Film

Zrałek-Kossakowski: Miłość. Pomiędzy

Yass był momentem pomiędzy. Pomiędzy systemami, narracjami, tradycjami i strategiami uprawiania muzyki.

Był taki czas w Polsce, kiedy niewiele rzeczy było oczywistych. Kończyła się właśnie jedna wielka narracja, jaką był PRL, a kolejna – narracja późnej nowoczesności – nie zaczęła się jeszcze na dobre. Był to taki czas pomiędzy. I właśnie wtedy powstało w polskiej muzyce mniej lub bardziej niepokornej, alternatywnej i niezależnej zjawisko zwane „yassem”.

Yass był dość szalonym i osobnym momentem polskiej muzyki, rozciągniętym gdzieś pomiędzy dwoma całkowicie odmiennymi okresami. Pierwszym opartym na mniej więcej jasnych podziałach gatunkowych i subkulturowych. Drugim: oddolnym, silnie środowiskowym i sieciowym (o muzyce związanej z wielkimi koncernami płytowymi wspominać tu nie ma potrzeby). Yass był momentem pomiędzy. Pomiędzy systemami, narracjami, tradycjami i strategiami uprawiania muzyki.

Jednym ze współtwórców tego charakterystycznego i wyjątkowego gatunku muzycznego był trójmiejski zespół Miłość. Zespół zjawiskowy, zespół legenda.

Studenci anglistyki, malarstwa, szkół muzycznych. Poeci, muzycy zawodowi, muzycy amatorzy i performerzy. Ryszard „Tymon” Tymański, Mikołaj Trzaska, Leszek Możdżer, Jacek Olter, Maciej Sikała, Jerzy Mazzoll. Miłość. Nie do końca i już nie jazz, nie do końca i już nie punk. Nie do końca i jeszcze nie: multum najróżniejszych kierunków eksplorowanych do dziś przez Tymona Tymańskiego, Leszka Możdżera, Mikołaja Trzaskę, Macieja Sikałę…

Film Filipa Dzierżawskiego opowiada historię Miłości. Opowiada ją w dwóch czasach. Pierwszy to znakomicie odtworzona i zmontowana z materiałów archiwalnych przeszłość zespołu – od jego powstania w roku 1988 do roku 2002, czyli do momentu samobójczej śmierci genialnego perkusisty grupy Jacka Oltera, która ostatecznie zakończyła działalność Miłości. Czas drugi to rok 2009, kiedy część z żyjących muzyków zespołu spotyka się ponownie. Spotykają się, żeby znów po latach wspólnie pograć, a może nawet zagrać koncert, może nawet ruszyć w trasę, może nawet nagrać płytę… Oba te czasy w filmie się przeplatają i tworzą naprawdę ciekawą i dobrze zrealizowaną narrację. Ale ten film to nie tylko historia pewnego zespołu. To także opowieść o tym, jak przez około 20 lat – czyli w czasie pomiędzy – zmieniła się polska scena muzyki (z braku lepszego słowa) nazywanej niezależną, w jak różnych kierunkach od lat 90. się rozwinęła.

Historię tę poznajemy przez znakomicie nakreślone portrety muzyków. To niezwykłe, że w skład Miłości wchodziły tak różne postaci. Członków zespołu różniło prawie wszystko: przygotowanie i wykształcenie muzyczne, systemy wartości, temperamenty, poglądy na to, czym w ogóle jest muzyka. Symptomatyczne jest także i to, jak potoczyły się kariery członków zespołu po rozpadzie Miłości. Nie jest wcale zaskakujące, że muzycy przybrali bardzo odmienne strategie działania w muzyce i odnaleźli się po latach w tak odmiennych artystycznie miejscach dzisiejszej sceny muzycznej. Jedną z największych zalet obrazu Filipa Dzierżawskiego jest uczciwość i szczerość, z jakimi bohaterowie opowiadają o tym i o sobie (samych i o sobie nawzajem). Bardzo tę uczciwość podziwiam i szczerze jej gratuluję.

