Film

Zagrajmy to jeszcze raz

„Nic dwa razy się nie zdarza”, pisała Szymborska i śpiewała Kora. Widać obie nie przewidziały, co będzie się działo w młodym polskim kinie.

Ile razy można nakręcić ten sam film? Raz. Często dwa. Amerykanie zwykli kręcić jeszcze raz filmy, które powstały poza granicami USA, odniosły tam sukces, mają ciekawy scenariusz i rokują sukces kasowy. Biorą więc japoński horror Klątwa i kręcą go po amerykańsku. Albo biorą francuską komedię, na przykład Francisa Vebera, którego chyba każdy film ma swoją amerykańską wersję, i kręcą raz jeszcze, przekładając dialogi z francuskiego na angielski. Długą tradycję w kinie ma kręcenie remake’ów filmów, które powstały wiele lat wcześniej. Tu motywacją jest nie tylko zysk, ale też chęć sięgnięcia po dobry scenariusz. Gus van Sant nakręcił więc Psychozę Hitchcocka, remake’em jest Ocean’s Eleven czy serial House of Cards.

Ile razy można nakręcić ten sam film w Polsce? W naszym kinie tradycja remake’u w zasadzie nie istnieje. Powstała nowa wersja komedii Och, Karol, swego czasu dwie ekipy filmowe – Bogusława Lindy i Jarosława Żamojdy – ścigały się, która pierwsza zacznie kręcić Krzyżaków, ale remake filmu Forda ostatecznie nie powstał. Jeśli w Polsce ktoś kręci dwa razy ten sam film, to najczęściej są to debiutanci.

To specyficzny przypadek, bo robią jeszcze raz własne filmy. Taki autoremake. A te ich pierwsze filmy to po prostu nakręcone w szkole studenckie etiudy. Etiud w zasadzie nikt poza środowiskiem filmowym, a więc wykładowcami i uczestnikami festiwali kina studenckiego czy krótkometrażowego, nie zna. Zapewne dlatego taki autoremake wcale nie uchodzi za remake.

Galerianki Katarzyny Rosłaniec powstały w 2006 roku jako etiuda. Trzy lata później reżyserka nakręciła pełnometrażowy film pod tym samym tytułem. W zeszłym roku do kin weszły dwa fabularne debiuty zrealizowane na podstawie szkolnych etiud. Lęk wysokości Bartosza Konopki opiera się na fabule wcześniej opowiedzianej w etiudzie Czubek (2002). Natomiast Bez wstydu Filipa Marczewskiego to rozwinięta wersja historii opowiedzianej w etiudzie Melodramat (2005). Niedawno na ekrany kin wszedł dokument Marcina Latałły Moja ulica, kinowa wersja filmu, który kilka lat temu przewinął się przez festiwale.

Oczywiście etiuda to nie to samo co pełen metraż. Historię opowiedziane w kilkunastu czy kilkudziesięciu minutach są nieco inne niż te, które reżyser przedstawia w półtoragodzinnym filmie. Zmieniają się aktorzy, dochodzą nowe wątki. Niby więc etiuda i pełnometrażowy film to dwa osobne byty, których nie ma co zestawiać. Ale to nie do końca prawda. Jeśli te dwa byty są do siebie tak bardzo podobne i jeśli zrobiła je jedna osoba, to można zapytać – po co?

Odpowiedź na pytanie, po co robi się remake, jest raczej znana. Dla zysku. Dlatego, że ktoś gdzieś zrobił film na podstawie dobrego scenariusza, a jest on mało znany albo zapomniany i można po sięgnąć po niego bez obaw, że się widz połapie, że wciskamy mu powtórkę. Dobra historia jest w cenie, szkoda więc, żeby się zmarnowała tylko dlatego, że film na jej podstawie powstał w Japonii, Francji czy nawet „u nas”, ale wiele lat temu.

Po co jednak debiutanci w Polsce kręcą drugi raz tę samą historię? Po części z tych samych powodów, dla których kręci się remake – żeby opowieść nie poszła na zmarnowanie. Historia galerianek, trudnych relacji między ojcem i synem w filmach Konopki czy kazirodczej miłości u Marczewskiego byłaby znana ledwie garstce krytyków i fanów festiwali kina studenckiego. Każda z trzech przywołanych etiud została na tych festiwalach świetnie przyjęta – dostały nagrody, o reżyserach zaczęło się mówić i pisać w środowisku filmowym. Ale widz niefestiwalowy etiud nie znał, ponieważ nie ma w Polsce za bardzo gdzie pokazywać filmów krótkometrażowych.

Reżyserzy przepisali je więc na pełen metraż. I Konopka, i Marczewski na tym raczej przegrali. Etiudy były lepsze od ich fabularnych debiutów. Historie dobrze się sprawdziły w krótkich filmach. Rozciągnięte do dziewięćdziesięciu minut – straciły.

Etiudy mają być wprawką, ćwiczeniem. Mają swoją dynamikę, swój sznyt. W etiudzie liczy się pomysł, pokazanie, że umie się zbudować postać. Opowieść z etiudy nie zawsze nadaje się na pełnometrażową historię, gdzie nie wystarczy już zarysowanie nastroju. Tu opowieść musi wybrzmieć.

Czytając przed laty autobiografię Polańskiego Roman, wyobrażałam sobie, że reżyser filmowy jest takim nadpobudliwym, ciekawym świata człowiekiem, który wszędzie widzi pomysł na film. Zapamiętałam Polańskiego z tej książki jako faceta, który pisze nowy scenariusz, równolegle szuka pieniędzy na ten napisany rok wcześniej i czyta coś, co jego zdaniem nadaje się do sfilmowania. Filmowiec jawił mi się jako ktoś, kto ma zawsze w ręku dwa scenariusze, do tego jeszcze jeden w tylnej kieszeni spodni, a w kurtce trzyma serwetki z kawiarni, na których zapisał trzy pomysły na film, i wyrwaną z gazety notatkę z kroniki kryminalnej, bo jest w niej ciekawa postać.

Dziś wyobrażam sobie polskiego reżysera jako kogoś, kto napisał dziesięć lat temu jakąś historię i ciągle ją ze sobą nosi. Kartki scenariusza są już jak psu z gardła wyjęte, a opowieść jest jak przenoszona ciąża.

Historia Przemysława Wojcieszka z Made in Poland, którą autor zrobił najpierw w teatrze, a potem po kilku latach w kinie, jest właśnie takim przenoszonym scenariuszem.

Konsekwencja jest ważną cechą. Obok konsekwencji ważna jest jednak także ciekawość świata, otwartość, szukanie nowych opowieści. „Reżyser musi czytać gazety”, powiedziała niedawno w jakimś wywiadzie Małgorzata Szumowska. Musi też czytać książki – dodałabym. Musi cały czas szukać. Nie wyobrażam sobie, że Roman Polański po nakręceniu Dwóch ludzi z szafą siada do robienia fabularnego debiutu i postanawia rozwinąć pomysł z tej bardzo udanej etiudy.

Remake nie musi być zły, autoremake może być filmem bardzo udanym. Etiuda czasem jest wstępem do fabuły – tak było w przypadku Galerianek. Kiedy jednak tych autoremake’ów robi się więcej, zaczynam się zastanawiać, czy to tylko przypadek, czy może syndrom braku zainteresowania u młodych reżyserów światem, nieszukania w nim nowych bohaterów, historii, problemów wartych opowiedzenia. Coraz częściej mam wrażenie, że chodzi o to drugie.

Bio

Agnieszka Wiśniewska

| Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl, w latach 2009-2015 koordynowała działania Klubów Krytyki Politycznej. Absolwentka polonistyki na UKSW, socjologii na UW i studiów podyplomowych w IBL PAN. Autorka biografii Henryki Krzywonos "Duża Solidarność, mała solidarność" oraz wywiadu-rzeki z Małgorzatą Szumowską "Kino to szkoła przetrwania". Redaktorka książek filmowych w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. m.in."Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna", "Polskie kino dokumentalne 1989-2009. Historia polityczna". Współautorka książki "Współpraca. Przewodnik dla dzieci".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.