Film

Żuławski: Trzy obrazki z życia

Przypominamy fragment wywiadu rzeki z Andrzejem Żuławskim, który przeprowadzili Piotr Kletowski i Piotr Marecki.

Piotr Kletowski: Panie Andrzeju powiedzmy, że kręci pan film o sobie, o swoim życiu, jakie byłoby pierwsze ujęcie tego filmu?

Ja bym w życiu nie nakręcił filmu o sobie. Z kilku powodów, także etycznych. Uważam, że tego się nie robi. Natomiast z drugiej strony, jestem bardzo oporny, bardziej w literaturze zresztą niż w kinie, wobec opowiadania o czymś, o czym się nic nie wie, czego się nie zna. Więc nie lubię rzeczy, które są totalnie wyssane z palca. Na szczęście, jeżeli się człowiek uważnie przyjrzy większości tego, co zostało zrobione – czy to w kinie, czy w literaturze – to widać, że to nie jest nigdy zupełnie wyssane z palca, że to ma korzenie i nawet filmy Spielberga są głęboko zakorzenione, powiedzmy, w jego dzieciństwie czy też w tym, co się nazywa amerykańską kulturą masową z jej całą mitologią i przeszłością.

Jednakże w życiu nie zrobiłbym filmu o sobie, w związku z tym nie jestem panu w stanie powiedzieć, co byłoby jego pierwszym ujęciem.

Piotr Marecki: A nie uważa pan, że w literaturze pisze pan cały czas autobiografię?

Dlatego powiedziałem, że bliższe mi jest takie rozumienie literatury, tu pan trafia, ale ja nie piszę autobiografii, piszę autopowieści. Ktoś to tak nazwał kiedyś i wydało mi się to terminem właściwym. Dlatego że, widzi pan: zastanówmy się nad tym, co jest w pełni dokumentalnie prawdziwe, na zasadzie „tak było po prostu”, a co jest sfikcjonalizowaniem tejże rzeczywistości? Momentami to jest bardzo, bardzo trudne. Widziałem, jak pan błysnął okładką książki Lity bór, która jest celnym przykładem na to. W tej książce opisywałem zabicie syna Bolesława Piaseckiego w piwnicy przy ulicy Mokotowskiej. Otóż, jak wiadomo jego ciała wcale tam nie znaleziono, znaleziono je zupełnie gdzie indziej. A z kolei, czy ja znałem tę piwnicę? I czy ona znajduje się niedaleko od szkoły Metodystów? Tu wszystko się zgadza. Więc rzeczywistość służy fikcji, a fikcja z kolei służy temu, żebyśmy tę rzeczywistość rozumieli. To jest wymiana.

PK: No dobrze, ale czy to znaczy, że w literaturze wszystko wolno, a w kinie już nie? Czy są jakieś granice w kinie?

Są granice, jest ich kilka. W literaturze wolno wszystko, bo na wszystko w końcu znajdzie pan wydawcę, jeżeli to nie jest kompletna, bezsensowna bełkotanina – a to też znajduje czasem wydawcę. Poza tym literaturę raczej się chłonie w pojedynkę. Mimo prób udostępniania tego w różnej innej formie książka jest jednak przedmiotem, który bierze się do rąk samotnie. Filmu się nie bierze do rąk. Film, aby w ogóle można go było obejrzeć, przechodzi przez najrozmaitsze cenzury. Nie chodzi tylko o cenzurę autora, bo w literaturze ta występuje równie często, ale o cenzurę tych, którzy ten film razem z autorem robili, czyli producentów, aktorów, scenarzystów, jeżeli są, ekipy, która się temu przygląda itd. To są cenzury czasem brutalne, czasem subtelne, ale one się tak warstwami nakładają. Czyli powiedziałbym, że z pozoru kino jest o wiele mniej wolne, o wiele mniej swobodne, ma zakres swobody zależny od czasów, jakie opisujemy, od lat w których powstaje… I dzisiaj też ma dosyć określone granice.

PM: Mówi pan też, że kino jest medium głupszym niż literatura, dlaczego?

Tak, chociaż słowo głupszy jest niezupełnie…

PM: To są pańskie słowa.

