej wizji „normalnego” społeczeństwa, w którym głównym celem i przedmiotem aspiracji jest szybkie zarobienie pieniędzy. W tym piśmie doskonale widać też fantomowość polskiej klasy średniej – jest ono skierowane do jej przedstawicieli, składa się z doniesień z życia biznesu, a zarazem cały czas widać tu niepewność co do jej statusu. „Sukces” wypełniony jest więc instruktażami wizualnymi, pouczającymi czytelników, co trzeba robić, żeby wyglądać jak „prawdziwy” biznesmen.

Czy te wzorce zawsze pochodziły z Zachodu? Były imitacyjne?

Według Pierre’a Bourdieu klasa średnia jest zawsze imitacyjna: naśladuje klasę wyższą, próbując jednocześnie się cały czas dystansować od klasy ludowej. Problem w Polsce polegał na tym, że klasa średnia nie miała kogo imitować. Nie było klasy wyższej, nie istniały ustalone wzory zachowania i wyglądu klasy średniej, do których można by się odwołać. Ich miejsce zajmują obrazy zachodniej klasy średniej. Ten kierunek pragnienia nie jest oczywiście niczym nowym, ale w latach 90. znajduje absolutne potwierdzenie w debacie publicznej, codziennych praktykach. Mantrą staje się „zachodnia normalność”.

Skąd pochodzą te obrazy?

Od lat 80. krążą na kasetach VHS, w przywożonych z Zachodu czasopismach, są odbierane przez liczne prywatne anteny satelitarne. Na masową skalę pojawiają się w telewizji po przełomie – znanym i uwielbianym przykładem jest serial Dynastia, emitowany w TVP od lipca 1990 roku – na początku codziennie, później raz w tygodniu. Dziewięć sezonów Dynastii, a więc 220 odcinków, wyemitowano w Polsce w niecałe trzy lata. W pierwszych miesiącach emisji serial śledziło 16 milionów widzów.

Kadr z „Dynastii”

Ale oczywiście istotne są też inne obrazy – zachodnie reklamy emitowane w polskiej telewizji, bilbordy, filmy amerykańskie, zachodnie i południowoamerykańskie tasiemce. Szczególnie ciekawa dla mnie jest też fotografia stockowa, wykorzystywana często do ilustracji artykułów instruktażowych. W zachodniej kulturze wizualnej zdjęcia stockowe pełnią zazwyczaj funkcję niewyróżniającego się tła, oczywiście bardzo istotnego ideologicznie, ale jednak niezatrzymującego naszego oka. W pismach takich jak „Sukces” zdjęcia idealnie ubranych biznesmenów, zapewne „pożyczone” z zachodnich magazynów i baz fotograficznych, miały zwrócić uwagę czytelnika – stać się obrazami do dokładnego, skrupulatnego naśladowania.

Nie było próby stworzenia własnych wzorów klasy średniej?

W pierwszym odcinku ironicznego już wobec nuworyszy serialu Tygrysy Europy Jerzego Gruzy (1999) prezes Edward Nowak (Janusz Rewiński) z czułością zwraca się do powieszonych w swojej willi portretów: „O przodkowie moi, zakupieni na aukcji w hotelu Bristol”. Wzorów poszukiwano oczywiście w wyidealizowanej wizji polskiej przeszłości, szlacheckich korzeniach i kulturze dworkowej.

W 1999 roku Wajda kręci Pana Tadeusza, by – jak mówi – dać genealogię polskiej klasie średniej.

Tak, prezes Nowak recytuje również po pijaku Powrót taty. Mit kultury narodowo-szlacheckiej na pewno odgrywa dużą rolę w drugiej połowie polskiej transformacji, dobrze wpisuje się też w narrację o powrocie do Europy. O ile jednak przodków na aukcji można jeszcze kupić, o tyle w grze w imitację Zachodu polska klasa średnia zawsze jest na przegranej pozycji.

Na ile ta imitacja jest efektem wyparcia tego, co Andrzej Leder nazwał „prześnioną rewolucją”?

Z pewnością, jak wskazuje Andrzej Leder, tożsamość dzisiejszej klasy średniej – grupy niezwykle złożonej, być może zbyt złożonej, by można było mówić o jednej tożsamości – ma korzenie w okresie wojennym i powojennym, jest skutkiem zróżnicowanych przekształceń. Sięgają one jednak również struktur przedwojennych.

Na pewno wyparcie chłopskich korzeni większości polskiej klasy średniej sprawia, że ma ona problem z wypracowaniem własnego, mocnego tożsamościowego projektu.

Składa się na to także wstyd z powodu PRL-owskiego rodowodu większości klasy średniej – klasowego awansu po wojnie, ale i stopniowego dorabiania się w trakcie trwania PRL-u.

Grupą, która pouczała klasę średnią, jaka ma ona właściwie być, była inteligencja. Jak byś opisała napięcia między tymi dwiema grupami na początku lat 90.? Inteligencja wychowuje klasę średnią, zazdrości jej, a może z nią konkuruje?

Na początku lat 90. pojawia się mnóstwo tekstów o zmierzchu inteligencji. Mówi się w nich, że jej czas się skończył, musi wraz z innymi grupami społecznymi dostosować się do nowych warunków i zadowolić zawodami uważanymi za prestiżowe, ale słabo wynagradzanymi – na przykład pracą na uniwersytecie. Te teksty pisane są z pozycji inteligenckich i mówią o konieczności przekazania pałeczki klasie średniej. Jednocześnie bardzo szybko w mediach głównego nurtu pojawia się język pouczania i zawstydzania tych, którzy nie potrafią odnaleźć się w nowym systemie, nie dorastają do idealnego wzorca klasy średniej. Inteligencja znajduje sobie nową rolę – ekspertów zaznajomionych z kulturą zachodnią, dobrymi obyczajami i gustami, najlepszymi rozwiązaniami politycznymi itd. Można wręcz odnieść wrażenie, że inteligencja cieszy się, że transformacja nie przebiega tak sprawnie, jak powinna, i że dzięki temu ciągle ma kogo pouczać.

Przypomina to opisaną przez Homiego Bhabhę dynamikę mimikry (to kategoria zaczerpnięta przez Bhabhę z biologii) występującą w koloniach. Z jednej strony nowa władza stara się stworzyć takie warunki, by podmioty kolonizowane upodobniały się do kolonizatorów; z drugiej strony kolonizator boi się, by skolonizowani za bardzo go nie przypominali. By podtrzymać struktury władzy, konieczne jest raczej podtrzymywanie w nieskończoność procesu naśladowania. Ideałem jest więc wytworzenie „podmiotu prawie takiego samego, ale nie całkiem”. Nadreprezentacja tekstów o niedorastających do wzorca klasy średniej nuworyszach jest bardzo symptomatyczna – tak jakby polska inteligencja perwersyjnie cieszyła się, że ciągle są podmioty „prawie takie same jak te zachodnie, ale nie całkiem”.

Ten problem „podmiotów takich samych, ale nie całkiem” znajduje analogię w walce, jaka na łamach prasy lat 90. toczy się z „przedmiotami takimi samym, ale nie całkiem” – czyli podróbkami znanych marek.

Tak, bój przeciwko podróbkom jest kolejną areną walki toczonej absolutnie na serio przez polskich dziennikarzy. W dziennikach i tygodnikach lat 90. znalazłam mnóstwo artykułów, których celem było przekonanie czytelników o konieczności kupowania oryginalnych towarów. To nie było łatwe zadanie. Jak wytłumaczyć czytelnikom, by wydali kilka albo może i kilkanaście razy więcej na oryginalne dżinsy czy buty wyglądające niemal identycznie jak podróbka? W dodatku przed 1989 rokiem świadomość marki była wśród konsumentów bardzo niska. Liczyło się przede wszystkim to, że towar trafił do nas z Zachodu. Wyższość oryginałów nad podróbkami i niemarkowymi przedmiotami została szybko uznana w prasie za oczywistą, praktyki kupowania takich produktów były piętnowane. Czytelników szkolono więc w rozpoznawaniu podróbek – sprawdzaniu metek, szwów, instrukcji obsługi sprzętu. Przede wszystkim jednak zaleca się rezygnację z zakupów na bazarach na rzecz sklepów firmowych. Oczywiście dobrze opisuje to również los polskiej klasy średniej: rozpięty między marzeniem, by stać się taką samą klasą średnią jak zachodnie mieszczaństwo, a strachem, że ostatecznie będzie jedynie jej marną podróbką.