Leszek Możdżer przyznaje, że nie wie, czy w ogóle i jakim jest muzykiem. Chciałby znowu zagrać z Miłością, bo potrzebuje odreagować, zrobić coś twórczego. Stał się bowiem jednoosobowym przedsiębiorstwem, które sprzedaje produkt w postaci swojej muzyki i świadczonych usług muzycznych. Chyba trochę nie umie sobie z tym poradzić. Chyba trochę przeszkadza mu jego własna popularność. Jest w tym wszystkim ujmująco uczciwy.

Maciej Sikała to najbardziej wycofany z bohaterów. Gra w odrodzonej Miłości, i fajnie, że gra. Nawet chyba go to granie trochę cieszy. Ale grać nie musi, nic by mu się nie stało, jakby nie grał. Chyba tego nie potrzebuje. Od lat jest gdzie indziej. Z powodzeniem zajmuje się graniem bardziej tradycyjnego jazzu – trochę takiego, do jakiego Miłość zawsze była w opozycji. Uczy gry na saksofonie w szkole.

Mikołaj Trzaska ma duże wątpliwości, czy ta reaktywacja ma sens. Dochodzi do wniosku, że nie ma. Najpoważniej traktuje istotne różnice artystyczne i „tożsamościowe” między członkami zespołu. Od czasu rozstania z Miłością konsekwentnie gra wyłącznie to, co chce i co czuje. Jest najbardziej „niezależnym” z bohaterów i przez to – paradoksalnie – pozostaje najwierniejszy duchowi dawnej Miłości.

Tymon Tymański – niezmiennie lider. Liderem chyba być lubi. I potrafi. Tymon przypomina mi trochę Malcolma McLarena, który punkowy bunt przeciw systemowi potrafił zamienić na sprzedawalny w sklepie produkt. Produkt naprawdę fajny, tak jak fajne są różne projekty Tymona, ale jednak…

Powiedzmy to jeszcze inaczej: Tymon to taki Kuba Wojewódzki polskiej muzyki niezależnej. Myślę, że całkiem świadomie.

Jak to jest, że osoby tak bardzo różne były w stanie tworzyć przez parę lat – i to z powodzeniem – jeden zespół? Oczywiście częściowo – i całkiem słusznie – można tłumaczyć to zwyczajnym przypadkiem. Ale myślę, że znaczenie miał tu też ten specyficzny okres, w którym Miłość funkcjonowała. Ośmielę się postawić tezę, że istnienie takiego zespołu byłoby – mówiąc łagodnie – znacznie mniej prawdopodobne kilka lat wcześniej i kilka lat później. Najlepszym na to dowodem jest to, jak zakończyła się pokazana w filmie próba reaktywowania Miłości.

Z jednej strony jej członkowie Miłości wywodzili się z odmiennych tradycji tożsamościowych i muzycznych. Z drugiej: w znacznej mierze przyczynili się do ukonstytuowania muzycznego stanu obecnego. Każdy z nich jest dziś bardzo ważną postacią w swojej dziedzinie. Nie tylko poprzez samo granie, ale także m.in. dzięki istotnej aktywność animacyjnej, edukacyjnej i wydawniczej.
Obserwując dzisiejszą działalność dawnych członków Miłości, można chyba śmiało powiedzieć, że zespół był dla nich tylko (i aż) pewnym (pięknym) etapem własnego rozwoju. Był im wszystkim potrzebny do znalezienia indywidualnych strategii, pól i języków muzycznych. Film Filipa Dzierżawskiego pokazuje, że są to dziś języki na tyle różne, że bohaterom trudno się porozumieć. Natomiast filmowa opowieść o „starej” Miłości jest fascynującym obrazem nie tylko świetnego zespołu, ale także wspomnieniem wyjątkowego czasu przeszłego: zwariowanego, świeżego, dziewiczego, „czasu niemożliwego”.

Film nie jest pozbawiony pewnych, acz niefundamentalnych, wad. Przede wszystkim zabrakło mi w nim jakiegokolwiek wspomnienia o Jerzym Mazzollu. Szkoda, bo była i jest to postać na polskiej scenie muzycznej dość szczególna. Trochę za bardzo zdawkowo przedstawiony też został wątek współpracy Miłości z Lesterem Bowie (a była to współpraca znakomita i zupełnie, zwłaszcza jak na tamte czasy, wyjątkowa). Ale nie zmienia to mojej, zdecydowanie pozytywnej, oceny filmu.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij