Film

Zygmunt: Moja pierwsza jedenastka (2)

Miałem ogromne szczęście albo tegoroczna edycja festiwalu Nowe Horyzonty we Wrocławiu była najlepszą z dotychczasowych. Druga część filmowego rankingu Michała Zygmunta.

“Wirtualna wojna”, “Mondomanila”, “Marina Abramović” – zobacz, jakie filmy zajęły miejsca od 11 do 7 w nowohoryzontowym rankingu Michała Zygmunta  

Miejsce 6: Miłość (Francja/Austria/Niemcy 2012), reż. Michael Haneke

Na uroczystości otwarcia festiwalu Nowe Horyzonty Roman Gutek zapowiedział Miłość jako najlepszy film Michaela Haneke. Podobne głosy dochodziły od wstrząśniętej publiczności. Nie zgadzam się z nimi. Haneke, rzecz jasna, słabego filmu nakręcić nie jest w stanie, stworzyłby rzecz świetną, nawet gdyby zrzucono go na bezludną wyspę z kamerą, taśmą i odczynnikami. Miłości brak jednak tego, co do tej pory było najsilniejszą stroną kina austriackiego mistrza – brutalnego, acz głęboko moralnego odarcia ze złudzeń dotyczących ludzkiej kondycji.

Historia starca opiekującego się niedołężniejącą stopniowo żoną z pewnością jest szokująca dla widzów zachodnich, przywykłych do świata, w którym starość, słabość i chorobę wypiera się ze społecznej świadomości, izolując je w specjalistycznych placówkach, będących faktycznie zbiorowymi umieralniami. W Polsce niemal każdy ma historię niedołężnego, starzejącego się czy chorującego śmiertelnie członka rodziny oraz wiążącą się z nią historię opiekuna, któremu to poświęcenie pożera najczęściej całość wolnego czasu; w biednym kraju brak prawdziwych zasiłków, trzeba też zarabiać pieniądze. Dla polskiego widza wartością może być tu tylko odwrócenie ról – to na mężczyznę spadają tradycyjnie kobiece role karmicielki, opiekunki i pielęgniarki.

Kobiece marzenie o dobrej śmierci: Kinga Dunin o filmie Hanekego

Razi też u Hanekego wątek klasowy. Jak na emerytowanych nauczycieli gry na pianinie bohaterowie są zaskakująco bogaci. Mieszkają w ogromnym, wypełnionym antykami apartamencie w centrum Paryża, a pieniądze ani przez chwilę nie są problemem, nawet przyjdzie im – nieoczekiwanie – zapłacić zwolnionej pielęgniarce osiemset euro w gotówce, a pomagającemu w codziennych sprawunkach i naprawach konsjerżowi wcisnąć kolejny zwitek banknotów. W czasach ostrego kryzysu taka sytuacja zdaje się mocno odrealniona. Cóż, tym razem Haneke nie okazał się doskonały, a jedynie bardzo dobry. Wciąż natomiast zachwycają precyzyjna, chłodna kompozycja kadrów, spójność historii, nienachalna symbolika i mistrzowskie prowadzenie aktorów. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla koneserów. Kinowa premiera filmu 2 listopada.

Miejsce 5: Bestie z południowych krain (USA 2012), reż. Benh Zeitlin

Absolutny przebój tego sezonu, obsypany nagrodami od Sundance (nagroda główna) po Cannes (Złota Kamera za debiut, wyróżnenia FIPRESCI i Jury Ekumenicznego). Wszędzie, gdzie się pojawiał, wywoływał cud, który częstością występowania dorównuje odnalezieniu czterolistnej koniczyny i trafieniu szóstki w totka, a mianowicie jednogłośny zachwyt krytyki i publiczności. Zjawisko takie zwykle świadczy o arcydziele. I tak jest w tym przypadku.