Czy to napięcie między inteligencją a idącą w górę klasą przedsiębiorców nie jest odzwierciedleniem walk między starą a młodą klasą średnią? Badania Domańskiego pokazują, że ostatecznie na przemianach bardziej zyskała inteligencja nietechniczna, wcale nie drobni przedsiębiorcy.

Istnieją badania potwierdzające, że dzięki dysponowaniu odpowiednim kapitałem kulturowym inteligencja łatwiej wchodzi w drugą falę przemian: dopasowuje się do struktur korporacyjnych, jakie zaczynają w Polsce dominować pod koniec lat 90. Ciekawy pod tym względem jest wspomniany przeze mnie film Falka. Jego bohater, doktor socjologii, wraca po pobycie na stypendium w Stanach Zjednoczonych do Polski. Gdy dowiaduje się, ile ma wynosić jego pensja na uczelni, bierze się do różnych biznesów: od punktu ksero przez smażalnię frytek do biura matrymonialnego. Jednak nie odnajduje w sobie drygu do handlu i kombinowania. Gdy jest już na skraju zupełnego bankructwa, z pomocą przychodzi Zachód. Dostaje dużą nagrodę pieniężną za książkę napisaną podczas pobytu na stypendium i dzięki temu może wrócić do pracy na uczelni i zapewnić swojej rodzinie godziwy poziom życia. To jest opowieść z happy endem o dostosowywaniu się polskiej inteligencji do nowych realiów.

Kadr z filmu Falka

Jak to zwycięstwo „inteligencji korporacyjnej” przekłada się na obrazy?

Od jakiegoś czasu próbujemy z Mateuszem Halawą rozkręcić projekt badawczy o przemianach polskiej kultury wizualnej od połowy lat 80. – narodzinach „polskiego realizmu kapitalistycznego”. To, o co pytasz, to byłaby chyba jego druga faza. Około 2000 roku wykształca się nowy, przezroczysty styl klasy średniej: meble z Ikei, ubrania z zachodnich sieciówek, renderingi grodzonych osiedli, sushi. Wszystkie te elementy, które wracają ciągle w dyskusji o polskiej klasie średniej.

Mówiąc metaforycznie, niedojakość i przaśność Polsatu zostaje w sferze publicznej zastąpiona przezroczystością TVN-u.

Klasa średnia zaczyna wytwarzać narracje o sobie za pomocą takich seriali jak Magda M. czy komedii romantycznych na podstawie powieści Katarzyny Grocholi. Są to schematyczne i proste opowieści pokazujące już ułożony świat po transformacji, w którym wszystkie karty klasowe zostały rozdane, a jedynymi rozterkami są problemy sercowe. Takiej wizji można przeciwstawić wizję świata z Polsatu przełomu wieków. Pojedynek estetyczny jest oczywiście częścią tego, co nazwałeś walką o hegemonię wewnątrz polskiej klasy średniej.

Nie masz wrażenia, że mamy właśnie do czynienia z reakcją na wieloletnią dominację tej przezroczystości? Z jednej strony hipsterka, z drugiej kultura koszulek z żołnierzami wyklętymi, dziar z kotwicą Polski podziemnej itd.?