Ja wiem, ale czasem używa się słów, prawd, takiego wytrychu, czegoś, co jest łatwiejsze. Uważam, że kino jest, ogólnie rzecz biorąc, głupsze od literatury i na dowód tego mogę podać bardzo wiele przykładów np. kilka tysięcy stron Marcela Prousta W poszukiwaniu straconego czasu, gdzie z subtelnością doprowadzoną momentami do totalnego obłędu, do absurdu, analizuje się stany duszy ludzkiej, jednocześnie konstruując coś w rodzaju – jak to Francuzi nazywają, bo się puszą – katedry życia społeczno-obyczajowego. I ta katedra kwitnie, kwitnie, a potem się rozpada, rozlatuje i zostaje gruzowisko, jak w ostatnich partiach Sodomy i Gomory. To jest konstrukcja, na jaką kino w ogóle nawet nie zamierza się porywać. No, bo kto wytrzyma w sali kinowej lub przed DVD, powiedzmy, miesiące filmu o tym samym? Nikt.

PK: Stąd biorą się porażki wszystkich filmowych wersji prozy Prousta?

Niekoniecznie, bo proszę zwrócić uwagę, że te filmowe adaptacje dotyczą przeważnie jednej tylko części tej gigantycznej powieści i to części najbardziej powieściowej: W stronę Swanna, o Odetcie. To się układa w małą powieść, a małe powieści zwykle się łatwo filmują. Trudność polega tu na czym innym. Trudność dla panów, którzy się na to porywali (ja w życiu bym się nie porwał), polega na tym, że Proust istnieje na ekranie jako człowiek, jako postać, a przecież jego w sensie fizycznym nie ma. On jest Ja, które jest Ja piszącym, ale nie Ja aktorem. Prawda? Więc takie uobiektywnienie czegoś, co jest najgłębiej subiektywne w historii literatury – może oprócz Dzienników Kafki – jest po prostu w kinie niemożliwe. Teraz, czy to jest oznaka głupoty? Niekoniecznie, to jest oznaka koniecznych uproszczeń, których film się domaga, żeby w dwóch czy maksymalnie trzech godzinach zmieścić w ogóle cokolwiek.

Traktuję głupotę kina bardziej ogólnie, to nie jest głupota poszczególnych filmów, to jest głupota tego medium…

PM: Medium?

Tego medium, tego przemysłu, tego zamysłu, zamachu na świat, na jego urodę, na jego brzydotę, jego wulgarność, piękno, na jego co pan chce, na jego wojny, na jego literaturę też.

PM: Wróćmy do pierwszego pytania. Przyznaliśmy sobie, że pan nie pisze autobiografii, ale autopowieści. A gdyby zapytać o pierwszą scenę właśnie autopowieści, którą pan realizuje jako swój projekt literacki, co to będzie za scena?

To jest już prostsze pytanie, dlatego że ja te obrazy spisałem. Tylko z jednym zastrzeżeniem, nigdy się nie zaczyna niczego od takich właśnie obrazów. Zaczynanie „od Adama”, jest tym, na czym pada większość tzw. wspominków czy wspomnień: „Gdy urodziłem się była ładna pogoda, mój ojciec wyszedł do lasu, a ja…”. To natychmiast zniechęca do dalszego czytania. Dlaczego ten człowiek ma od pierwszej linijki zajmować swoją osobą? Może lepiej opowiedzieć najpierw coś ciekawszego, a potem subtelniej siebie w to jak gdyby wmontować? Ja te pierwsze sceny, które mnie poraziły, pamiętam tak bardzo dokładnie, jak je opisałem w różnych książkach. Na szczęście nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby pisać pamiętnik czy autobiografię i dlatego one nie są napisane „od Adama” czy po kolei, tylko porozrzucane. Ponieważ książek jest dwadzieścia cztery, to można w nich znaleźć różne pierwsze sceny. Z wielkim trudem i dopiero po latach zdarzyło mi się pisać o tych pierwszych obrazach, i z wielkim trudem wciąż do dzisiaj o tym mówię, choć mam już lat, więc powinienem się był przyzwyczaić do tych rzeczy i powinno mi być łatwiej. Ale jakoś nie jest.