Publiczność wrocławska, zgodnie z przewidywaniami, również na punkcie Bestii… zwariowała: na pokazywane w sześciusetosobowej sali projekcje dostać się można było tylko w ciągu kilkudziesięciu sekund od startu systemu rezerwacji, a opuszczający seans widzowie gromadnie posmarkiwali i ocierali łzy.

Bestie… to film niesamowity – od początku do końca rozegrany w jednostajnym, szybkim tempie. Historia sześcioletniej Hushpuppy (fenomenalna rola dziecięcej aktorki), żyjącej w luizjańskiej wiosce broniącej się przed powodzią i ingerencją federalnej władzy, to nieco naiwna, ale ujmująca baśń o wolności, zagubionej międzyludzkiej szczerości i pięknie prostoty. Jeśli w sztuce idzie o poszukiwanie Prawdy, Zeitlin zbliżył się do ideału. Młody Amerykanin udowodnił, że o kryzysie i codziennych trudnościach można opowiedzieć w sposób jednocześnie prawdziwy, optymistyczny i piękny. Film wchodzi do polskich kin 12 października.

Miejsce 4: Raj: Miłość (Austria/Niemcy/Francja 2012), reż. Ulrich Seidl

Najnowszy film Seidla podsumował nowohoryzontową retrospektywę Austriaka, również notującą rekordową widownię. Fani jego twórczości odnajdą w Raju wszystko, co ich w niej dotąd zachwycało: dystans, chłód, paradokumentalną manierę, tematy niewygodne dla zachodniego mieszczaństwa. Kobieta po pięćdziesiątce, ani biedna, ani bogata, wedle zachodnich standardów nieatrakcyjna (wiek, nadwaga), wyjeżdża na wakacje do Kenii, gdzie w towarzystwie podobnych koleżanek wpada w ramiona umięśnionych, ciemnoskórych kochanków. Nic nie jest jednak tak proste i oczywiste, jak się wydaje…



Raj: Miłość to ciekawy głos w dyskusji o turystyce seksualnej, w którym brak jednoznacznych wyroków i taniego moralizatorstwa. Seidl nigdy zresztą nie dał się poznać jako moralista. Austriak niczym fotograf oddaje nam kadry ujmujące świat taki, jakim jest on naprawdę, pozostawiając widzom pytanie o nadzieję. Warto oglądać Raj: Miłość, czytając równolegle reportaże Jennie Dielemans o przemyśle turystycznym i Platformę Michela Houellebecqa. Trzeci Świat jest tu dla białego człowieka strefą przyjemności, miejscem, w którym nie ma prawa zaistnieć żaden z problemów dotykających go w domu. Sztuczne światy mają jednak skłonność do implozji… Sto trzydzieści minut projekcji tego niespiesznego filmu mija błyskawicznie. W kinach już 7 września. 

Miejsce 3: Pokój 237 (USA 2012), reż. Rodney Ascher

Czarny koń festiwalu. Przed imprezą mało kto słyszał o tym filmie, a już drugiego dnia wzbudził ogromne zainteresowanie i żywiołowe dyskusje. Pokój 237 to pasjonująca interpretacja Lśnienia Stanleya Kubricka, a właściwie kilka interpretacji w wykonaniu absolutnych maniaków kina, oglądających film po kilkaset razy, skupiających się nie na biegu fabuły, a na drugo- a czasem trzecioplanowej przestrzeni kadru. Lśnieniowi maniacy wychwytują malutkie obrazki widniejące w lewym górnym roku, puszki z proszkiem do pieczenia nad głową Jacka Nicholsona, makatki z wizerunkami indiańskich wodzów; chwycą się wszystkiego, byle tylko udowodnić swoje tezy.

Wśród interpretacji sensownych (Lśnienie jako film o zagładzie Indian i związanymi z nią amerykańskimi wyrzutami sumienia) pojawiają się i absurdalne (Lśnienie jako coming out Kubricka: „lądowanie Apollo na Księżycu to fałsz, to ja je nakręciłem”). Naukowa precyzja miesza się ze spisową psychozą. Znakomity film o miłości do sztuki graniczącej z szaleństwem i największa kopalnia wiedzy na temat Lśnienia.

Miejsce 2: Holy Motors (Francja 2012), reż. Leos Carax

„O czym to jest?” kontra „Fenomenalny pomysł!”. „Efektowna bzdura” kontra „Rewelacja!”. Po projekcji Holy Motors w kuluarach słyszało się tylko skrajne opinie. Nic w tym dziwnego. To śmiały wizualnie, surrealistyczny film, superprodukcja, o jakiej marzy nowohoryzontowa publiczność; bo dzieło to niejednoznaczne, zmysłowe, niepozostawiające miejsca na obojętność. W warstwie fabularnej to właściwie zbiór około dziesięciu nowel (dokładna liczba zależy od interpretacji), w których ten sam główny bohater o imieniu Oskar wciela się w kolejne role.

Obwożony po mieście w ekskluzywnej limuzynie, bliźniaczo podobnej do tej z Cosmopolis Cronenberga (podobieństwo także w klimacie obu filmów), odbywa kolejne „spotkania” polegające na odgrywaniu określonych ról, wzmocnionych perfekcyjną charakteryzacją. Najpierw jest staruszką, potem aktorem motion capture tańczącym w błękicie pośród podczerwonych promieni… Reszty nie zdradzę, odkrywanie kolejnych wcieleń bohatera to jedna z ważniejszych estetycznych przyjemności obcowania z Holy Motors. Każda z historii naładowana jest symbolami (w mojej ulubionej pojawia się nawet Pieta), każda skrzy się od efektownych scen (krwawe liźnięcie pachy Evy Mendes!).

Brak temu filmowi fabularnej jednolitości, a kończy się wręcz absurdalnie, słowem – krytyka pod hasłem „efektowna bzdura” byłaby nawet zrozumiała, gdyby to wszystko nie było tak pięknie nakręcone i gdyby nie składało się w tak hipnotyczną całość. W Holy Motors trzeba się po prostu zakochać. Sprawdźcie, czy was to czeka, czy dołączycie do grona rozczarowanych. W polskich kinach ma pojawić się jeszcze w tym roku.

Miejsce 1: Gra (Szwecja/Dania/Finlandia 2011), reż. Ruben Östlund

Najlepszy film festiwalu ukrył się w omijanej przez większość publiczności sekcji „Sezon 2011/12”. Dlaczego? Bóg raczy wiedzieć, bo co prawda wyprodukowano go w zeszłym roku, ale polska premiera kinowa dopiero przed nami – 5 października. Grę obejrzałem w wideotece dla mediów tylko dlatego, że katalogowy opis pasował mi do dokumentacji własnego projektu. Lepszej decyzji nie mogłem na tym festiwalu podjąć.

Gra nasuwa skojarzenia z Funny Games: oto grupka ciemnoskórych nastolatków z przedmieść zaczepia młodszych od siebie białych chłopców z klasy średniej. Przedmiotem zaczepki jest telefon, zdaje się, że chodzi o kradzież, ale czy na pewno? Postępowanie antagonistów nacechowane jest agresją, bardzo jednak specyficznie kanalizowaną. Widz trwa w napięciu, bohaterów ogarnia przerażenie, ale czy słusznie? Tu nic nie jest pewne, żadna konwencja nie jest trwała, wszystko jest jednym wielkim znakiem zapytania.

Oprócz intrygującej fabuły mamy tu konsekwentnie pomyślaną formę. Östlund osadził film na serii bardzo długich, nieruchomych ujęć, w których przez wiele minut rozgrywają się poszczególne sekwencje dramatu. Jeszcze rok temu nie miałem pojęcia, kim jest ten reżyser filmu, dziś już zaczynam wypatrywać jego kolejnej produkcji. Fenomenalny film o ciemnej stronie społeczeństwa dobrobytu.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.