Jasne, to jest jakaś próba poszukiwania własnej tożsamości i wyraz buntu przeciwko nieprzystawalności przezroczystych obrazów z TVN-u do rzeczywistości za oknem. Hipsterka i środowiska patriotyczne wydają się zresztą dwoma odpowiedziami na dekadę Polski w Unii Europejskiej. Z jednej strony mamy próbę wytworzenia wizualnej tożsamości już naprawdę niewiele różniącej się od tej na Zachodzie – za zasłoną z brody i tatuaży nikt nas może nie odróżni. Z drugiej istniejący oczywiście od początku lat 90., ale teraz sprawnie komercjalizowany, powrót do tożsamości narodowej – na stronie Redisbad.pl koszulki z orłem czy napisem „Polak-Węgier Dwa Bratanki” reklamują fajne dziewczyny (ładnych modeli niestety nie ma, męskie ubrania reklamują się same). Ciekawe zresztą, że i hipsterzy, i środowiska patriotyczne kochają tatuaże – może wymalowując tożsamość na ciele, chcą podkreślić, że nie da jej się wymienić jak transformacyjnych garniturów? A może po prostu lubią obrazki.

Od początku transformacji minęły dwie dekady. Masz wrażenie, że klasa średnia dalej tkwi w pułapce mimikry i podróbki? Czy wydobyła się z niej i jakoś okrzepła?

Chyba jednak cały czas w niej tkwi. Pytanie brzmi, czy można się z niej w ogóle wydobyć i czy warto? Dla mnie jednak najgorszą pozostałością transformacyjnych lekcji, które odbierała klasa średnia w latach 90., jest wiara w skrajną prywatyzację. Wpajane wtedy przekonanie, że wszystko możemy, a nawet powinniśmy, osiągnąć sami, panuje w Polsce do dziś. Części polskiej klasy średniej wciąż wydaje się, że sama sobie zarobi na prywatną służbę zdrowia i edukację (byle tylko pieniędzy nie kradło jej państwo) – nadal jest więc zapatrzona w klasę wyższą, którą na to wszystko stać. Klasa średnia ciągle nie potrafi rozpoznać siebie jako politycznego podmiotu, zdefiniować swoich interesów i wejść w sojusze, by ich bronić. Tylko że teraz, gdy zablokowanych jest wiele ścieżek kariery, gdy następuje skrajna prekaryzacja rynku pracy, będzie musiała to zrobić, bo inaczej zginie.

dr Magda Szcześniak – kulturoznawczyni. W kwietniu 2015 roku w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego obroniła z wyróżnieniem doktorat pt. „Wizualne konstruowanie tożsamości w polskiej przestrzeni publicznej po 1989 roku”. Publikowała m.in. w „Tekstach Drugich”, „Kontekstach”, „Dialogu”,  „Krytyce Politycznej”, „Kwartalniku Filmowym”, „Kulturze Współczesnej” oraz w tomach zbiorowych.

***

„Krytyka Polityczna” nr 42!

W tym numerze „Krytyki Politycznej” przyglądamy się polskiej klasie średniej. Skąd się wzięła, dokąd zmierza, a może jest tylko naszym złudzeniem? W 1993 roku socjolog Edmund Mokrzycki zauważył, że w Polsce klasa średnia jest bytem raczej ideologicznym niż empirycznym. Czy po 25 latach budowania w Polsce społeczeństwa klasy średniej byt ten stał się choć odrobinę bardziej namacalny? Jak to wygląda w porównaniu z Rosją, w której ostatni raport Banku Światowego do klasy średniej zaliczył 60% społeczeństwa (dwukrotniej więcej niż jeszcze 10 lat temu), i Stanami Zjednoczonymi, gdzie o zmierzchu klasy średniej dyskutuje się od połowy lat 70? Rozmawiamy z socjologami, antropologami kultury, śledzimy wzlot i zmierzch kariery białych skarpetek, przyglądamy się kolorowej prasie i filmom, w których znalazły się portrety polskich przedstawicieli tej klasy. Zastanawiamy się nad przyszłymi scenariuszami jej politycznych wyborów.

Edwin BENDYK / Maciej GDULA / Magda SZCZEŚNIAK / Jakub MAJMUREK / Henryk DOMAŃSKI / Aleksandr BIKBOW / Jakub DYMEK / Guy STANDING / Cezary WODZIŃSKI / Joanna WOWRZECZKA / Slavoj ŻIŻEK

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.