Otóż są chyba trzy takie obrazy. Pierwszy znam z relacji mojej matki, która wiele lat później wyjaśniła mi, o co chodziło. Było to we Lwowie i matka szmuglowała w moich pieluchach, a byłem roczny czy półtoraroczny, bo dość długo sikałem w te majty, szmuglowała w moich pieluchach tak zwaną bibułę AK, którą zresztą mój ojciec redagował. I zostaliśmy ujęci w łapance. Pamiętam jak oficer niemiecki, znaczy ja nie wiedziałem, że to jest oficer, widziałem, że to jest człowiek wysoki w mundurze, w tym deszczu strasznym… Pamiętam szarpaninę, brutalność tego, jak on matkę wepchnął do sracza jakiegoś, kamienicy, domu przy jakiejś restauracji, kompletnie nie wiem. Pamiętam tylko dokładnie, że matka miała białe, króciutkie futerko z królików czy z czegoś na sobie, które ja lubiłem. I ono było za krótkie, żeby mnie schować. I ten oficer wepchnął nas do sracza i zarzucił na nas swój płaszcz, taki mokry, duży jak namiot, schował nas po prostu. Dlaczego mówię, że było ciemno? Dlatego, że zgasił światło w korytarzu, pamiętam jak to zrobił.

Pamiętam dokładnie, że ten płaszcz był mokry, że się strasznie bałem, że matka się strasznie bała, trzęsła się, i że prawdopodobnie powiedział, żeby zamknąć gębę i nic nie mówić. Pamiętam też zapach tego płaszcza. I on nam uratował życie. Może matka mu się spodobała? Była bardzo ładną, młodą kobietą.

Nie wiem, co było dalej, ale wiem, że wszystko się skończyło pomyślnie, skoro siedzę na kanapie i o tym rozmawiamy.

Drugi obrazek pamiętam bardzo dokładnie i znowu to dziwne, bo oba te obrazki są deszczowe. Mieszkaliśmy w domu, który był blisko granicy miasta. Były tam sady, takie działki, ogródki. Przez te ogródki przemykają bardzo mali ludzie, w pałatkach do ziemi mokrych. To było wejście Armii Czerwonej. Myśmy na to patrzyli z piwnicy i pamiętam, że okno było pod samym sufitem, szyba była wytłuczona i ojciec mnie chyba trzymał na rękach, abyśmy na to patrzyli. Nie wiem dlaczego tak dokładnie to zapamiętałem. Jak gdyby było wiadomo, że coś będzie zupełnie inaczej od tej chwili, inaczej od tego, do czego byliśmy przyzwyczajeni.

A trzeci obrazek, który pamiętam dokładnie, to z kolei obrazek słoneczny. Rodzice zostawiali mnie w domu we Lwowie samego. Matka pracowała za niemieckich czasów w jakiejś tam instytucji zajmującej się domami starców, a ojciec karmił wszy u profesora Weigla. Potem był preparatorem. Więc ja byłem bardzo długo w ciągu dnia sam. Pamiętam, jak była słoneczna pogoda, zostawili balkon otwarty, z jednej strony były te ogródki, z drugiej strony była ulica i ta ulica kończyła się wałem ziemnym i drzewami. I pamiętam, że na balkon z drugiej strony wychodziła dziewczynka w moim wieku, która się bawiła lalką czy czymś i też pewnie była sama w domu. I myśmy zaczęli wymieniać się spojrzeniami, okrzykami, śmiechami, bo było nam nudno. Mogliśmy mieć, nie wiem, po trzy lata, trzy i pół?

I pamiętam, jak ona pewnego dnia wrzasnęła coś do mnie w języku, którego nie rozumiałem. Pewnie odkrzyknąłem, nie pamiętam co. Ona krzyknęła to samo jeszcze głośniej, a dołem przechodzili Niemcy. Pamiętam takiego pana oficera w czarnym mundurze, on się tak obejrzał na nią i coś tam powiedział. Niemcy weszli do jej domu od dołu, ja się schowałem i nigdy więcej już jej nie zobaczyłem.

Prawdopodobnie krzyknęła coś w jidysz. I nie wiem, dlaczego to zapamiętałem, bo przecież nie wiedziałem, co to są Żydzi, nie wiedziałem, że nie należy krzyczeć po żydowsku. Rodzice ukrywali dwóch przyjaciół Żydów na strychu, ale ja o tym nie wiedziałem, bo oni mi nie powiedzieli. Dowiedziałem się o wszystkim po fakcie.

I pamiętam niestety, jak pod tym wałem ziemnym widziałem rozstrzelanie dużej grupy ludzi. W ciągu dnia Niemcy przyjechali i kazali im kopać rów, pamiętam, jak chlapali wapnem tak na całą gębę i potem ich rozwalali. To są te bardzo pierwsze obrazki.

Całość rozmowy w książce Żuławski. Przewodnik Krytyki Politycznej.

 

**Dziennik Opinii nr 52/2016 (1202)

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco